POPISk

Posted in ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 7 grudnia 2009

Słusznie zwracają uwagę trzeźwi ludzie, że odpowiedź na pytanie: „dlaczego POPiS się nie udał?” jest banalnie prosta: bo nigdy nie zaistniał w realu. Ba, nie miał prawa zaistnieć, i wiedzieli o tym tak liderzy PiS-u, jak i PO już przed wyborami w roku 2005.

Popełniłem tuż przed ostatnimi wyborami – wyborami roku 2007, gruby błąd zakładając, że po dwóch latach rządów PiS POPiS jednak powstanie. Błąd ten wynikał nie z naiwności, ale z faktu przecenienia zaplecza intelektualnego PO; przyznaje, że dopiero po wyborach dowiedziałem się, że jest aż tak źle.

Ale o tej grubej pomyłce później.

Na moje usprawiedliwienie dodam, że podobny błąd, dwa lata wcześniej, zakładam – oparty o podobnie błędne przesłanki, popełnił prezes PiS Jarosław Kaczyński, proponując PO objęcie resortów gospodarczych w ówcześnie powstającym rządzie.

POPiS był propagandowym chwytem, a sieroty po POPiS-ie są tymi, którzy dali się na ten chwyt nabrać.

Geneza „POPiS-u” jako elementu propagandy ma swoją genezę w szoku, w jaki popadło społeczeństwo masowo oglądając telewizyjne sprawozdania z prac „Komisji Rywina”, a przynajmniej ta społeczeństwa część, która, jako „naiwne dziecię Gutenberga”, zgodnie z zasczepionym, chłopskim kodem zachowań, wierzy w prawdę, jeśli jest wydrukowana tłusto.

Przez lata grono ludzi o szlachetnych twarzach apostołów intelektu słodziło zapewnieniami, że w Polsce instytucje państwa funkcjonują wedle schematu demokratycznego przedstawicielstwa znanego z rzeczywistości politycznej krajów Zachodu, a urządzenia fiskalne, otoczenie prawne są zachodnich rozwiązań wierną kopią. W Polsce, po 1989 roku nie istniały patologie, korupcja była śladowa, wpisanie w jakikolwiek polityczny artykuł pojęć: „mafia”, „zorganizowana przestępczość”, groziło autorowi wyrokiem „oświeconych” luminarzy skazującyh go na wieczny pobyt w piekle choroby psychicznej wypełnionym szczelnie oparami nienawiści.

Rzeczywistość była inna i słodko spiewający luminarze mieli tego świadomość. Kłamali ze strachu, dla pieniędzy, z żalu za utraconą w PRL-u uczciwością i z przerażenia, że się wyda.

Kliniczny przykład to sprawa politycznego „zamordowania” marszałka Kerna, na którego funkcjonariusze frontu prasowego przypuścili atak najpierw funkcjonariuszką z wydziału „prostytucja”, później – wobec częściowego niepowodzenia akcji (jedyny dowód: „zeznania” Anstazji P.), zainscenizowali uprowadzenie córki.

Dowodem na „żywotność” więzi oficer prowadzący-tajny współpracownik, więzi, która wydaje się w dzisiajszych czasach silniejsza niż sakramerntalny związek małżeński stał się film „Uprowadzenie Agaty”.  Znany, uważany za PRL-owskiego nonkonformistę, reżyser, postanowił „wdrukować” w zbiorową świadomość treści dyktowane przez byłych funkcjonariuszy bezpieki, wedle niemienionego od lat wzorca walki z reakcją.

Udało się częściowo; zrządzeniem losu, w krótkich czasach odwilży, agent Marek Piwowski został zdekonspirowany
i pewnie do dzisiaj nie rozumie, dlaczego jego osiągnięcia nie wystarczyły, by któryś z kolejnych szefów służb nie zabezpieczył go nakazując umieścić teczkę współpracy w IPN-owskim zbiorze zastrzeżonym, co spotkało tylu jego mniej utalentowanych kolegów.

Komisja Rywina była, dla wielu oglądających ten spektakl, dotychczas ufnych obywateli, „mini referatem Chruszczowa”; okazało się, że widownia do tej pory oglądała kurtynę, na której namalowano aystokratyczne przyjęcie, a dochodzące zza kurtyny podejrzane odgłosy niewielu – z braku doświadczenia w obserwowaniu arystokratycznych przyjęć, niepokoiły; jej nagłe choć krótkotrwałe odsłonięcie pozwoliło dostrzec, że za kurtyną trwa ten sam, od lat pięćdziesięciu nieustający „Bal na Gnojnej”. Gromada pospolitej bandyterki, w towarzystwie pań lekkich obyczajów uzbrojonych w alfonsy, konsumowała kolejne „szampanskoje” nabyte za pieniądze pauperyzującego się społeczeństwa.

Jakie były przyczyny dekonspiracji? Do dziś zachodzę w głowe, ale widzi mi się, że w czasach jelcynowskiej smuty część bezpieczniackiego aparatu – ta, która w trudzie i znoju była w stanie opanować zachodni język w stopniu już niekompromitującym, zwietrzyła szansę na zmianę pana i przewerbowała się w kierunku zachodnim. Ci, którzy pozostali wierni centrali uzyskali na powrót „wiatr w żagle” wraz z krzepnięciem imperium Putina, i w poczuciu siły płynącem z tego kierunku podjęli kontratak. Skutki były opłakane – po raz pierwszy w społeczeństwie pojawiła się chęć zmiany i świadomość, że ta zmiana jest możliwa jedynie w drodze porządnego zamiatania. Do ludzi dotarło wreszcie, że normalność w każdym kraju, który aspirował do normalności (Niemcy, Czechy) i powrotu do cywilizacji Zachodu zaczyna się od dekomunizacji i lustracji; jazgotliwy front moralnego, lustracyjnego niepokoju natomiast,
to cienkie, syrenie śpiewy umoczonych po uszy „ciotek rewolucji”.

Do czasu „afery Rywina” istniało niebezpieczeństwo buntu, ale buntu socjalnego; „układ” pacyfikował go bądź w drodze skutecznego użycia broni gładkolufowej wymierzonej w niesfornych dziennikarzy, szerokiego dopuszczenia patologii emerytalno-rentowej rujnującej państwo, oraz wyprodukowaniu tworu pod nazwą „Samoobrona”, który swoją retoryką miał przyciagać i ogniskować niezadowolenie społeczne bezrobotnych, sierot po PGR-ach i upadających zakładach przemysłowych.

„Wielka wsypa” przy okazji sprawy Rywina groziła masowym poparciem udzielonym w wyborach ugrupowaniu, które „Bal na Gnojnej” będzie usiłowało zakończyć. Samoobrona mogła nie wystarczyć dla utrzymania większości.

Była tylko jedna metoda, by raz zdobytych pałaców władzy nie oddać nigdy.

Trzeba było wyprodukować twór, który pod hasłami moralnej odnowy stworzy konkurencję dla wołających o odnowę rzeczywistą. Twór, który dzięki poparciu mediów zdobędzie pełnię władzy i zadba, by się nic nie zmieniło pod pozorami zmian.

Pamiętam, kiedy w moim rodzinnym mieście lokalny przedsiebiorca pogrzebowy, człowiek majętny, wsparł nowopowstające ugrupowanie, a na zorganizowany z pompą zjazd założycielski pospieszyło wielu ludzi, wśród nich
i ci, którzy uczciwe widzieli modernizację na drodze „liberalizacji”. Był tam również mój znajomy – lekarz.

Niechętny patriotycznej retoryce, dość daleki od tradycyjnego pojmowania wartości, dostrzegł w powstającej Platformie Obywatelskiej (tak, o niej mowa), po raz pierwszy do lat, swoje ugrupowanie: antykomunistyczne, pro-lustracyjne, liberalne, republikańskie.

Spotkany jakiś czas później i indagowany na okoliczność machnął zrezygnowany ręką. „Rozczarował Cie program?” pytałem zainteresowany. „Jak i program?” odpowiedział zły. „To nie jest wielkie miasto, tu się ludzie znają. Złodzieje, ubole i trochę młodzieży, to po co mi program? Wiem o co chodzi”.

Całkowitym zaskoczeniem dla służb były wyniki wyborów 2005 roku. Miała je wygrać PO, a PiS dostać parę ministerstw dla osłody; kontynuacja „Rywinlandu” miała skompromitować cały, nowy obóz rządzący do czasu,
gdy zawiedziona, ideowa część PO powróci do Unii Wolności bądź stworzy nowe ugrupowanie, a PiS ropadnie się na kilka kanapowych partyjek w poczuciu niemocy i klęski w walce z układem.

Stało się inczej, stąd słabo maskowana wściekłość, wycofywanie się z postulatów demontażu WSI – największego pomnika pozostawionego nad Wisłą przez Armię Czerwoną, rewolucyjne pomysły stworzenia równoległego parlamentu, gdzie wszyscy „odtrąceni” mieli spotkać się… (chyba w sali do gry w piłkę, bo gdzieżby?), oczywiste niepowodzenie rozmów koalicyjnych, co do powodzenia których zresztą mało kto z rzeczywiście orientujących się
w polskiej polityce miał złudzenia i natychmiastowa akcja medialna, prowadzona również za granicą, opisująca rząd PiS-u zgodnie z retoryką, jaką wcześniej opisywano ugrupowanie LePena I Haidera.

Czy kolalicja z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin była błędem?

Była absolutnie trafną decyzją, bo jaki inny był wybór? Funkcjonowanie jako rząd mniejszościowy, co marzyło się PO? Powtórne wybory parlamentarne z zagrożeniem, że porażkę POPiS-u społeczeństwo odbierze jako porażkę reformatorskich sił in genere?

Dzieki tej koalicji udało się to, o czym Polacy mogli dotąd pomarzyć. Obóz antykomunistyczny zyskał wiedzę, dwuletni dostęp do mechanizmów działania służb „Polski niepodległej”, dostep do archiwów i szaf z poupychanymi, a wytwarzanymi masowo odchodami Lesiaków.

Dzieki temu, przy okazji każdego kolejnego rozdania będzie można ustrzec się błędów, bo rzeczywista mapa polityczna Polski została w znacznej mierze narysowana.

A wracając do mojego, grubego błędu sprzed dwóch lat. Otóż ja nie mam złudzeń, co do istoty, do tego, czym jest
i jak funcjonuje polska polityka; obok osbistych przeczuć na mój jej obraz składają się również, przy kilku okazjach zasłyszane i warygodne świadectwa.

Oprócz ponurej świadomości obrazu, przez wiele lat, tłukła się we mnie nadzieja na to, że postpeerelowskie służby przewerbują się… na Polskę, z racji zrozumienia oczywistego faktu, że największe korzyści (w każdym wymiarze rozumienia słowa „korzyść”) wszelkie służby mają z racji służenia swojemu państwu (choćby kwestia rangi
i znaczenia).

Potrzebowałem kilku lat by zrozumieć, że nie ma na to najmniejszych szans.

Komunizm to skaza intelektualna uniemożliwiająca operowanie kategoriami „państwa’ I „narodu”, bo to choroba, która „cofa” umysł w świat odległej wspólnoty plemiennej albo wypycha na kryminalny margines. Dwie są drogi powrotu: albo tysiącletnia praca, albo wiara w rehabilitacyjną moc penitencji.

A doskonałą ilustracją tego smutnego faktu, może być zachowanie byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który postawiony wobec oskarżenia o agenturalność rzucił wsciekle, że wie, kto agentem był, ale nie powie. Podobnie jak Lech Wałęsa, który identyczne niemalże zdanie wypowiedział przy okazji sprawy „Bolka” i „Delegata”.

Obydwaj, mówiąc to, działali w głębokim poczuciu lojalności wobec… no właśnie, czego?

W każdym razie ku temu wysyłali swoje kolejne deklarację poddaństwa.

Omerta potrafi dać świadectwo swojej mentalnej żywotności dwadzieścia lat po rzekomym zwycięstwie
nad komunizmem.

.

Rolex • salon24.pl

Reklama

Możliwość komentowania POPISk została wyłączona

%d blogerów lubi to: