Wolność słowa? Tak ale…

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 2 grudnia 2009

Jednak przegrywamy. Przegrywamy z masowością informacji. Z wielkim stadem dziennikarskich hien
biegnących w tym samym kierunku.

Problemem wszystkich generałów jest to że są doskonale przygotowani do poprzedniej wojny. Cóż – sztuki taktyki uczą się analizując manewry wykonane przez dawnych wrogów i sojuszników. W walce politycznej występuje zjawisko analogiczne. Ludzie zakładają partie i chcąc pochwycić władzę zaczynają robotę dokładnie według XIX wiecznych wzorców. Struktura pionowa i pozioma, zebrania w lokalach partyjnych, rozmowy do późna, hektolitry kawy, kilogramy tytoniu, odezwy, biuletyny, ulotki plakaty… Tymczasem dziwnym trafem to nie działa.

Pod koniec istnienia komuny, w ostatniej dekadzie PRL narodziły się RUCH, KPN, ROBCiO, KOR, wreszcie Solidarność. Wszystkie te organizacje działały dokładnie tak samo, szły stuletnim szlakiem wytyczonym przez PROLETARYAT, PPS, bolszewików, mieńszewików. Szły całkiem skutecznie. Podgryzały system aż w połączeniu z krachem ekonomicznym doprowadziły do jego wywrotki. Przez cały okres zaborów, okupacji hitlerowskiej i komuny trwała nieustanna walka o wolość słowa i swobodę przepływu informacji. Ulotki, biuletyny, ksiązki, podziemna prasa, nadajniki radiowe były cennym i skutecznym narzędziem walki. Łamały monopol państwa.

Do dziś wolość słowa uważana jest za swoisty fundament systemu demokratycznego. Czy słusznie?
U zarania niepodległości dziesiątki organizacji ruszyły do walki o władzę nad reformującym się krajem. Dziś nazwy większości z nich nic już nam nie mówią. Jedne umarły śmiercią naturalną inne weszły w skład nowych partii, niektóre uznane za szczególnie niebezpieczne zostały rozbite od wewnątrz i od do zewnątrz przez służby.
Wszystkie działały wedle tego samego sprawdzonego schematu: ulotki, biuletyny, happeningi… Tylko że coś uległo zmianie. Generałowie poszli do boju wedle schematów dawnych bitew, ze starą bronią, ale w polu czekał już zupełnie inny przeciwnik.

Wolność słowa którą wywalczyli w krwawym boju okazała się niewiele warta wobec masowości informacji.
Za komuny walka toczyła się z konkretnym przeciwnikiem. Wydawanie całej prasy nadzorowała jedna komórka,
a kontrolowała jedna agenda państwowa.

W nowej sytuacji nadciągające oddziały i oddziałki nie mogły uderzyć w centrum, nie mogły wymacać sztabu przeciwnika bo tego centrum już nie było. Dziesiątki gazet puszczonych samopas zaczęły realizować różne linie programowe. (tzn. cel ogólny był jasny: konserwowanie socjalizmu i nadanie mu pozorów ludzkiej twarzy, gazety miały jednak swoje sympatie i próbowały wbijać ludziom go głów że socjalizm będą konserwować ci których redakcja lubi.)

Przez kilka miesięcy była jeszcze nadzieja. Od powstania Gazety Wyborczej do jej przejęcia przez spółkę Agora można było liczyć że pojawi się antykomunistyczny dziennik o zasięgu ogólnokrajowym. Nadzieja ta spełzła jednak na niczym.

Ustalono kto będzie uprawiał politykę i w jaki sposób. Klasa polityczna zaczęła się hermetyzować. Na lodzie pozostały dziesiątki mniejszych i większych partii. Wszyscy uznani za „radykałów”… Wylądowali na lodzie pospołu anarchiści, monarchiści, dogmatyczni kapitaliści, komuniści, wolnościowcy, zamordyści, katolicy, sekciarze, ateiści… Media straciły jakiekolwiek zainteresowania nimi i ich postulatami. Dziennikarze nie przychodzili na konferencje prasowe, redakcje nie wysyłały obserwatorów na zjazdy i kongresy.

Nieliczne większe niezależne gazety, stacje radiowe i telewizyjne uległy likwidacji lub wykupieniu – często w nader podejrzanych okolicznościach. Przypomnę tu historię dziennika tv a następnie gazety pt. „Obserwator”.
Generałowie przegrywających partyjek nie wyciągnęli jednak żadnych wniosków. Sądzili ze wygrają tradycyjnymi metodami. Założyli dziesiątki własnych niszowych gazet i gazetek. Wydali setki książek i biuletynów.
W międzyczasie zaczęła się era internetu, tu też podjęli atak.

Dziś cieszymy się powszechną wolnością słowa i przepływu informacji. Każdy chętny może wydawać gazetę, władza toleruje pisma neobolszewickie pospołu z antysemickimi. W internecie znaleźć można zarówno listy „żydów”
jak i pisma amerykańskich liberałów z XIX wieku.

Jednak przegrywamy. Przegrywamy z masowością informacji. Z wielkim stadem dziennikarskich hien
biegnących w tym samym kierunku.

Wolność słowa sprawia że możemy opisać wszystko. Każdy szwindel, przekręt i niesprawiedliwość.
Przeczyta to 50 tyś czytelników „Niezależnej Gazety Polskiej”. Przeczyta to 40 tysięcy czytelników „Najwyższego Czasu”. Ale „Wprost” czy „Polityka” mają tych czytelników dziesięciokrotnie więcej. A nasz czytelnik może jeszcze włączyć sobie telewizor i znowu wywrócą mu światopogląd na lewą stronę.

Wolność słowa to nadal miecz.

Tylko że w dzisiejszych czas nieliczny zastęp rycerzy z mieczami próbuje zawrócić z drogi gigantyczną kolumnę czołgów…
.
Andrzej Pilipiuk • netbird.pl

Reklama

Możliwość komentowania Wolność słowa? Tak ale… została wyłączona

%d blogerów lubi to: