Od Sierpnia ’80…

Posted in ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 11 grudnia 2009

13 grudnia zakończyła się era pierwszej Solidarności. Czas, który okazał się jak zwrotnica kolejowa w życiu wielu z nas. Przedstawiamy dzisiaj  Państwu wspomnienia Elżbiety Gawlas.

Nasze życie jest bardzo ważne. Mamy tylko jedno. Zdarza się, że zależne jest ono od postępowania innych ludzi.

Gdyby nie strajki roku 1976, nie powstałby KOR. Nie postałyby WZZ, ROBCiO, Ruch Młodej Polski.
Gdyby nie wybuchły strajki 80. roku, nasze życie potoczyłoby się inaczej. Ja być może dalej uczyłabym języka angielskiego w II LO w Gdańsku. Miałabym do emerytury cztery lata… Polska też byłaby inna…

29 lat mija od zrywu Sierpnia ’80. Dla mnie 28. rok emigracji.

Sierpniowe wspomnienia

„Pan ich nie zna, pan nie wie, do czego oni są zdolni” – powtarza bez przerwy nauczycielka przybyła na pomoc na samym początku strajku. Oczy ma pełne łez.”

Cytat ten znalazłam w książce „Gdańsk 1980 – Oczyma świadków”, wydanej przez Polonia Book Fund LTD, Londyn 1980, w artykule napisanym przez Bernarda Guetta z „Le Mond”, którego miałam przyjemność poznać osobiście podczas ubiegłorocznego strajku.

Zdania te odnoszą się do mojej osoby i stały się dla mnie inspiracją do podjęcia próby spisania tego, co przeżyłam. Czy będzie to zadanie proste? Na pewno nie. Zbyt głęboko odczułam naszą rewolucję, by móc spojrzeć na nią z pewnego dystansu. Zbyt boleśnie przeżywam dramat powojennych losów mojej Ojczyzny.
Należę do rodziny głęboko patriotycznej, której walka o wolność Kraju rozpoczęła się chyba już w powstaniu listopadowym. Jej członkowie ginęli na obu frontach II wojny światowej. Walczyli w konspiracji, ginęli na Pawiaku, w Cytadeli i byli w Oświęcimiu. Nie ominął ich los syberyjskich zesłańców. Przeszli bojowy szlak z Andersem, aż pod Monte Cassino. Nikt po 1945 roku nie zaakceptował statusu PRL.

Pierwsze „nie” padło z moich ust, gdy miałam 8 lat. W drugiej klasie szkoły podstawowej nauczycielka języka polskiego kazała nam nauczyć się czytać tekst pt. „Przyjaźń”. Następnego dnia, wywołana do odpowiedzi, zdesperowana odrzekłam, że czytać nie będę. Zdumienie tej kobiety było niezmierne. Znała mnie od dziecka, jako bardzo posłuszną dziewczynkę. Podeszłam do jej biurka i z płaczem wyszeptałam na ucho, że mój dziadek zginął niewinnie na Syberii i o takiej przyjaźni – nie sposób czytać. Świadoma sytuacji politycznej stałam się w 12. roku życia. Był początek wiosny. Z moim nieżyjącym już teraz Ojcem, bardzo często odbywaliśmy dalekie spacery, podczas których ze ściśniętym sercem słuchałam partyzanckich opowieści. I tak pewnego dnia zanotowałam w pamięci słowa – „Nasz Kraj jest w niewoli sowieckiej”. Wiedza ta zadecydowała o dalszych moich losach. Poznański Czerwiec i Październik 1956 roku pamiętam jak przez mgłę. Robotnicy. Strajk – manifestacje – zabici – ranni….

Do dzisiaj mam przed oczyma scenę z ponurej klasy, w której zdjęto nam krzyż. Przynieśliśmy z domu własne i wieszaliśmy kolejno, w miarę jak nam je zdejmowano. Skończyły się tego roku dni rozpoczynane modlitwą. Potem był rok 1968. Już jako studentka Studium Nauczycielskiego poszłam pod ” Żaka” w Gdańsku na wieczorną manifestację, popierającą walkę warszawskich studentów o Wolność. Atak milicji, pobite pałkami koleżanki, oto była odpowiedź władz.

Przełomowym miesiącem w moim życiu był Grudzień 1970 roku. W styczniu 1971 roku napisałam: „Pierwszy dzień nowego roku. Co nam przyniesie? Nie wiemy. Czy będzie dalszym ciągiem walki słusznej i sprawiedliwej? Dość zakłamania. – Musi zwyciężyć Prawda. Nie zapomnę nigdy o tragicznych dniach grudnia ubiegłego roku. Krwawe zajścia na terenie Gdańska i Gdyni, Elbląga, Szczecina i Słupska to jedne z najczarniejszych kart historii powojennej. Rozkaz strzelania do strajkujących i manifestujących robotników i sprowadzenie na nich czołgów – to straszliwa zbrodnia, której nie można zapomnieć i przejść obok niej obojętnie. Kochani robotnicy wzięli na siebie ciężar walki za tchórzliwych i słabych. Poszły prawie wszystkie zakłady produkcyjne miasta, zjednoczyły się w jednym wspólnym dążeniu. Szli zwartym szeregiem przez ulice Gdańska do Komitetu Wojewódzkiego, którego podpalenia byłam świadkiem, do Związków Zawodowych, pod Komendę Milicji. Poszli pod Politechnikę, przepraszali za Marzec. Doszło do walk, padli zabici – 350 osób? – i ranni. Milicja chowała do wspólnych grobów. Wiele osób, które udały się na pogrzeb bliskich, zaginęło. W Gdyni miała miejsce rzeź. Strzelano do bezbronnych, uciekających, w plecy, do podróżnych wysiadających z kolejki elektrycznej. Ulicą Świętojańską na czele pochodu niesiono na drzwiach zwłoki chłopca – ucznia liceum. Padła od kuli 16-letnia dziewczyna niosąca narodowy polski sztandar. Postrzelono 12-letniego chłopca, który niósł w siatce produkty spożywcze. Obydwie nogi amputowano. Milicjant zgłosił się do szpitala po siatkę, ale lekarz nie wydał dowodu zbrodni.

Straszliwy odwet na milicjantach. W Oruni – przedmieściach Gdańska – znaleziono podczas świąt Bożego Narodzenia dwóch funkcjonariuszy z poderżniętymi gardłami. W Gdańsku – jednego z odciętą głową, posługiwano się scyzorykiem i żyletkami. W Gdyni zamordowano, obcięto mu uszy i wyłupiono oczy. To nieliczne straszne szczegóły z pamiętnych dni grudniowych. Sączona od lat wzajemna nienawiść przyniosła krwawe żniwo. Prasa kłamie. Sprawdzają się słowa znajomego lekarza: „Źle postawione, będzie zawsze się walić”. W czasie minionych wydarzeń milicjanci wpadali do szpitali, mordowali rannych, leżących na łóżkach, lekarze musieli ich ukrywać. W więzieniach aresztowani musieli przejść wzdłuż szpalerów funkcjonariuszy, bito ich pałkami, słabsi padali, wielu dobijano. Znajoma pielęgniarka mówi: „Do celi po brzegi wypełnionej więźniami – o głodzie stali – usiąść nie było gdzie – dwie doby – wrzucono 12-letniego chłopca, krew płynęła ustami i uszami. Współwięźniowie pluli na chusteczki, żeby zrobić okład. Skonał na ich rękach. Brat koleżanki był świadkiem śmierci młodej, ciężarnej kobiety pod gąsienicami czołgu. Zemdlał.

– Tak trudno otrząsnąć się z minionych przeżyć, tak trudno mówić o tym, co tak niewypowiedzianie boli. – Stale krwawiąca rana. Na widok munduru uciekam na drugą stronę ulicy. 16 stycznia 1971 roku robotnicy Stoczni Gdańskiej podjęli strajk. Domagają się m.in. oddania pod sąd grudniowych zbrodniarzy. Stocznia w Gdyni otoczona wojskiem. W „Głosie Wybrzeża” podano listę osób zabitych – 28. Kto ma w to wierzyć?

Pewien milicjant po pijanemu przyznał, że chowano pomordowanych w workach z folii w Piaśnicy. Krążą pogłoski o strajku generalnym.

Tyle zapisów sprzed 10 lat. W międzyczasie był dramat Ursusa i Radomia w 1976 roku. Przyczyny i skutki te same co w Poznaniu, Gdańsku i Gdyni.

I tak nadszedł historyczny już rok 1980.

W styczniu odczuwało się nadchodzącą burzę. Pewnego dnia wyrwało mi się: „Do końca roku to wszystko pęknie”. Spełniły się słowa, choć wydarzenia nadeszły wcześniej, niż przypuszczałam. Czułam, że skończył się czas krytyki, a nadszedł czas działania. Słyszałam o działalności Wolnych Związków Zawodowych, licznych aresztowaniach Lecha Wałęsy (które okazały się fikcją – 2003), podsłuchu u Ani Walentynowicz. Cieszyła mnie ich działalność.

W piątek, 15 sierpnia, Mama moja przyszła do domu z płaczem – Stocznia strajkuje. (Była świadkiem zastrzelenia 18 stoczniowców 15 grudnia 1970 roku pod II bramą Stoczni Gdańskiej – 2003. Sama pracowała w budynku dyrekcji stoczni 35 lat.) Wiadomość przyjęłam spokojnie. Powiedziałam tylko – nareszcie. Natychmiast zdecydowałam, że muszę znaleźć się wśród tych, których bracia ginęli w Grudniu 70 roku. Świadoma byłam, że może spotkać mnie ten sam los. Moja decyzja była jednak nieodwołalna. Kupiłyśmy cztery siatki chleba i pojechałyśmy pod bramę Stoczni Gdańskiej. Po drugiej stronie tłumy robotników i strajkowa straż. Ze łzami witałam nowych bohaterów. Nie mogli mnie jednak wpuścić. W sobotę niepokojąca wieść. Strajk zakończony – jeszcze tego samego dnia – protestują nadal w obronie praw mniejszych zakładów.

Niedziela rano – Msza św. Po południu poszłam do zaprzyjaźnionej rodziny. Tam dowiedziałam się, że o dwudziestej odbędzie się zebranie Komitetu Strajkowego. Umówiłam się z Januszem, że wprowadzi mnie na stocznię. Przed bramą byłam za piętnaście czwarta. Tłumy ludzi po obu stronach bramy. Nie mogąc doczekać się na mojego przewodnika, przecisnęłam się jak najbliżej wejścia. W pewnym momencie usłyszałam, że ktoś mówi po angielsku. Był to dziennikarz z Austrii. Zaofiarowałam mu swoją pomoc jako tłumaczka i tak znalazłam się po drugiej stronie wśród strajkujących. Czułam zapewne to samo, co Aleksandra Babasiak w Poznaniu w 56 roku. Udaliśmy się razem do dużej sali BHP. Była tam już grupa ludzi. Gromadzono się na zebranie. Usiadłam z boku w pobliżu stołu prezydialnego. Posiedzenie rozpoczął Lech Wałęsa, obok siedział Bogdan Borusewicz. Dyskutowano nad postulatami. Zaczęłam na wyrwanej z notesu kartce wypisywać własne. W pierwszym punkcie umieściłam wolne, demokratyczne wybory do Sejmu. Ostatni – 21, był podobny do postulatów węgierskich robotników w 1956 roku – o czym dowiedziałam się później z broszury „Budapeszt – 100 dni nadziei” – dobrowolność uczenia się języka rosyjskiego. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tego typu żądania będą z listy usuwane. Lechu i Bogdan po przeczytaniu mojej kartki odwrócili się i uważnie popatrzyli na radykała w spódnicy. Zebranie trwało do godziny 23 z udziałem 27 przedstawicieli różnych zakładów. W przerwie przeniosłam się obok do małej salki i podjęłam rozmowę z uczestnikiem Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Jankiem Zapolnikiem. Przedstawiłam mu własną wizję podobnego pokojowego ruchu rewindykacyjnego w innych krajach socjalistycznych i republikach sowieckich. Mój rozmówca był zaskoczony tym rozmachem i optymizmem.
Wróciłam o godz. 24 do domu, by następnego ranka z siatkami pełnymi chleba wrócić do stoczni bez trudności. Za bramą spotkałam reportera z Francji, pochodzenia polskiego, Mariana Kafarskiego. Dalej poszliśmy razem. W dużej sali plenarnej zaofiarowałam swoją pomoc przy robieniu kanapek. Potem przeniosłam się do stołu prezydialnego, gdzie razem z pewną młodą, ułomną (po chorobie Heinego-Medina) kobietą z Niezależnej Oficyny Wydawniczej, zbierałyśmy postulaty od zgłaszających się delegatów.

Zebranie Komitetu Strajkowego. Podniosły nastrój. Szłam wszędzie tam, gdzie mogłam być najbardziej użyteczna. Jako pierwsza zajęłam się bardzo pracochłonnym wydawaniem przepustek. Przez 18 godzin bez przerwy rejestrowałam zgłaszające się zakłady pracy, doszłam pierwszego dnia do 187. Następne godziny były koszmarne. Wiedziałam, że jeżeli nie będziemy zdecydowani, wywiozą nas z kraju masowo pociągami. Poszłam do Wałęsy, po krótkiej rozmowie zaproponował mi, bym została jego sekretarką. Zaczęłam stopniowo podpowiadać, jak należy zorganizować pracę prezydium. Pewne moje propozycje zaakceptowano – dwa razy dziennie posiedzenie. Tego dnia o 23 z trudem pozbierałam w małej salce rozproszonych członków. Protokołowałam zebranie. W pewnym momencie zasugerowałam, że należy przewidzieć powstanie Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego. Była to moja wizja przyszłej Krajowej Komisji Porozumiewawczej. Tej nocy w ogóle nie spałam. Do rana próbowałam na czysto przepisać protokół.

Około 2 w nocy zwrócił moją uwagę człowiek siedzący naprzeciwko punktu informacyjnego. Na piersiach miał duży ryngraf, a w ręce – krótkofalówkę. Ostrzegłam strajkujących, zaczęliśmy się porozumiewać, mówiąc sobie wszystko na ucho. Byliśmy świadomi obecności agentów. Podejrzanego osobnika usunięto z terenu stoczni, potrojono straże. Podobno powiedziałam: „Czy wiecie, co za chwilę może się tu stać? Czy wiecie, co ludziom grozi?”. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, że szykowano desant. (W 1996 roku, leżąc w szpitalu w Gdańsku, powiedziano mi, że tamtej nocy był desant. Do dziś są ślady od siekier na drzwiach).

Po 36 godzinach wytężonej pracy, w południe przeszłam do miasta przez bramę, którędy przejeżdża zwykle pociąg z węglem. (Stało się to po tym, jak Joanna Gwiazda krzyknęła – „Lechu – agentem”.) Nie bałam się. Na rogu ulicy dostrzegłam ukryty samochód milicyjny. (Obłożona byłam cała ulotkami i miałam przy sobie kasetę z oryginalnym nagraniem z krwawego poranka w Gdyni z 16 grudnia 70 roku.) Udając spokój, minęłam ich, poszłam do rodziny. Zdenerwowanie osiągnęło punkt kulminacyjny. Opowiadając przejścia minionej nocy, zacinałam się. Przespałam godzinę. Po czym pobiegłam do ks. Jankowskiego. Nic nie wiedział o zaistniałej sytuacji. Wróciłam do domu, nakarmiłam moje pieski i wbrew prośbom rodziny, udałam się ponownie na teren stoczni. Spałam tej nocy od 3 do 6 rano w małej salce na parterze, gdzie wisiał krzyż, razem z Anią Walentynowicz i innymi strajkującymi robotnikami. Trudno jest mi teraz szczegółowo odtworzyć wszystkie te wspaniałe, choć tak trudne dni. Pochłonięta pracą, nie mogłam wiele dostrzec. W pewnym momencie stwierdziłam, że ten niesamowity w swojej pokojowej wymowie strajk, zmienia swój nastrój. Skoczna muzyka przez głośniki, występy aktorów. Było to dla mnie przykre. Poprosiłam, by nadmiernie eksploatowany hymn narodowy zastąpić „Rotą”. Udało mi się namówić aktorów, żeby zaintonowali tę pieśń. Wszyscy powstali, wielu robotników miało łzy w oczach.

Nadszedł dzień, kiedy władze postanowiły zacząć pertraktacje z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Napięcie wzrastało. Pojawili się z Warszawy eksperci, premier Jagielski ze swoją ekipą. Irytowała mnie jego rzekoma indolencja, niedoinformowanie. Pan premier przyznał, że nie czyta „Trybuny Ludu”, ale uszczypliwe uwagi w biuletynie „Solidarność” dostrzegł. Widocznie uznał, że to ciekawsza lektura. Ciągłe wyjazdy do Warszawy po instrukcje, czy można tak decydować, a może inaczej. Irytująca blokada telefoniczna Gdańska i bzdurne tłumaczenie przyczyn. Wielu z nas czuło, że interwencji nie będzie. To wzmacniało ducha. Niepokoiły wieści o aresztowaniach w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Nikt z nas nie miał czasu słuchać jałowych przemówień telewizyjnych. Wiadomość o usunięciu Pieńkowskiego przyjęłam obojętnie, tylko nagle gdzieś zniknęli eksperci.

Rozmowy toczą się dalej. Jest upalnie. Dyrektor Gniech na moją prośbę wydaje wiatraczek. Stajemy się gwiazdami filmu dokumentalnego „Robotnicy 80”. Eksperci wpływają na złagodzenie postulatów. Pojawia się punkt o przewodniej sile partii. Burzy się we mnie wszystko. To przecież akceptowanie bezprawia w konstytucji i w życiu.

Kiedy wynika kwestia KOR-u, Lech zabrania o nim mówić, rzucam się do niego: „Bierzesz na swoje sumienie życie tych ludzi”!  – „Tak – biorę wszystkich”. Wzburzona, zrozpaczona opuszczam salę. Dyskusja, przeprosiny. Nie wracam. Nie mogę jednak opuścić stoczni. Jakaś przemożna siła trzyma mnie na posterunku. Pracuję nadal w punkcie informacyjnym. O 2 w nocy wracam do domu. Z pomocą przyszła mi Iwona i Stefan ze Stoczni Północnej. Rano nadawano muzykę poważną i pieśni patriotyczne. Byłam radiowcom z Warszawy wdzięczna za zrozumienie sytuacji. We wtorek kontynuowałam wydawanie przepustek. Delegaci niecierpliwie domagali się jak najszybciej, a napływ ich był coraz większy – 360 zakładów, 478, 632. We czwartek liczba ich osiągnęła 786. Zmęczenie i napięcie nerwowe wzrastały. W południe przybiegł Wałęsa i wręczył mi plik obrazków z kościoła, prosząc, bym zrobiła z nich przepustki. Odłożyłam je na bok i dalej robiłam na kartkach.

Ostatni dzień strajku. Podpisanie porozumienia. Nie rozumiem radości delegatów i ich owacji. Ten kompromis jest dla mnie przegraną, zapowiedzią dalszej ciężkiej walki. Ze smutkiem i niepokojem wychodzę z opustoszałej już Stoczni Gdańskiej. Zabrakło ostatniej modlitwy. Jestem głęboko rozczarowana. Tak bardzo pragnęłam, by zło zostało wykorzenione do końca.

Następny tydzień nie przyniósł wytchnienia. Już o 6 rano w poniedziałek stawiłam się na ulicy Marchlewskiego (dzisiaj Romana Dmowskiego) w nowej siedzibie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. Weszliśmy do byłego, prywatnego mieszkania, które pozbawiono wszelkiego sprzętu. Szybko pojawiły się stoliki, po jednym w każdym pokoju, krzesła. Zaczęła się praca. Trzy dni wielogodzinnego odbierania telefonów. Wyczuliłam się na podsłuch, co spowodowało zabawną sytuację podczas wizyty u Prymasa Wyszyńskiego. Po wejściu do salonu, gwałtownie drgnęłam: „Tu jest podsłuch” – na co ze śmiechem ksiądz sekretarz: „Proszę pani, od trzydziestu paru lat”.

Przenosimy się do Hotelu Morskiego. Próbuję uporządkować całą dokumentację. Mam własny pokoik, obecnie rezyduje w nim Wałęsa. Po tygodniu dochodzi do niezawinionego przeze mnie konfliktu między mną a „wodzem”. Wstawiam się za młodym robotnikiem, byłym członkiem Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej, który niesprawiedliwie zostaje pozbawiony pracy. Lechu, jak zawsze impulsywny, zostaje źle poinformowany. Opuszczam swoje stanowisko. Odchodzę bez żalu. Na posiedzeniu „Krajówki” Lechu przeprasza mnie, przesyłając piękną wiązankę kwiatów, przez całą salę. Chce, bym wróciła. Za późno.

Muszę wrócić do pracy w szkole. Odtąd bywam w MKZ często, podejmuję działalność społeczną w Komitecie Więzionych za Przekonania, w Dziale Interwencji. Prowadzę korespondencję z więzionymi. Zostaje honorowym członkiem Koła Kombatantów AK „Solidarność”.

I nagle 25 sierpnia 81, w rocznicę wielkiego strajku, wszystko się kończy. Zostaję pozbawiona pracy, nie wypłacają mi ostatniej pensji, środków do życia, kartek na żywność. Dowiaduję się o nakazach aresztowań w niedzielę przed wyjazdem, który miał trwać tylko 5 dni. Na Okęciu celnik zabiera mi moje pismo drukowane nocami „Libertad”. Wiedeń – obóz – emigracja.

.

Elżbieta Gawlas • Tygodnik „Goniec” Toronto

PS Po 23 latach mogę tylko napisać: Gdybym tylko mogła, chciałabym przeżyć to jeszcze raz. Byliśmy wspaniałą jednością. Bano się nas, tak jak boją się dzisiaj. Teraz bogatsza w wiedzę, inaczej podpowiadałabym.

Reklama

Możliwość komentowania Od Sierpnia ’80… została wyłączona

%d blogerów lubi to: