Złapał Kozak Tatarzyna…

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 28 listopada 2009

Debata konstytucyjna w Polsce trwa nieprzerwanie od 2005 roku. Istotą zgłaszanych zmian zarówno przez PO,
jak i przez PiS jest przekonanie, że najlepszym rozwiązaniem dla Polski byłby system dwupartyjny i do tego trzeba „dopasować” zapisany w Ustawie Zasadniczej układ polityczny w Polsce. Władzę miałaby sprawować jedna partia,
a wtedy druga pełniłaby rolę opozycji.

W takim scenariuszu dla Polski oczywiście nie ma miejsca dla żadnego innego ugrupowania, a urząd prezydenta byłby przeznaczony dla funkcjonariusza partyjnego wskazanego przez którąś z tych partii.
Nie przypadkiem PO oskarża Lecha Kaczyńskiego, że jest „prezydentem PiS”, nie przypadkiem ostatnio Donald Tusk proponuje wybór prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe, co oznacza zielone światło dla namaszczenia na ten urząd uzgodnionego w zaciszu gabinetów działacza partyjnego. Nie przypadkiem też ze strony przedstawicieli PO jakiś czas temu pojawiły się sugestie, że jeśli Donald Tusk zostanie prezydentem, to nie zrezygnuje z kierowania PO.

W takim kontekście trzeba spojrzeć na rzucane w mediach od czasu do czasu hasła zmiany Konstytucji. Regularnie pojawiają się postulaty: Senat do likwidacji, immunitet poselski okrojony, zmniejszenie liczby posłów i okręgi jednomandatowe; uporządkowanie władzy wykonawczej i konsekwentne wprowadzenie modelu prezydenckiego bądź kanclerskiego, by raz na zawsze było jasne, kto rządzi: prezydent czy premier. PiS opowiada się za systemem prezydenckim, czyli za wzmocnieniem kompetencji głowy państwa wybieranej w powszechnych wyborach.
W przeszłości, gdy Lech Kaczyński nie był prezydentem, Jarosław Kaczyński proponował silną władzę wykonawczą dla rządu i wybór głowy państwa przez Sejm i Senat. Czy punkt widzenia zależy od punktu siedzenia? Z kolei Platforma Obywatelska też ulega koniunkturze politycznej. W przeszłości głosiła hasła decentralizacji, ale obecnie, gdy zasmakowała władzy, Donald Tusk chciałby jej jeszcze więcej: scentralizowanego państwa i bardzo silnego systemu kanclerskiego oraz sprowadzenia prezydenta do roli fasadowo-dekoracyjnej marionetki bez prawa weta.
Kilka dni temu Donald Tusk nieoczekiwanie postulował właśnie takie zmiany. Urzędujący premier poinformował,
że PO zaproponuje taką modyfikację Konstytucji, by pełną odpowiedzialność za władzę wykonawczą ponosił „gabinet wspierany przez większość parlamentarną”. Zmniejszeniu miałaby ulec liczba posłów i senatorów oraz zostałaby zmieniona ordynacja wyborcza: jednomandatowa do Senatu i mieszana proporcjonalno-większościowa do Sejmu. Premier nie wykluczył przeprowadzenia referendum w sprawie proponowanych zmian. Politycy Prawa i Sprawiedliwości twierdzą, że są to działania propagandowe i socjotechniczne obliczone na odwrócenie uwagi od nieradzenia sobie z bieżącym rządzeniem oraz od afery hazardowej i stoczniowej.

Coś w tym jest. Ponad rok temu, gdy zaczynał się światowy kryzys gospodarczy, premier Tusk nieoczekiwanie zapowiedział w Krynicy, że Polska bardzo szybko przystąpi do strefy euro, choć było wiadomo, że z różnych względów nie jest to realne. Był to typowy temat zastępczy, bo na wiele tygodni rząd miał spokój, gdyż w mediach międlono sprawę i skutecznie odwrócono uwagę opinii publicznej od kwestii niewygodnych dla rządzących. Teraz jest podobnie, bo gabinet Tuska zbiera coraz więcej ocen negatywnych i propozycja została rzucona nie bez związku z tym faktem, ale też bez szans na szybką realizację. Po pierwsze, istotne zmiany ordynacji wyborczych nie mogą być dokonywane krócej niż pół roku przed terminem wyborów, a to w praktyce oznacza konieczność uchwalenia ich jeszcze w tym roku, co jest całkowicie nie do zrealizowania. Po drugie, do zmian niezbędne byłoby poparcie PiS, a na to się nie zanosi.

Donald Tusk, ogłaszając swoje pomysły, zwraca się zatem do opinii publicznej. Trafił jednak kulą w płot, bo Polacy według sondaży w zdecydowanej większości są przeciwni pozbawieniu ich prawa wyboru głowy państwa oraz przekazania tego uprawnienia Sejmowi i Senatowi, które cieszą się wyjątkowo niską wiarygodnością. Być może premier szykuje sobie jednak wyjście awaryjne, bo nie jest przekonany, czy wygra wybory i czy w ogóle warto w nich startować. W przypadku kandydowania musiałby zrezygnować z funkcji szefa rządu i władzy, którą już ma, a prezydentura nie jest do końca taka pewna, więc będzie miał pretekst, by stwierdzić, że nie startuje, bo jest to malowana funkcja. Premier traktuje zatem swoją propozycję jako element socjotechniki, a nie jako poważną ofertę dla innych partii z szansami na realizację. Bo „szable” w Sejmie są dokładnie policzone, a do zmiany Konstytucji trzeba dwóch trzecich głosów; nie będzie ich bez poparcia PiS. Tak więc obie partie są w klinczu, a propozycja zmian w Konstytucji przypomina słynne słowa Jana Skrzetuskiego z „Ogniem i mieczem”:

„Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma!”.

.

Jan Maria Jackowski • Nasz Dziennik

Reklama

Możliwość komentowania Złapał Kozak Tatarzyna… została wyłączona

%d blogerów lubi to: