Prawda źle podana

Posted in ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 12 grudnia 2009

„Nie ma co dyskutować z nimi, tylko wyrżnąć jednego w gębę i do widzenia” – w ten sposób zareagował ks. Henryk Jankowski na pierwsze ustalenia historyków IPN identyfikujących jego osobę z kontaktem operacyjnym SB
o pseudonimach Delegat i Libella („Dziennik”, 25.03.2009).

Najnowsza książka Grzegorza Majchrzaka poświęcona związkom ks. Jankowskiego z tajnymi służbami PRL w latach 1980 – 1982 będzie budziła zapewne jeszcze większą irytację legendarnego prałata z Gdańska. Niestety, poziom opracowania i sposób prezentacji dokumentów „Delegata”/„Libelli”, irytować może również historyków.

Bezpieczna kontrowersyjność

Grzegorz Majchrzak należy do najbardziej pracowitych badaczy IPN. Zajmuje się przede wszystkim edycją źródeł SB i nie stroni od „niebezpiecznej” tematyki związanej z ostatnimi dwoma dekadami PRL, czym korzystnie odróżnia się od wielu zatrudnionych w instytucie historyków. Po interesującym tomie dokumentów bezpieki na temat „Tygodnika Solidarność” i Małgorzaty Niezabitowskiej w ostatnim czasie Majchrzak zabrał się do opracowania archiwaliów dotyczących agenturalnych wątków w życiu ks. Henryka Jankowskiego. To przedsięwzięcie wymagało niewątpliwie odwagi, bowiem gdański prałat to kapłan ikona, uwieczniony na filmach i zdjęciach obok Lecha Wałęsy i ks. Jerzego Popiełuszki, żywa legenda „Solidarności”. W latach 80. pod jego skrzydła w parafii św. Brygidy Szwedzkiej trafiali niemal wszyscy liczący się działacze głównego nurtu sentymentalnej panny „S” – od Jacka Kuronia, Adama Michnika i Bronisława Geremka po braci Kaczyńskich, Władysława Siłę Nowickiego i Seweryna Jaworskiego. U niego podejmowano ważne decyzje, liczono związkowe pieniądze i przyjmowano zagranicznych gości, żeby wspomnieć tylko Margaret Thatcher. W tym kontekście można zrozumieć złożony niedawno przez Komisję Krajową NSZZ „Solidarność” oficjalny wniosek, by prezydent wyróżnił gdańskiego kapelana „Solidarności” odznaczeniem państwowym. Prałat zna niewątpliwie niejedną tajemnicę „Solidarności” i jej liderów, dekada lat 80. stworzyła jego wielką popularność i wpływy.

Jednak w wolnej Polsce ks. Jankowski rozmienił swoją legendę na drobne. Był nie tyle zanadto radykalny w sądach, ile forma, w jakiej kontestował rzeczywistość III RP, pozostawiała wiele do życzenia. Egocentryzm, styl życia nielicujący często ze stanem kapłańskim, produkcja wina ze swoim wizerunkiem, antysemityzm, otaczanie się dziwnymi ludźmi, polityczny flirt z Andrzejem Lepperem i Danutą Hojarską ukazywały nieznane szerzej oblicze proboszcza parafii św. Brygidy. Wszystkie te fakty stworzyły zagmatwany wizerunek proboszcza parafii św. Brygidy. Faktyczny problem polega jednak na tym, że Majchrzak postanowił tę dwuznaczność postaci ks. Jankowskiego oraz skrajnie negatywne opinie, jakie aktualnie wywołuje on w środowiskach opiniotwórczych, wykorzystać w swojej książce. Pewnie dlatego skorzystał z okazji, by wyeksponować marginalne uwagi księdza z 1981 r. akurat na temat Żydów, którzy panują rzekomo nad „całą propagandą światową” (s. 18). W ten sposób bieżący wizerunek i odbiór ks. Jankowskiego przesłonił rzeczywistą działalność „Delegata”/„Libelli” w latach 1980 – 1982. Autor kreśli jego postać bez szerszego kontekstu działań, w jakie na styku pewnej wspólnoty interesów ludzi władzy i MSW, episkopatu oraz Lecha Wałęsy angażował się „Delegat”/„Libella”.

„Delegat” zidentyfikowany

Sprawa współpracownika o ps. Delegat/Libella jest historykom znana od lat (wspomniałem o nim już w 2003 r.). Analiza i weryfikacja treści informacji przekazywanych przez „Delegata”/„Libellę” pozwala ponad wszelką wątpliwość powiązać tę postać z osobą ks. Jankowskiego. Ale podstawowy problem, przed którym staje w tej sprawie historyk, nie polega przecież na subiektywnym przekonaniu i pewności, lecz na braku jakichkolwiek materiałów ewidencyjnych SB, które wprost identyfikują byłego proboszcza św. Brygidy z „Delegatem”/„Libellą” i pozwalają o tym jednoznacznie napisać. Dlatego też historycy, którzy pisali wcześniej o „Delegacie”, nigdy nie zdecydowali się na podanie jego personaliów. Był on zapewne na tyle cennym współpracownikiem, że kierownictwo gdańskiej bezpieki i jego oficer prowadzący (mjr Ryszard Berdys) postanowili jeszcze lepiej zakonspirować jego osobę i zrezygnowali z jego formalnej rejestracji w archiwum SB. Nie ma jak dotąd żadnego zapisu w dokumentach i kartotece byłej SB, który stawiałby znak równości pomiędzy kontaktem operacyjnym „Delegatem”/„Libellą” a ks. Jankowskim. W tym aspekcie podjęty przez Majchrzaka trud był znacznie bardziej złożony aniżeli sprawa Lecha Wałęsy, który przynajmniej w kilku dokumentach SB jest jednoznacznie identyfikowany jako TW ps. Bolek. W IPN nie zachowały się teczki „Delegata”/„Libelli”, choć wielokrotnie były omawiane na łamach postkomunistycznej prasy przez jego opiekunów z SB („Nie”, „Fakty i Mity”).

Stąd też, jak słusznie zauważa Majchrzak, sprawa „Delegata”/„Libelli” ma charakter poszlakowy, choć „poszlaki układają się jednak w logiczny i spójny ciąg, uzupełniając się nawzajem” (s. 20). Dlatego niezmiernie ważne powinno być ukazanie związków proboszcza św. Brygidy z bezpieką w nieco szerszej perspektywie historycznej – na tle dziejów i konfliktów wewnątrz „Solidarności”, regionu gdańskiego, postaci Wałęsy, polityki obozu władzy i Kościoła. Ale właśnie w tym miejscu pojawiają się wątpliwości, czy autor rzeczywiście dowiódł, że owe poszlaki tworzą logiczną i spójną całość.

Selekcja dowodów

Majchrzak dysponował około 40 dokumentami na temat działalności „Delegata”/„Libelli”. W większości są to oryginały bądź kopie odpisów, meldunków, charakterystyk i materiałów administracyjnych wytworzonych przez Wydział IV SB w Gdańsku. W większości zostały one zaprezentowane w książce. Zastanawia jednak przyczyna, dla której autor nie opublikował wszystkich dokumentów. Mam tu na myśli przede wszystkim dokumenty SB z Sierpnia ’80, które mjr Berdys sporządził m.in. na podstawie informacji przekazanych przez ks. Jankowskiego. Chodzi m.in. o meldunek, który 19 sierpnia 1980 r. gdańska SB przekazała do Departamentu IV MSW w ramach Elektronicznego Systemu Ewidencji Zainteresowań Operacyjnych (ESEZO). Majchrzak wprawdzie przywołuje go we wstępie (s. 13), ale nie poddaje dokumentu całościowej analizie i pomija w nim najistotniejszy element – zrelacjonowanie mjr. Berdysowi przez ks. Jankowskiego (oznaczonemu w meldunku numerem identyfikacyjnym 11 063) rozmowy z Anną Walentynowicz na temat odprawienia mszy św. dla stoczniowców 17 sierpnia 1980 r. Gdyby Majchrzak wczytał się i znał relacje pamiętnikarskie na ten temat (opublikowane chociażby przez Walentynowicz, małżeństwo Gwiazdów i Tadeusza Szczudłowskiego), zorientowałby się, że ich sens pokrywa się z treścią dokumentu SB. W swoim obszernym meldunku (nie ma tu miejsca na pełny cytat) mjr Berdys odsłonił kulisy pojawienia się ks. Jankowskiego w stoczni. Pisał m.in.: „do proboszcza parafii św. Brygidy w Gdańsku ks. Henryka Jankowskiego (11 063) zgłosili się przedstawiciele komitetu [strajkowego] z żądaniem, aby dnia 17 sierpnia 1980 r. odprawił na terenie stoczni nabożeństwo dla strajkujących. Ks. Jankowski nie zajął stanowiska, wyjaśniając, że sprawa ta wymaga decyzji ordynariusza bp. L. Kaczmarka. Stocznia znajduje się na terenie parafii. O rozmowie ze stoczniowcami (11 063) poinformował bp. Kaczmarka, który polecił mu natychmiast przyjechać do kurii. W rozmowie operacyjnej z (11 063), ten podał, że ordynariusz otrzymał od wojewody gdańskiego zalecenia, aby odprawione zostały dla strajkujących nabożeństwa niedzielne w kościele, a w przypadku zaistnienia sytuacji przymusowej, nawet na terenie stoczni, z zastrzeżeniem jednak, aby został do tego wytypowany rozsądny i odpowiedzialny ksiądz świecki”. Tego ważnego fragmentu, z którego ponad wszelką wątpliwość wynika, że ks. Jankowski kontaktował się z mjr. Berdysem w decydujących chwilach Sierpnia ’80 (kryzys strajkowy), w książce Majchrzaka zabrakło. Zamiast tego autor omawianej książki, bezkrytycznie cytując raporty dzienne MSW, stwierdza, że kazanie ks. Jankowskiego z 17 sierpnia zawierało „pozytywne akcenty”. Nie wyjaśnia jednak, na czym miałyby one polegać (tekst kazania był publikowany) ani też jakie reakcje wśród strajkujących wywołały słowa proboszcza kościoła św. Brygidy. A przecież od lat dysponujemy na ten temat pełną wiedzą (m.in. A. Drzycimski, T. Skutnik, „Gdańsk. Sierpień ’80. Rozmowy”, Gdańsk 1990, s. 107 – 113; „Dla władzy. Obok władzy. Przeciw władzy. Postawy robotników wielkich ośrodków przemysłowych w PRL”, red. J. Neja, Warszawa 2005, s. 136 – 145.).

Od kiedy?

Powyższe zaniechanie ma dla wyjaśnienia związków ks. Jankowskiego z SB poważne znaczenie. Lekceważąc niejako wymowę informacji przekazywanych przez ks. Jankowskiego w ramach „rozmów operacyjnych” podczas strajku w Stoczni Gdańskiej (w edycji źródeł pominięto także meldunki z 20 – 21 sierpnia), Majchrzak przesuwa w czasie formalne związanie księdza z SB dopiero na grudzień 1980 r. (s. 15). Tę dość karkołomną tezę podpiera jedynie faktem odnalezienia szyfrogramu SB z 12 grudnia 1980 r., w którym po raz pierwszy pada pseudonim Delegat (s. 32 – 35). Czy to jest wystarczający dowód na to, że wcześniej ks. Jankowski nie był „traktowany przez SB jako kontakt operacyjny”? Wątpliwe, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że źródło informacji z 19 sierpnia 1980 r. mjr Berdys zakwalifikował jako „okresowe, wiarygodne, z możliwością dalszego informowania”. Podobnie było w przypadku kolejnych rozmów z ks. Jankowskim (z sierpnia i września 1980 r.). Taka ocena mieści się zresztą również w definicji kontaktu operacyjnego, z którym według instrukcji Departamentu IV MSW (walka z Kościołem) relacje nie musiały być systematyczne, ale utrzymywane „w zależności od potrzeb i okoliczności”. Potwierdza to także późniejsza ewolucja statusu „Delegata”/„Libelli”, który w połowie roku 1981 był dla bezpieki „źródłem doraźnym wiarygodnym”, a po wprowadzeniu stanu wojennego „źródłem stałym wiarygodnym” (s. 22). Ślad po „Delegacie”/„Libelli” urywa się na dobre w maju 1982 r.

Stronnicza demonizacja

Według Grzegorza Majchrzaka kontakt operacyjny „Delegat” (jesienią 1981 r. przemianowany na „Libellę”) był w ocenie SB „jednym z najważniejszych osobowych źródeł informacji” wykorzystywanych w działaniach przeciwko legalnej „Solidarności” (s. 20). Zarówno treść zaprezentowanych dokumentów, jak i uzasadnienie autora absolutnie nie potwierdzają tej tezy. Bezpieka nigdzie nie określiła „Delegata”/„Libelli” mianem jednego z najważniejszych współpracowników rozpracowujących „Solidarność”. Tajne służby PRL nie prowadziły rankingu agentury. Autor niepotrzebne buduje napięcie i wykorzystuje w tym miejscu nie najlepszy klimat medialny wokół ks. Jankowskiego. Jeśli natomiast sam Majchrzak uważa księdza za „jednego z najważniejszych osobowych źródeł informacji” to powinien tę tezę uzasadnić, porównując „Delegata”/„Libellę” z innymi współpracownikami SB rozbijającymi w tym czasie „Solidarność”. Być może dopiero na ich tle pogląd znalazłby swoje uzasadnienie. Z kolei twierdzenie autora, że ks. Jankowski „zaliczał się do stosunkowo nielicznego grona osób”, które SB mogła wykorzystać do walki z działaczami KSS KOR, jest wręcz absurdalne (s. 22).

W okresie 1980 – 1981 wewnątrz solidarnościowy spór wokół ludzi i wpływów KOR był niemal publiczny. Miał od początku dwojaki charakter – był autentycznym sporem ideowym z lewicą korowską (grupą Jacka Kuronia), ale był również inspirowany i rozgrywany przez SB. Konflikt ten angażował niejedną strukturę związkową i wielu działaczy „Solidarności”. Doskonałym tego przykładem jest przebieg I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „Solidarność” w Gdańsku, podczas którego na tyle agresywnie atakowano działaczy KOR, że zasłabł i zapadł na zdrowiu Jan Józef Lipski. W zależności od własnego położenia do walki z korowcami nawoływał też wielokrotnie sam Wałęsa. „Przed dwuznaczną rolą KOR, który ma w sobie elementy niepewnego pochodzenia, kierujące się zasadą »im gorzej, tym lepiej« – dla nas” – przestrzegał „Solidarność” prymas Polski (P. Raina, „Kardynał Wyszyński i Solidarność”, Warszawa 2005, s. 95). Być może, nie przecząc wcale współpracy ks. Jankowskiego z SB, powinno się ją raczej oceniać właśnie przez pryzmat toczącej się wówczas gry w trójkącie Kościół – władze PRL – Wałęsa („Solidarność”).

Zwyczajny współpracownik

Szczególnej roli „Delegata”/„Libelli” nie potwierdzają również przekazywane przez niego informacje na temat konfliktu wokół projektu pomnika ofiar Grudnia ’70 w Gdańsku, „obłudnej postawy” ludzi KOR i prób usunięcia ze związku środowiska Gwiazdów, sporów wewnętrznych podczas pielgrzymki władz „Solidarności” do Watykanu, kłótni Jana Rulewskiego z działaczami bydgoskiej „Solidarności”, współpracy Anny Walentynowicz z ks. Marianem Florkowskim czy nawet rozmów z prymasem Wyszyńskim i Glempem, ks. Juana F. Krohna i działalności osłaniającej Wałęsę w czasie zjazdu „Solidarności” (s. 15 – 19). Były one ważne, ale nie miały wyjątkowego i „jednoźródłowego” charakteru. Postrzegać je raczej należy w kategoriach informacji uzupełniających. Historyk zajmujący się walką bezpieki z pierwszą „Solidarnością” dobrze wie, że źródeł archiwalnych, które znacznie szczegółowiej omawiają sprawy poruszane przez ks. Jankowskiego w rozmowach z mjr. Berdysem, w archiwach IPN zachowało się znacznie więcej. By się o tym przekonać, wystarczy odwołać się chociażby do obszernych raportów Departamentu III, które dosłownie każdego dnia sporządzało MSW w latach 1980 – 1981. W tym kontekście twierdzenie autora, że dzięki „Delegatowi”/„Libelli” komuniści „dysponowali wiedzą o planach i zamierzeniach przewodniczącego »Solidarności«” uznać należy za opinię tyleż przesadzoną, co nieprawdziwą (s. 24). „Solidarność” była bowiem ruchem na tyle masowym i zróżnicowanym, że władze PRL, a tym bardziej bezpieka, bez większego trudu kontrolowały poczynania poszczególnych liderów związkowych. Siła związku tkwiła raczej w jego powszechności, obywatelskości i niepodległościowym charakterze aniżeli skutecznej obronie przed inwigilacją ze strony tajnych służb opresyjnego państwa.

Polityczna poprawność

Jednak autor książki o ks. Henryku Jankowskim nie zawsze jest tak konsekwentny w swoich radykalnych sądach. Tam, gdzie może się to okazać dla niego zwyczajnie nieopłacalne, wyraźnie się ogranicza. Przykładowo w biogramie Lecha Wałęsy nie znalazła się informacja o jego agenturalnej przeszłości (s. 33). Byłoby to nawet zrozumiałe, gdyby autor w którymkolwiek z prezentowanych biogramów konsekwentnie nie wspominał o związkach z SB. Jednak tak nie jest, czego przykładem może być notka na temat Mariana Jurczyka, w którym znalazła się informacja o jego „zwerbowaniu przez SB do współpracy jako TW ps. Święty i jej formalnym zakończeniu w 1981 r. (s. 71). Taki dualizm w podejściu do historii wiele mówi o rzetelności naukowej omawianej książki. Jakże odbiega ona od innych źródłowych publikacji IPN, w których historycy traktują każdą postać, bez względu na jej obecne znaczenie, z taką samą starannością (doskonałym przykładem może być tu książka „Stan wojenny w regionie łódzkim w dokumentach SB”, Warszawa – Łódź 2008). Dla „uspokojenia” pragnę przypomnieć autorowi, że w kwietniu 2009 r. Sąd Najwyższy orzekł, że prawomocnie oczyszczony z zarzutu kłamstwa lustracyjnego Jurczyk „może podawać prawdziwą informację, że takim współpracownikiem nie był”, a wszystkie osoby pomawiające go o współpracę z SB powinny liczyć się z możliwością skazania za pomówienie (sygn. akt II CSK 622/08).

Kiedy w połowie roku recenzowałem maszynopis tej książki, wierzyłem, że po wprowadzeniu niezbędnych poprawek praca Grzegorza Majchrzaka może być jedną z ważniejszych publikacji IPN. Namawiałem wówczas przede wszystkim do rezygnacji ze zbyt jednoznacznych sądów na temat ks. Henryka Jankowskiego przedstawionego jako „jedno z najważniejszych osobowych źródeł informacji wykorzystywanych w działaniach przeciwko legalnej »Solidarności«”. Pisałem: „Zaprezentowany sposób narracji i nakreślenia sprawy »Delegata«/»Libelli« sugeruje, że chodzi wyłącznie o pojedynczego agenta i incydentalne kontakty oderwane od kontekstu całej »Solidarności«, Kościoła, aparatu władzy i represji, czy wręcz całego procesu historycznego.

Całość pracy przypomina raczej publicystykę historyczną zorientowaną na grę opinią publiczną i wybiórczą prezentację osób uznanych za niegroźnych »antysemitów«, łasych na zaszczyty i pieniądze aniżeli rzetelną pracę naukową. Książka jest bezpodstawnym unikaniem wskazania prawdziwej wagi omawianych spraw. Wstrzymując się od koniecznych konstatacji i pozbawiając poszczególne sprawy ich kontekstu, autor dokonuje arbitralnego i nieuzasadnionego naukowo wyboru faktów i równie arbitralnie, i bez uzasadnienia, przedstawia ich oceny, a pozostawia w cieniu fakty i problemy, które z jakichś względów uznaje za niewygodne”.

Niestety, również dzisiaj moje słowa nie straciły na znaczeniu. Książka zawiera sporo mankamentów – błędy merytoryczne (np. błędna data zwolnienia Anny Walentynowicz z pracy w stoczni – zamiast 7 jest 9 sierpnia 1980 r.), uchybienia natury edytorskiej (nietrafiony tytuł, niepełne biogramy, brak adresów bibliograficznych), skłonność do epatowania tanią sensacją (nagle na kartach książki pojawia się funkcjonariusz SB o imieniu i nazwisku Aleksander Kwaśniewski), sprzeczności w formułowanych wnioskach i ocenach (ksiądz nie był agentem, ale był agentem wpływu). Największym walorem książki pozostają zaprezentowane fotokopie dokumentów, dzięki którym każdy czytelnik może wyrobić sobie własne zdanie na temat związków gdańskiego prałata z bezpieką.

Przed kilkoma laty, w reakcji na jeden z artykułów Grzegorza Majchrzaka niezastąpiony w strofowaniu innych profesor Andrzej Friszke sformułował zdanie, które niemal od razu stało się powszechnie powtarzaną maksymą: „mniej pisać, a więcej czytać. I nie tylko dokumentów, ale też opracowań”.
W przypadku najnowszej książki Majchrzaka ma ono swoje uzasadnienie.

.

Sławomir Cenckiewicz • Rzeczpospolita

G. Majchrzak, „Kontakt operacyjny «Delegat» vel «Libella»”, Warszawa 2009

Reklama

Możliwość komentowania Prawda źle podana została wyłączona

%d blogerów lubi to: