Trzech prezydentów i jedna baronessa

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 25 listopada 2009

Wybierali, kogo chcieli, wybrali, kogo trzeba – to słynne porzekadło z czasów PRL pasuje jak ulał do sposobu, w jaki wybrani zostali prezydent Unii Europejskiej i szefowa unijnej dyplomacji.

Jeszcze dzień przed tymi „wyborami” gazety zachodnie, a i nasze, pisały o zapowiadającej się ciężkiej walce o czołowe unijne stołki. Mówiły o co najmniej kilku kandydatach na każde z tych stanowisk, a strona polska domagała się nawet przeprowadzenia swoistego rodzaju castingu. Co zresztą nie było pozbawione logiki, wszak ludzie w Europie, a liderzy państw przede wszystkim, mieli prawo poznać zalety i wady kandydatów. Jak to w demokracji bywa. Wyłonienie byłego premiera Belgii Hermana Van Rompuya i baronessy Catherine Ashton z brytyjskiej Izby Lordów zaskoczyło wszystkich i wielce rozczarowało. Choć nie brakowało nutki optymizmu – jeśli rządzić Unią Europejską, a ściśle mówiąc Radą Europejską będzie nikt, to nic się nie zmieni. Dla niektórych państw to bardzo dobra wiadomość, np. dla Niemiec i Francji. Pozycja kanclerz Merkel i prezydenta Sarkozy’ego jako liderów UE nie tylko nie została zagrożona, ale wręcz wzmocniona. I o to chodziło.

Za co unijni przywódcy tak wysoko ocenili premiera Belgii? Ano za to, że jest niekonfliktowy i udało mu się utrzymać w całości jego ojczyznę, która była bliska rozpadnięcia się na dwa kawałki, a raczej kawałeczki, bo choć to kraj malutki, to wielce skłócony. Ratowanie Belgii zajęło Van Rompuyowi bardzo dużo czasu, do wyłonienia rządu doszło po ośmiu miesiącach awantur między Wallonami i Flamandami. Trochę długo jak na kraj, w którym mają swoje siedziby Unia Europejska i NATO. Sam Rompuy sprawia wrażenie, jakby miał się za chwilę rozsypać. Człowieczek wątły i niepozorny.

Co innego baronessa Upholland. Ten szlachecki tytuł uzyskała niedawno, w 1999 r. Jest labourzystką, co nie przeszkadza jej w zasiadaniu w Tajnej Radzie Królewskiej. Zna się na handlu, a jej główną zasługą było przeforsowanie traktatu lizbońskiego. Pani, a może lepiej Lady Ashton wyróżnia się wybitną urodą. Chętnie się uśmiecha, pokazując bardzo brytyjskie końskie zęby. Ale w polityce uroda nie ma znaczenia, jeśli zadba się o swój wizerunek. A wizerunek baronessy poznamy w trakcie jej działalności na polu dyplomatycznym. Sam fakt, że jest baronessą, co w skali tytułów szlacheckich plasuje ją na jednym z najniższych miejsc, może na niektórych politykach robić wrażenie. Bez tego tytułu pani Ashton ubyłoby 90 proc. jej wizerunku.

Pamiętajmy, że teraz po wejściu w życie traktatu lizbońskiego będziemy mieli do czynienia z trzema prezydentami i jedną szefową dyplomacji. Wszak obok tzw. prezydenta UE, Rompuya, mamy jeszcze prezydenta Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso i szefa prezydencji kraju, który aktualnie ją sprawuje. Co pół roku inny.

Można sobie wyobrazić, a właściwie nie można sobie wyobrazić, jak ludzie sprawujący te funkcje będą ze sobą współpracować. I co będzie miał do powiedzenia szef prezydencji np. polskiej w 2011 r., a co prezydent Komisji Europejskiej i ten trzeci, Barroso. A Lady Ashton? Jaki będziemy mieli wpływ na politykę zagraniczną i czy w ogóle będziemy w stanie wystąpić ze zgodnymi z naszym narodowym interesem inicjatywami. Trzeba będzie je wpierw uzgodnić z brukselską trojką i baronessą. Inaczej się nie da. Można oczywiście całkowicie zrezygnować z jakichkolwiek inicjatyw i postulatów i poddać się dyktatowi brukselskiej biurokracji.

A propos biurokracji. Wraz z utworzeniem nowych stanowisk w UE zwiększy się liczba urzędników żyjących z podatków obywateli wspólnoty. Samo zorganizowanie i obsadzenie unijnych (obok już istniejących krajowych) placówek dyplomatycznych trzeba wymaga zatrudnienia 7000 pracowników ambasad. Ilu ludzi potrzebuje do obsługi swojej reprezentacyjnej funkcji prezydent Rompuy, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że w Brukseli buduje się kolejną siedzibę UE, bo te istniejące są za małe.

Jak tak dalej pójdzie, Bruksela zamieni się w jedno wielkie biuro i wkrótce wszyscy zapomnimy, że to miasto jest stolicą państwa, które nazywa się Belgia.

Te wybory, te osobowości pozbawione charyzmy i nikomu nieznane dowodzą, że Unia Europejska utraciła poczucie rzeczywistości, a właściwie swoją wspólnotową tożsamość. Jest jak przestarzały model statku pasażerskiego dryfujący po wzburzonych falach globalnego świata. Wszyscy się bawią, orkiestra gra. tylko nikt nie wie, dokąd płyniemy. Jeżeli przywódcom państw członkowskich Unii wydaje się, że nasza europejska wioska pozostanie enklawą wszystkiego najlepszego, bardzo się mylą. Nawet Niemcy i Francja, współpracując ramię w ramię, co zresztą nie jest możliwe, nie będą w stanie zrealizować pogłębionej integracji Unii Europejskiej, przeciwnie, działając we własnym narodowym interesie, doprowadzą do dalszej dezintegracji i osłabienia roli wspólnoty na arenie międzynarodowej. Przeczytałam ostatnio komentarz gazety niemieckiej „Die Welt”, którego autor skarży się na zlekceważenie Europy przez administrację waszyngtońską i przerzucenie zainteresowania USA na Chiny, Japonię i inne bogate kraje Azji.

Faktycznie, prezydent Barack Obama nie przybył do Berlina na obchody 20. rocznicy obalenia muru, choć to było największą zasługą Stanów Zjednoczonych i ich prezydenta Ronalda Raegana.

Dla Ameryki liczy się teraz Azja i Bliski Wschód. Aby wzmocnić niezwykle dziś słabą pozycję UE na arenie międzynarodowej, należało na funkcję ministra spraw zagranicznych wybrać osobę z charyzmą, znaną na świecie i szanowaną. Europa stchórzyła, twórcy traktatu lizbońskiego przestraszyli się swego dzieła. Czy to dobrze czy źle dla Polski? Czy istotnie mamy tak silną pozycję w Brukseli, że nie musimy obawiać się dominacji Berlina i Paryża, jak twierdzą politycy Platformy, czy też wręcz przeciwnie, co jest najbliższe prawdy, nie mamy żadnych innych możliwości, jak tylko im kibicować. A co z naszą polityką wschodnią? Co sądzi o niej baronessa? Jak zamierza ułożyć stosunki z Moskwą i czy potrafi przeciwstawić się rosnącym wpływom Rosji na naszym kontynencie?

Są same pytania i żadnej odpowiedzi. A pointą powinno być stwierdzenie, że sposób, w jaki wyłoniono unijnych przywódców, jest nie tylko oznaką niedoboru demokracji w Unii, ale wręcz jej zaprzeczeniem. I zachodzi obawa, że wspólnota runie pod ciężarem biurokracji i rozmieniania się na drobne coraz to liczniejszych instytucji. Ale to może i dobrze, łatwiej jest budować nowy dom na gruzach starego niż dokonywać kosztownych i żmudnych remontów. Zaprzątnięci tymi remontami możemy nie zauważyć, jak nadejdą Chińczycy i nakryją nas swoimi produktami, pod którymi się udusimy. I wtedy orkiestra przestanie grać.

.

Krystyna Grzybowska • Gazeta Polska

Możliwość komentowania Trzech prezydentów i jedna baronessa została wyłączona

%d blogerów lubi to: