Święta wojna Walentynowicz z Wałęsą

Posted in ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 29 listopada 2009

Fragmenty autobiografii Volkera Schlöndorffa

W swojej książce „Światło, cień i ruch. Moje życie i moje filmy”, która zebrała bardzo pozytywne recenzje w niemieckiej prasie („Die Zeit”, „Süddeutsche Zeitung”), Volker Schlöndorff opowiada o młodości w Hesji,
oraz późniejszej emigracji do Francji, Włoch i Ameryki. Barwnie i obrazowo opisuje swoje prywatne doświadczenia
i pracę z Maksem Frischem, Günterem Grassem i Heinrichem Böllem, oraz kreśli pełne ciepła portrety swoich przyjaciół i przyjaciółek m.in. Brigitte Bardot , Johna Malkovicha i Angeli Merkel.

.

fragment książki, a w nim historia spotkania Schlöndorffa z Anną Walentynowicz i Lechem Wałęsą.

„Dnia 30 sierpnia 2005 roku szefowie państw i laureaci nagrody Nobla z całego świata przybyli do Gdańska na obchody 25 rocznicy powstania „Solidarności”. Kobiety, przez którą wybuchł tamten strajk, nie było na trybunie honorowej.

Nazywała się Anna Walentynowicz, była niewielkiego wzrostu, całkowita sierota, bez wykształcenia. Matka nieślubnego dziecka, polska katoliczka, bohaterka pracy socjalistycznej, spawaczka i operatorka dźwigu. Pracowała ciężko i sumiennie, ponieważ – jak mawiała – spaw, który puści w czasie sztormu, może spowodować zatonięcie statku i śmierć wielu ludzi. Dlatego żądała odpowiedzialnego postępowania od siebie i od innych, zwłaszcza jednak od Partii, obojętne, czy chodziło o nadgodziny, o bezpieczeństwo, ciepłą zupę, czy zwyczajnie o osobne toalety dla kobiet w stoczni. Rezolutnie i dowcipnie potrafiła trzymać bonzów i majstrów za słowo. Kiedy w czasie wypadku, na jej oczach spłonęło osiemnastu robotników, wymieniła sprawców po nazwisku i doprowadziła do tego, że bliscy dostali odszkodowania. U tamtych popadła w niełaskę, ale u innych zdobywała coraz większą popularność. Siedząc wysoko nad terenem stoczni, w kabinie gigantycznego dźwigu – nazywaliśmy ten dźwig Godzillą – przenosiła ciężary nad coraz to nowymi kadłubami statków, które rok w rok zaczynano od stępki, spawano, nitowano i spuszczano z pochylni. Wszelkie próby dyrekcji stoczni, żeby pozbyć się jakoś tej niewygodnej kobiety, kończyły się niepowodzeniem. Aż pewnego dnia znaleziono w końcu wystarczający pretekst, żeby ją zwolnić. Po trzydziestu latach pracy Anna po raz ostatni przeszła przez bramę stoczni – ale wtedy koledzy z jej brygady rozpoczęli strajk, przyłączyła się do nich reszta stoczni, a za chwilę strajk objął też inne zakłady. „Dlaczego to robicie? Czyżby z solidarności?”, spytał dyrektor, nadając w ten sposób nazwę powstającemu ruchowi. Po kilku tygodniach rząd ustępuje, zezwalając na utworzenie niezależnego związku zawodowego „Solidarność”. Kiedy Lech Wałęsa podpisuje dokument nienaturalnie wielkim długopisem Anny Walentynowicz, bohaterka z Gdańska usuwa się w cień i pozwala robić politykę innym.

Kto właściwie tworzy historię? Czy „wielcy mężowie”, tacy jak Stalin, Churchill, Mao, Napoleon? A może historia tworzy się w toku walki klasowej, w wyniku gry sił w obrębie społeczeństwa? A może tworzy ją heglowski duch czasu? Strajk w stoczni im. Lenina, który w dalszej perspektywie zapoczątkował pierestrojkę i upadek muru berlińskiego, a więc wydarzenia na miarę historii świata, wybuchł z powodu postawy jednego człowieka, który nawet nie miał żadnego programu. Czy to możliwe, zadawałem sobie pytanie, aby historia, podobnie jak ewolucja, „działa się” wskutek mikroskopijnych mutacji?

Producent Jürgen Hase proponował ten materiał wielu polskim reżyserom. Za każdym razem mówiono mu, że w Polsce nikt już nie chce słyszeć o „Solidarności”. Chlubne początki odeszły w zapomnienie, podobnie jak nagroda Nobla dla Lecha Wałęsy, ponieważ dzisiaj nazwa „Solidarność” kojarzy się wyłącznie ze skorumpowaną partią, która – ledwie doszła do władzy – bardzo szybko wszystko zmarnowała. Ponieważ często bywałem w Warszawie, prowadząc wykłady w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy, spytałem go o radę, a on stwierdził, że tę historię powinien opowiedzieć ktoś z zewnątrz, ktoś taki jak ja. Tylko żebym trzymał się z daleka od bohaterki tamtych wydarzeń, ponieważ Anna Walentynowicz jest niestety lekko niezrównoważona…

Dwadzieścia pięć lat po Blaszanym bębenku, dziesięć lat po Królu Olch po raz trzeci wyruszyłem do Gdańska. Jakoś tak ten kraj, ten region i ci ludzie przypadli mi do gustu. Obstawałem przy tym, żeby kręcić po polsku, z polskimi aktorami. Uważałem, że jesteśmy to winni ich kulturze. Zwłaszcza, że kiedy film będzie grany w Polsce, Francji i w USA, gdzie filmy pokazuje się w oryginalnej wersji językowej, bez dubbingu, niezbyt zręcznie byłoby opowiadać ten kawałek polskiej historii akurat po niemiecku. Tylko z jednej aktorki nie chciałem rezygnować: Katharina Thalbach już po paru stronach lektury scenariusza przyszła mi do głowy jako idealna kandydatka. W międzynarodowej wersji filmu podłożyliśmy jej polski głos.

W każdym razie musiałem zacząć od nauki polskiego, co nie było wcale łatwe, jak się wkrótce przekonałem. Ponadto – wbrew udzielonej w dobrej wierze radzie – odwiedziłem jednak postarzałą Annę Walentynowicz, która od ponad trzydziestu lat mieszkała w zakładowym mieszkaniu, w zasadzie w jednym pokoju z wnęką kuchenną i drzwiami na klatkę schodową, i to akurat w tej dzielnicy Gdańska, gdzie dorastał także Günter Grass. Kiedy tamtędy przejeżdżałem, powitał mnie niewielki pomnik małego dobosza z brązu, przed dawną szkołą autora.

Anna Walentynowicz przyjęła mnie dość sceptycznie. Jej adres dostałem od Silke Maier-Witt, która jako studentka szkoły filmowej robiła kiedyś o niej film dokumentalny. Na tym materiale opierał się zresztą jej scenariusz, w którym trzymała się ściśle tego, co mówiła przed kamerą pani Walentynowicz. Razem z Andreasem Pflüglerem opracowaliśmy tylko ten materiał dramaturgicznie. Mimo tej dokładności całe przedsięwzięcie nie podobało się „pani Annie“. Trwało to chwilę, zanim do mnie dotarło, dlaczego. Od chwili zmiany ustroju toczyła ona swoją świętą wojnę z Lechem Wałęsą, który w jej oczach był zdrajcą, nasłanym przez KGB szpiclem, który absolutnie niesłusznie przyjmowany jest na całym świecie z hołdami jako bojownik o wolność. Jej gniew dotyczył głównie okresu, w którym Wałęsa był prezydentem Polski, bo wtedy podobno zdradził ideę „Solidarności“. Cała reszta, a już zwłaszcza jej własne życie, kompletnie jej nie obchodziła.

Podobał mi się zawzięty upór tej starszej pani, na wiele z moich pytań miała cięte i dowcipne odpowiedzi jak za dawnych lat. Na początek rozstaliśmy się bez żadnych rozstrzygnięć, potem jednak produkcja zdecydowała, że zrobimy ten film nawet bez dalszych rozmów z Anną W., i wmawialiśmy sobie, że gotowy film na pewno przekona naszą „bohaterkę mimo woli“, bo przecież chcemy tylko i wyłącznie postawić jej pomnik. Miał to być też pomnik samej stoczni, która była wówczas zagrożona likwidacją. Kiedyś pracowało tu dwadzieścia jeden tysięcy osób, teraz zostały tylko dwa tysiące. Ogromne hale, doki i dźwigi już same w sobie były pomnikiem minionej epoki przemysłowej, który wart był zachowania na taśmie. Każdego ranka przejeżdżaliśmy przez bramę stoczni, tak że już wkrótce sami czuliśmy się jako robotnicy pośród innych robotników. Wszyscy witali się z Kathie, zupełnie jakby była jedną z nich – jedyna różnica, że my nie podbijaliśmy karty zegarowej. Stocznia była naszym miejscem pracy, a dla mnie cudownym placem zabawy: przez cały dzień biegałem po całym terenie, wdrapywałem się na dźwigi i schodziłem z nich, mobilizując aktorów, statystów i ekipę. Rano rześko jako pierwszy na planie, wieczorem pogodnie jako ostatni z niego schodziłem, czy zimno, czy grad, leciutko i bez wysiłku improwizując z polskimi aktorami, w iście sportowym tempie wyprzedzając wszystkie terminy.

Nasza ekipa była głównie polska i składała się przeważnie z młodych ludzi, którzy dzięki temu filmowi odkrywali fragment własnej historii. Mieszkaliśmy wszyscy w małym hoteliku przy plaży w Brzeźnie, co szczególnie cieszyło Katharinę Thalbach i mnie, ponieważ było to dokładnie to miejsce, gdzie mały Oskar chodził z Marią na kąpielisko, gdzie wsypywał jej do pępka proszek musujący powodując jego kipienie, i gdzie po raz pierwszy ujrzał w kabinie jej owłosiony trójkąt. Dla nas wszystko to było jakby wczoraj, ale jakże zmieniła się od tego czasu Polska! Jak otwarci na świat byli ci młodzi ludzie, jak entuzjastyczni, jak uzdolnieni i jak cudownie szaleni w sposobie, w jaki wierzyli w swoje marzeniach, nie przyjmując żadnych praktycznych czy realnopolitycznych wątpliwości! Jaka szkoda, że pojednanie, które tak doskonale udało się z Francją, nigdy tak na prawdę nie doszło do skutku z Polską.

Muzyka do Strajku dosłownie sama wpadła mi w ręce. Z okazji wspomnianego wcześniej 25-lecia Jean-Michel Jarre skomponował koncert, którego wysłuchałem w stoczni z kilkuset tysiącami innych. Do rozpoczęcia zdjęć były jeszcze dwa miesiące, a ja właśnie usłyszałem dokładnie taką muzykę, jaką sobie do niego wyobrażałem. Jarre tak idealnie wplótł w partyturę uderzenia młotów i zgrzyt metalu powstające w procesie budowy statku, jak wcześniej zrobił to Wagner w scenie z kuźni Nibelungów. Spotkałem Jean-Michela Jarre´a w Paryżu i patrzyłem na niego z niedowierzaniem: miał dokładnie tyle samo lat, co jego ojciec, Maurice, kiedy pisał muzykę do przygód Oskara, równie fantastycznie wyglądał, i był równie wielkoduszny i rozentuzjazmowany. W czasie prac nad filmem często nie do końca byłem pewien, czy omawiam muzykę z ojcem, czy z synem.

W sierpniu 2006 roku odbył się pokaz przedpremierowy w gdańskim kinie „Neptun”, pod którym włóczył się już swego czasu mały Oskar ze swoim bębenkiem, zanim wszedł na wieżę ratusza, by rozśpiewywać szyby. Teraz do sali wlewał się tłum robotników ze stoczni, członkowie ekipy i ciekawscy. Anna Walentynowicz nie przyszła, jej arcyrywal Lech Wałęsa natomiast tak. Kiedy chciałem się z nim przywitać, powstrzymał mnie machnięciem ręki:
– Później! Najpierw zobaczymy, co pan tam narozrabiał..

Wiele osób na sali bardzo przeżywało pokazywane wydarzenia, rozlegały się wybuchy śmiechu, były łzy wzruszenia, na koniec wielkie emocje i gorące brawa. Także Lech Wałęsa był wyraźnie poruszony. Kiedy zapaliły się światła, podniósł się z miejsca, zupełnie jakby owacje były przeznaczone dla niego. Wszystkie kamery zwróciły się w jego stronę a on – typowy trybun ludowy – od razu skorzystał z okazji, żeby wygłosić przemówienie:

– Jako „elektrykowi” (tak się o nim mówi na filmie) bardzo mi się podobało. Tylko moja żona uważa, że nigdy nie byłem taki przystojny, jak grający mnie pan Andrzej Chyra. (Śmiech) Jako prezydent państwa (którym nie był już wtedy od dziesięciu lat) uważam, że byłoby wiele do dodania, politycznie i historycznie. Przede wszystkim bardzo się cieszę i jestem wzruszony, że w jakiś sposób oddano hołd trudnemu życiu i odważnej walce Anny. Jej rola w naszym strajku była jednak zupełnie inna: wszystko mieliśmy już przygotowane, wyrzucenie jej z pracy było dla nas tylko alibi, żeby uderzyć…

Wałęsa już szykował się do sięgnięcia głęboko w przeszłość, w duchu swojej własnego widzenia historii, ale jego żona dostrzegła nerwowość wśród publiczności i wyciągnęła go z sali. Na dworze przytuliła mnie serdecznie i potem do późna w noc siedzieliśmy jeszcze z burmistrzem Adamowiczem i dawnymi dysydentami, przekonani, że oddaliśmy sprawiedliwość miastu, stoczni i Polsce. Otrzeźwienie przyszło w momencie premiery w Warszawie: chociaż w wykonaniu Kathi bohaterka z Gdańska jest niezwykle wojownicza, bardzo ludzka i nie daje sobie w kaszę dmuchać, to jednak pani Anna za nic nie chciała dostrzec w tym portrecie siebie. Złościła się za to w radiu, że ci Niemcy to chcą tylko pokazać, że wszyscy Polacy to moczymordy, a ona sama jest wyrodną matką, a tak w ogóle, to ten cały film to zwykła manipulacja międzynarodowego spisku”…

.

stopklatka.pl

Możliwość komentowania Święta wojna Walentynowicz z Wałęsą została wyłączona

%d blogerów lubi to: