„Generał Nil” zbyt drastyczny dla TVN

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 25 Maj 2009

Telewizja TVN odmówiła przyjęcia do emisji zwiastuna filmu „Generał Nil”. Powód? Uznała go za zbyt „drastyczny”.

Nie zgadza się z tym dr hab. Marek Ney-Krwawicz, historyk z Polskiej Akademii Nauk, uznając ten argument za zwykły wybieg. general_nilCórka generała Maria Fieldorf-Czarska wskazuje, że stacja na co dzień emituje obrazy dużo drastyczniejsze. Film, którego premiera odbędzie się 17 kwietnia, przedstawia ostatnie lata życia gen. Augusta Fieldorfa-Nila i jego niezłomne trwanie w konfrontacji z komunistycznym systemem, którego funkcjonariusze skazali go na śmierć. – Rzeczywiście zwracał się do nas Monolith Films w sprawie emisji reklam filmu „Generał Nil” – przyznaje w rozmowie z nami Karol Smoląg, rzecznik TVN. – Pojawiły się zastrzeżenia co do treści tego spotu – dodaje. Biuro reklamy TVN uznało, że zawiera on „drastyczne sceny” i nie zgodziło się na emisję reklam w określonych godzinach.
– Sceny z filmu nie są drastyczne, to jest wybieg TVN – uważa historyk dr hab. Marek Ney-Krwawicz (Instytut Historii PAN), który film już oglądał. – Zwłaszcza jak się obejrzy inne filmy, które są tam prezentowane – dodaje.
Córka generała „Nila” Maria Fieldorf-Czarska mówi nam, że owszem, w filmie są m.in. wstrząsające sceny przesłuchań w ubeckich katowniach, ale TVN emituje „dużo drastyczniejsze” obrazy. – W TVN pokazują dużo gorsze rzeczy, dużo drastyczniejsze – wskazuje. Pani Maria nie jest jednak zaskoczona odmową TVN. – Dla mnie to jest oczywiste – mówi nam córka „Nila”, stwierdzając z goryczą, że stacja nie promuje patriotycznych postaw.
O istnieniu trudności w reklamowaniu filmu w TVN i Polsacie nieoficjalnie mówili też przedstawiciele dystrybutora Monolith Films. Oficjalnie firma przyznaje, że nic nie wie o odmowie TVN, a w Polsacie reklam „Generała Nila” nie będzie w ogóle.
– Mamy zarezerwowany czas w TVP i TVN, kampania ruszy od 10 kwietnia – mówi Joanna Hanusiak, dyrektor oddziału promocji Monolith Films. – Nic nie wiem o odmowie TVN – dodaje. – Nie ma problemów z reklamą – wtóruje jej Izabela Lasowy-Cibor, brand manager dystrybutora.
– Telewizja TVN nie robiła żadnych trudności – podkreśla Karol Smoląg. Jak zapewnia, nie była to odmowa, lecz zgłoszono pewne uwagi. Smoląg mówi, że według jego wiedzy sprawa na razie jest „zawieszona”.
– Nic mi nie wiadomo, żebyśmy odmówili emisji spotu reklamowego – powiedział nam rzecznik prasowy Polsatu Tomasz Matwiejczuk. – Nie widzę powodu, żebyśmy mieli odmawiać. Jedyne przyczyny odmowy to zła jakość i naruszenie prawa – podkreśla. I dodaje, że nic nie wie o tym, żeby Monolith zwracał się do stacji z reklamą filmu.
Uroczysta premiera obrazu „Generał Nil” odbędzie się 17 kwietnia w Teatrze Narodowym. Zostali zaproszeni na nią prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk. Jednak jeszcze nie odpowiedzieli, czy przybędą.
Film trafi do kin w 115 kopiach. W kinach będzie kolportowany folder, w liczbie 500 tys. sztuk, przedstawiający postać generała Fieldorfa. Trafi on również do szkół. Jest to zgodne z życzeniem córki „Nila”, która zgłaszała wiele zastrzeżeń do scenariusza zawierającego sceny wymyślone i nieścisłości historyczne. – Pogodziłam się z tym, bo inaczej nie byłoby żadnego filmu – mówi Maria Fieldorf-Czarska. Cieszy ją, że wyraźnie pokazane jest przesłanie filmu. – Pokazane jest, że ojciec nie dał się złamać, nie poszedł na współpracę z komunistami jak inni – podkreśla. Pani Maria mówi, że wprawdzie mógł wyemigrować, ale chciał być razem ze swoimi żołnierzami. – Nie chciał uciekać, a mógł. Mówił: „Tutaj moi żołnierze są katowani, a ja będę uciekał? Nie” – wspomina. Na jej życzenie został także zmieniony plakat reklamowy filmu, ponieważ pierwotny przedstawiał order Virtuti Militari wiszący na szubienicy.
Nad mankamentami filmu, który wyreżyserował Ryszard Bugajski, ubolewa dr hab. Marek Ney-Krwawicz. – Mamy tylko wycinek życia jednej z najważniejszych postaci Polskiego Państwa Podziemnego, brak jego drogi życiowej, drogi do niepodległości – powiedział. Dlatego dla niego jest to film „straconej szansy”. – Bugajski lubuje się w przesłuchaniu, zrobił „przesłuchanie bis” – ocenia historyk. – Bardzo dobra gra aktorska Olgierda Łukaszewicza w roli generała „Nila” – wskazuje z kolei na zalety obrazu. Dodaje, że film wyraźnie pokazuje, jak kryształową postacią był gen. Fieldorf. – To jest taka filmowa postać, że niczego nie trzeba wymyślać – podkreśla historyk.

.

Zenon Baranowski Nasz Dziennik

.

nil_ub

August Emil Fieldorf ps. „Nil”

(ur. 20 marca 1895 w Krakowie, stracony 24 lutego 1953 w Warszawie)

– generał brygady Wojska Polskiego, bojownik o niepodległość Polski, dowódca Kedywu Armii Krajowej, zastępca Komendanta Głównego AK, dowódca organizacji NIE.

24 lutego 1953 o godz. 15:00

w więzieniu Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej zostal wykonany wyrok smierci.

.

Morderców do dzisiaj nie ukarano !!!

.

.

Historia, którą pokazuje w filmie Ryszard Bugajski to próba rekonstrukcji ostatnich lat życia legendarnego dowódcy Kedywu Armii Krajowej, generała brygady Augusta Emila Fieldorfa ps. „Nil”. Opowieść rozpoczyna się w momencie jego powrotu z zesłania w głąb Związku Sowieckiego, gdzie trafił po aresztowaniu w 1945 przez NKWD i kończy wykonaniem wyroku śmierci w mokotowskim więzieniu zimą 1953 roku. Obrazowi towarzyszą retrospekcje z okresu okupacji i konspiracyjnej działalności generała, szczególnie zamach na kata Warszawy, generała SS Franza Kutscherę.

.

Jeśli są tacy, którzy tego filmu nie widzieli, podaję linka gdzie tą zaległość można nadrobić: http://www.megavideo.com/?v=W202I3KO

.

Po której stronie barykady? – recenzja z filmu „Generał Nil”

Wróciłem z drugiego obejrzenia filmu Ryszarda Bugajskiego „Generał Nil”. To ważny film. Nie dlatego, że bezbłędny. Takim jest w swej części martyrologicznej a więc od drugiego aresztowania generała. Poza sceną ostatniego widzenia z rodziną, która całkowicie rozmija się z prawdą, a która była o wiele bardziej dramatyczna. Rozmija się również z polskim etosem narodowym. Ale do tej sceny jeszcze wrócę.

Piszę o tym filmie z prawdziwej, wewnętrznej potrzeby. Czarna legenda o mojej osobie, wytworzona mówiąc w skrócie, przez opinię michnikoidalną, doktrynalnie korowską, opowiada o moim ataku na kolaudacji na sławetny film Bugajskiego „Przesłuchanie”. Opinia ta nie bierze w ogóle pod uwagę, że na kolaudacji można i ma się obowiązek wypowiadać wg własnego sumienia, autentycznych poglądów i własnego gustu.

Krótko o „Przesłuchaniu”

Ludzie wychowani w stalinowskim służalstwie łatwo przypisują własne cechy swoim przeciwnikom. A mnie się „Przesłuchanie” naprawdę nie podobało i nie podoba. I nie dlatego, iż chciałem uderzyć w „odważny” film o UB, ale dlatego, że poza scenami tortur, których ukazanie nie było już taką w tym czasie odwagą, tylko dlatego, że poza kokieterią widowni, uprawianą za pomocą obrazu tortur, był to film z gruntu fałszywy. W dodatku, na tę kolaudację Bugajski przyszedł ze swym głównym konsultantem, prof. Marią Turlejską, stalinowską fałszerką historii Polski!

Posiadam jej list do ministra kultury protestujący przeciw powstaniu „Hubala” „A po co nam ta apoteoza dworków, plebanii, wojskowego drylu, kultu przedwojennego munduru”… I ona swym „autorytetem” zaświadczała na kolaudacji prawdziwość filmu „Przesłuchanie”. Potem jeszcze dowiedziałem się z radia, iż prototypem bohaterki filmu, granej  przez Krystynę Jandę, była żyjąca jeszcze wtedy żydowska komunistka. A więc taki był prototyp akowskiej bohaterki filmu! Kiedy więc zaatakowałem ten film, iż wypacza on obraz pokolenia dziewcząt akowskich, ukazując łączniczkę AK jako pijaczkę i zdemoralizowaną, bardzo łatwo oddającą się wszystkim napotkanym mężczyznom, a więc łamiącą akowsko-harcerski rodowód  postaw akowskiego pokolenia, pani Turlejska powołała się na swoją znajomą, jako na dowód, iż obraz tej postaci w filmie jest prawdziwy. Nie wspominam o nonsensie romansu więźniarki z oficerem śledczym spełnionym na terenie aresztu. Czyżby pani Turlejska ostatnio wskazana przez IPN jako TW, nic nie wiedziała o departamencie ds. śledzenia własnych kadr w ministerstwie UB?

Czułem w tym filmie niemal każdym kadrem, iż jest to film rozmijający się ze zrozumieniem narodowego etosu, prawdą charakterów, ukształtowanych przedwojennym wychowaniem a raczej powstał pod patronatem ich byłych prześladowców, dla  dalszego zohydzenia Polski narodowo katolickiej, której tak bardzo obawiają się do dzisiaj elementy międzynarodowe. W moim przekonaniu z czasu kolaudacji utwierdziła mnie niedawna emisja „Przesłuchania” w TV, która jeszcze bardziej utwierdziła mnie w osądzie  o fałszywości tego filmu, oraz opinia Pani Marii Fieldorf-Czarskiej, córki generała „Nila”, której odbiór całkowicie pokrywa się z moim.

Nie widziałem teatru Bugajskiego o rotmistrzu Pileckim. Ale sam fakt podjęcia tego tematu świadczy, że reżyser przechodzi na drugą stronę. Film „generał Nil” jest jego następnym krokiem po stronie ofiar a nie katów stalinizmu. Dlatego zacząłem od konstatacji, iż jest filmem ważnym. Nie tylko dla nas odbiorców, ale i samego reżysera. Jego dalszej drogi twórczej. A nigdy nie odmawiałem mu reżyserskiej sprawności. Mój spór z jego twórczością był sporem ideowym.

Gdzie widzę pękniecie filmu „Generał „Nil”?

Najpierw w całkowicie nie umotywowanym szatkowaniu czasu na początku filmu. Autorzy scenariusza zdecydowali się na rozpoczęcie filmu o generale Fieldorfie od powrotu z wywózki, na którą trafił przypadkowo i przebywał na niej nierozpoznany. A więc wraca cywil, nie bohater podziemia. Moim zdaniem, bardziej umotywowany i pogłębiający postać bohatera byłby jego powrót z Londynu, do którego polityki generał Fieldorf wrócił rozczarowany. To motywowało by jego próbę znalezienia miejsca w tuż powojennej rzeczywistości, co pociągnęłoby za sobą główny dramat tej postaci. Sceny powrotu z zesłania oraz dalsze, powrotu do domu, rodziny i normalności,  z 1947 roku, są kilkakrotnie przebijane dowodzonym przez „Nila” zamachem na kata Gestapo, Kutscherę, z 1944 roku.

Te przejścia w czasie nie są ani akcyjnie, ani introspekcyjnie podbudowane. Jedyne, usprawiedliwione miejsce na zamach na Kutscherę, widziałbym w sądzie, gdzie zapada wyrok z oskarżenia o współpracę z Gestapo. Mieszanie czasów wprowadza chaos w odbiorze. Moim zdaniem ciekawe byłoby pozostanie w czasie rzeczywistym i prowadzenie „Nila” jako postaci niosącej długo tajemnicę związaną z powrotem i jego misją. Rozumiem scenarzystów, którzy chcieli do filmu o martyrologii i śmierci bohatera dodać jak najwięcej informacji. Mają odwagę używania wszystkich autentycznych nazwisk.

Zarówno po stronie ofiar, jak i stalinowskich katów. Film jest utrzymany w stylistyce dokumentalnej. Jest dobrze grany. Najbardziej mi utkwiły w pamięci role Stefana Szmidta jako generała Bora Komorowskiego, Macieja Kozłowskiego jako złamanego po wyrywaniu paznokci Tadeusza Grzmielewskiego, i Doroty Landowskiej jako prokurator Pauliny Kern.

Pęknięcie widzę w postaci bohatera. Jeśli mam być szczery, ja go w filmie nie rozumiem. Nie rozumiem motywacji jego wyborów. I nie jest to wina aktora. Olgierd Łukaszewicz pięknie gra postać bohatera bez cech bohaterskich. Jest wyciszony, bardzo zwyczajny, ludzki i trochę bez ikry. Kłóci to się z jego charakterystyką podaną we wspomnieniach żony, Janiny, która mówi o niespożytej energii generała. Ma w tym ściszeniu bardzo piękne momenty. Jak np. gdy ukazuje kawałek dawnego urwisa, w reakcji na zasalutowanie przez konspiratora-riksiarza, które może ich zdemaskować. Jak w scenie z intelektualistą-oprawcą Józefem Różańskim Goldbergiem, świetnie granym przez Jacka Rozenka, kiedy odpala mu na propozycję zmiany wyroku śmierci przez bezpiekę, pod warunkiem zgody na współpracę ironicznym: „Ciekawe, możecie zmienić wyrok niezawisłego sądu?”. Jest wtedy bardzo przekonywujący Z czego wynika jego dramat? Uwikłano go w antysowiecką organizację „Nie”-„Niepodległość” stworzoną do walki z komunistycznym reżimem, którą on traktuje jako niepotrzebny rozlew krwi.

Unicestwiony dramat

I paradoksalnie, przynależność do tej organizacji, staje się przyczyną jego śmierci. Tylko że ten dramat, godny antycznej tragedii, został unicestwiony przez ukazanie przez autorów czasu pierwszych lat powojennych, podobnie jak u Wajdy w jego filmie katyńskim, zgodnie  z obowiązującą poprawnością polityczną, jednoznacznie jako czasu sowieckiej okupacji i martyrologii narodu. A przecież to straszne uproszczenie. Był to czas zarówno tragedii „żołnierzy wyklętych”, mamionych z Londynu rychłym wybuchem III wojny światowej,  jak i odbudowy kraju z ruin, zasiedlania Ziem Odzyskanych i budowania na nich diecezji, masowego pędu młodzieży chłopskiej na studia, zadziwiającej świat  decyzji pozostawienia nieistniejącej Warszawy stolicą Polski, powrotu wielu dowódców i żołnierzy z formacji walczących na Zachodzie, jak pokazują kroniki filmowe, witanych z pełną wojskową paradą, budowy Trasy W-Z i  Nowej Huty, likwidacji dwumilionowego analfabetyzmu, masowego wydawania klasyki polskiej i obcej, kiedy książka w Polsce była najtańsza w Europie a chyba i świecie.

Niejeden powracający do kraju bohater z zachodu znajdował miejsce w wojsku polskim, jak Stanisław Skalski, pułkownik Franciszek Skibiński, szef sztabu generała Maczka,  płk Stanisław Mossor, gen. Jerzy  Kirchmayer, gen. Stanisław Tatar. I wielu innych. Odradzało się harcerstwo w duchu przedwojennym i Szarych Szeregów. Po prostu kraj po gehennie niemieckiej okupacji wracał do życia. Także spontanicznie przedwojennego. Najlepiej to wyraził profesor Jan Zachwatowicz w wywiadzie danym z łopatą w ręku, na gruzowisku Warszawskiego Uniwersytetu: „Bez względu na to, kto i jak długo będzie rządził krajem, będzie to zawsze mój kraj!”

I myślę, że była to wówczas dość powszechna postawa w społeczeństwie. Organizacje młodzieżowe, takie jak ZMP i Służba Polsce jeszcze zajmowały się bardziej budową i odbudową niż ideologią. Ich pieśni nie indoktrynowały ideologicznie, uczyły młodzież miłości do kraju i służby ojczyźnie. To wszystko oczywiście zmieniło się w 1948 roku. Wraz ze słynnym sierpniowo-wrześniowym plenum KC ogłaszającym „odchylenie prawicowo nacjonalistyczne”, potępiającym Gomułkę, uwieńczone aresztowaniem go i aresztowaniem kardynała Stefana Wyszyńskiego. Przygotowywano wielki proces, na wzór Slanskyego czy Rajka.

W filmie jest brak nawet echa tych wydarzeń, którymi przecież żyło ówczesne społeczeństwo. Ono tylko zgodnie z poprawnością polityczną jest bierne, dogorywa. Aresztowano i torturowano nie dawnych funkcyjnych w wojsku polskim:  Stanisława Skalskiego, generała Tatara, pułkowników Utnika i Nowickiego, czy Waltera Janke, (tu dziękuję reżyserowi Bugajskiemu za ukazanie tej pięknej postaci byłego Komendanta Okręgu Śląskiego AK, współzałożyciela wraz ze mną Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald”). Wspaniała jest scena, gdy pułkownik dyplomowany Walter Janke jako funkcyjny w celi śmierci, podrywa skazańców na „baczność” dla oddania honorów dla idącego na egzekucję generała Fieldorfa.

Dlaczego dzisiaj nie wspomina się o „odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym”? A przecież zostało ono ogłoszone po to, by zdławić politykę przyciągania społeczeństwa do eksperymentu, nie kopiującego dokładnie Związku Sowieckiego, do czego dążyli Berman, Bierut, Minc, Zambrowski i inni późniejsi „Puławianie”. Na tym tle scena u sowieckiego pułkownika Dawidowa też miałaby głębsze uzasadnienie, gdyby miała miejsce po ogłoszeniu tej oficjalnej walki wydanej próbom polonizowania kraju.

I Generał „Nil” stał się, jak większość polskich patriotów, ofiarą tej stalinowskiej ofensywy internacjonalizmu. Otóż żeby zrozumieć jego postawę powstrzymywania rozlewu krwi, który przecież był wymierzony nie tylko w nową okupację, ale i decyzje Churchilla i Roosevelta, a więc w powojennej sytuacji światowej, był beznadziejny. I generał „Nil” nie był osamotniony w swej ocenie. W tym samym kierunku zmierzał bohater Powstania Warszawskiego, zastępca i następca generała Fieldorfa w Kedywie, pułkownik Jan Mazurkiewicz „Radosław”, a także Bolesław Piasecki.

Skrzywiony obraz

Obraz Polski roku 1947 jest w filmie jednoznacznie czarny. Powrót zesłańców z ZSRR, ukazany pięknie, z całowaniem zaśnieżonej ziemi na peronie jest zakłócony wymuszeniem grania przez witającą orkiestrę  „międzynarodówki”, na brutalny rozkaz oficera-dziewczyny w randze porucznika. To od razu sugeruje, iż wojsko było zbolszewizowane. A przecież było ono w większości złożone z byłych łagierników. A oficerowie polityczni raczej rekrutowali się ze środowiska  Różańskich. Łódź, do której przyjeżdża Fieldorf jest ukazana jako  prowincjonalne, ponure miasteczko. A przecież tętniła nie tylko uruchamianym przemysłem, ale wobec podnoszenia Warszawy z ruin, pełniła rolę kulturalnej stolicy Polski. Rozczarowany do emigracji londyńskiej generał musiał dostrzec szansę polonizacji pojałtańskiej Polski. Inaczej nie jest zrozumiała jego decyzja ujawnienia się i rejestracji w RKU. Była ryzykiem, ale nie była naiwnością.

Przeżyłem podobną sytuację, kiedy po wejściu do Wilna bolszewików w 1944 roku, ukrywający się u nas wielki intelektualista Wiktor Gryglewski nie posłuchał mojego ojca i poszedł się zarejestrować jako oficer rezerwy i zaginął na nieludzkiej ziemi. A mój ojciec nie zgłosił się i przeżył.

Patrząc z punktu widzenia budowy dramatu, tym mocniejszym uderzeniem dla bohatera byłoby zepchnięcie kraju na jego oczach w kierunku „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego”,  które przecież było uderzeniem żydokomuny na rozkaz Stalina w próby polonizowania Polski i poszerzenia jej autonomii.

Błędem w stosunku do scenariusza było wyrzucenie sceny wizyty „Nila” u generała Gustawa Paszkiewicza, przedwojennego dowódcy bohatera, a zastąpienie jej spotkaniem z generałem Tatarem, który jest ukazany w filmie jako oportunista. Wyrzucono też niesłusznie komunikat o aresztowaniu i przygotowywanym procesie generała Tatara. A to ważny sygnał zmiany ideowo-politycznej pod dyktando Stalina.

I wreszcie scena wizyty matki z córkami w więzieniu. Po pierwsze: nie było wizyt zbiorowych. Była scena widzenia tylko z żoną. Przed śmiercią generał zabronił żonie prośby o prawo łaski. Mimo to rodzina, w ukryciu przed nim, wystąpiła do Rady Państwa. Świetna jest scena z Bierutem na propagandowym spotkaniu z dziećmi, zakończona odmową prawa łaski. Fałszywa jest natomiast scena widzenia z rodzinnym, uczuciowym szantażem wobec zakazu generała. Łamie ona etos, który kazał wysyłać i błogosławić przez matki, żony i siostry swych najbliższych wyruszających w bój o Polskę. I dzisiejsza, walcząca postawa jego córki Marii świadczy, iż ten etos pozostał w rodzinie generała w stanie nienaruszonym.

Sceny godne uwagi

I są w tym filmie dwie sceny, które są aktem odwagi autorskiej. To sceny ukazujące rodowód katów i oprawców wywodzących się z żydokomuny. To scena fizycznego i słownego ataku na siedzącego w celi śmierci rabina, na którego rzuca się w szoku storturowany więzień z okrzykiem: „Żydzi mordują polskich patriotów”! Ten rabin, Lichtsztajn, po 1956 roku zjawił się w rodzinie generała i dał ważne świadectwo o jego postawie w więzieniu.

Drugą taką sceną jest zatwierdzanie przez Sąd Najwyższy, wyroku śmierci na generale Fieldorfie. Tam morderczyni sądowa prokurator Paulina Kern wypowiada zdanie: „wszyscy tu jesteśmy Polakami, choć większość z nas jest pochodzenia żydowskiego”… Daleko posunął się scenariusz i reżyser w zdemaskowaniu nienawiści do polskości, jaką kierowali się mordercy sądowi i oprawcy epoki stalinowskiej, ciągle obecni ciałem lub duchem w dzisiejszym życiu społecznym kraju.

Toteż nie dziwi milczenie wokół filmu prasy, nie licząc katolicko – narodowej. Za takie diagnozy płaci się wielką cenę. I teraz ciekawe: czy reżyser Ryszard Bugajski pozostanie po stronie ofiar i zostanie prawdziwym narodowym artystą, czy da się złamać i powróci na szlaki z produkcji „Przesłuchania”. Życzę mu z całego serca, by dalej oddawał swój talent Polsce i jej fascynującej historii, idąc drogą, na którą wstąpił ostatnio.

Bohdan Poręba

Reklamy

Możliwość komentowania „Generał Nil” zbyt drastyczny dla TVN została wyłączona