Postpolityka Tuska niszczy Polskę

Posted in ■ wywiady by Maciejewski Kazimierz on 31 grudnia 2009

Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, publicystą, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika „Arcana”, rozmawia Mariusz Bober

Które z wydarzeń minionego roku ma, według Pana, najważniejszy wpływ na sytuację Polski?
– Na pozór wydaje się, że najważniejszym wydarzeniem minionego roku było wejście w życie traktatu lizbońskiego. W sposób istotny zmienia on bowiem status i pozycję naszego kraju na arenie międzynarodowej. Powoduje też, że przewaga struktur Unii Europejskiej nad jej państwami członkowskimi staje się coraz trudniejsza do ukrycia.

A dlaczego powiedział Pan „na pozór”?
– Ponieważ trudno jest ocenić skutki działania tego dokumentu w dłuższej perspektywie czasu. Podobną trudność nastręcza próba oceny, jaka będzie praktyka stosowania go w systemie legislacyjnym UE. Mówił o tym także prezydent Lech Kaczyński, gdy podpisywał traktat. Niektórzy traktują ów akt ratyfikacji jako ostateczne zrzeczenie się przez Polskę suwerenności. Jednak historia niewątpliwie się nie skończyła. Ona trwa. Widać, jak wiele sił w UE jest niezadowolonych z ograniczenia suwerenności państw narodowych. Można więc przypuszczać, że w najbliższych latach Unię czeka niejeden kryzys polityczny. Jeśli rzeczywiście tak się stanie, np. wskutek sporu między najsilniejszymi państwami o przewagę w UE, lub też jeśli okaże się, że Unia „Lizbońska” będzie tak naprawdę ukrywała dominację niektórych krajów członkowskich, powinniśmy przygotować się do takiej rozgrywki o przyszłość UE albo o jej zmianę. Dlatego należy poważnie zastanowić się, co w mijającym roku udało się w Polsce zrobić, a czego się nie udało, aby zabezpieczyć nasze interesy. A moim zdaniem, w tej sprawie nic do tej pory nie zrobiono. Tymczasem to właśnie jest według mnie najistotniejsze.

Więc obecne władze nie mają żadnego scenariusza obrony interesów Polski w sytuacji kryzysu Unii Europejskiej? Niektórzy uspokajają, że tzw. mechanizm z Joaniny ma po 2017 r. opóźniać przyjmowanie niekorzystnych dla naszego kraju decyzji. Ponadto niektórzy posłowie pracują nad wprowadzeniem zapisów, analogicznie jak w przypadku Niemiec, blokujących implementację unijnego prawa bez zgody naszego Sejmu…
– Tak. Na wielu płaszczyznach, od prawno-instytucjonalnej poczynając, można wiele zrobić – także w ramach obecnego kształtu Unii – by Polska była silniejsza, a nie słabsza, by nie zmieniała tak łatwo swej historyczno-kulturowej tożsamości pod dyktando europejskiej political correctness. Trzeba jednak najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w ogóle chcemy utrzymania i rozwoju struktur oraz ducha polskiej wspólnoty politycznej, czy może raczej dążymy do ich ostatecznego rozwiązania w ramach szerszej wspólnoty europejskiej. Wydaje mi się, że rząd premiera Tuska nie ma nawet cienia świadomości takiego wyboru. Jak w każdym niemal innym przypadku za pomocą propagandowo-medialnej maszynerii stara się on stwarzać wrażenie, że problemu nie ma, że nie ma wyboru. Skoro tak, to nie trzeba się martwić o polską suwerenność, ale jedynie o to, by propagandowo dobrze wygrać np. sprawę (absolutnie nic nieznaczącej w rzeczywistości) tzw. polskiej prezydencji w Unii…

Wejście w życie traktatu lizbońskiego to chyba nie jedyne ważne wydarzenie minionego roku?
– Drugim bardzo istotnym wydarzeniem jest sfinalizowanie od strony formalnej – kosztem ogromnych pieniędzy – przygotowań do budowy Gazociągu Północnego (Nord Stream). Polskie protesty przeciw jego powstaniu i próby tworzenia koalicji w tej sprawie zawiodły. Były one zresztą niekonsekwentne i słabe. Ponadto nasze władze nie przygotowały żadnego scenariusza osłabienia negatywnych skutków tego przedsięwzięcia dla Polski. Tymczasem ekonomiczne i geostrategiczne konsekwencje jego finalizacji będą dla nas niekorzystne. Pozycja Polski została – wskutek realizacji tego projektu – zredukowana do statusu kraju, który Bohdan Cywiński w tekście mającym wkrótce ukazać się w „Arcanach” określił mianem „kraju-zawalidrogi” przeszkadzającego w ekspansji rosyjskiego imperium. W dodatku jest to ekspansja prowadzona w ścisłym porozumieniu i realizowana wspólnie z Niemcami. I nie ma tutaj dla nas żadnej alternatywy, jak niektórzy niedawno twierdzili, łudząc się, że możemy wybrać „sojusz” z jednym albo drugim krajem: z Niemcami albo z Rosją. Nie ma mowy o żadnym wyborze, bo oba kraje związały się ścisłą umową przewidującą współpracę gospodarczą, której wartość liczy się w miliardach euro. Konsekwencją tego będzie – w przypadku Rosji całkowicie świadomie zakładane – zwasalizowanie krajów leżących między Moskwą a Berlinem. Jest to próba – podobna do tej sprzed 200 lat – przedstawienia tych krajów (od Estonii i Łotwy poczynając, na Ukrainie i Polsce kończąc) jako „zawalidrogi” przeszkadzające we współpracy największych i najsilniejszych krajów – „prawdziwych” mocarstw, których interesy jedynie powinny się liczyć. Wraz z ostatecznym „przyklepaniem” budowy rurociągu bałtyckiego – bez żadnych zabezpieczeń dla Polski – zrobiliśmy w zakresie geopolitycznego położenia Polski wielki krok wstecz w porównaniu ze stanem chociażby nawet sprzed dwóch, trzech lat.

Do tego doszła rezygnacja nowej administracji USA z budowy tarczy antyrakietowej, która miała być przypieczętowaniem naszego strategicznego sojuszu z tym krajem. Czy partnerstwo polsko-amerykańskie zostanie utrzymane poprzez współpracę w ramach nowego programu?
– W rzeczywistości straciliśmy szansę na zacieśnienie sojuszu z USA, jedynego, który pozwoliłby na umocnienie naszej pozycji między Rosją a Niemcami. Był to skutek świadomego działania rządu, aby opóźniać zawarcie umowy z Amerykanami w sprawie budowy bazy USA z wyrzutnią rakiet przechwytujących na terytorium Polski. Zaniechanie to pozwoliło nowemu rządowi amerykańskiemu Baracka Obamy znaleźć pretekst do rezygnacji z tego projektu. Teraz wykorzystuje się różne listki figowe, aby to ukryć, także w Stanach Zjednoczonych. Nie jesteśmy, niestety, liczącym się dla USA partnerem, zaś nasza polityka w dziedzinie obronności strategicznej jest rozpaczliwie nieefektywna.

Ale przecież rząd Donalda Tuska mógł wykorzystać np. to, że Amerykanom bardzo zależało na naszym wsparciu dla sił NATO w Afganistanie. Premier zgodził się niedawno wysłać tam dodatkowych polskich żołnierzy mimo głosów, że ta decyzja osłabi nasze siły w kraju…
– Łączy się tu ze sobą kilka czynników. Po pierwsze, decyzja o uzawodowieniu armii, do czego Polska okazała się nieprzygotowana. Pół żartem, ale niestety tylko pół żartem, można powiedzieć, że w wyniku tej decyzji w naszej armii na jednego szeregowca przypadać będzie dwóch generałów. Skoro zaś będziemy mieć tak mało wojska, które broniłoby naszego kraju, trzeba będzie minimalizować wielkość jednostek, które decydujemy się wysyłać na misje zagraniczne. Dlatego zasadniczym błędem wydaje się wysyłanie polskiego wojska jednocześnie na misje w różne części świata i deklarowanie udziału naszej armii w misjach Unii Europejskiej. Moim zdaniem, należałoby ograniczyć się do jednego rodzaju misji – tych organizowanych przez NATO. Pakt Północnoatlantycki wydaje się bowiem jedyną efektywną – przynajmniej do niedawna – siłą, która mogłaby nam dawać szansę na obronę w sytuacji próby ostatecznego zwasalizowania Polski. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że w razie takiej potrzeby nie obroniłaby nas ani UE (z promoskiewskimi lobbies w Berlinie, Paryżu czy Rzymie), ani tym bardziej ONZ. Tylko podtrzymanie współpracy w ramach NATO może nam pozwolić przeczekać wyjątkowo niekorzystną dla nas sytuację w Waszyngtonie.

Może jednak problem słabości naszej armii oraz pozycji międzynarodowej wynika z powodów gospodarczych? W budżecie na 2010 r. ekipa Donalda Tuska zafundowała nam gigantyczny, sięgający – według rządu – ponad 50 mld zł, a zdaniem opozycji – nawet 100-miliardowy deficyt. A przecież gdyby znalazły się pieniądze na rzeczywistą reformę armii oraz inwestycje infrastrukturalne, to poważnie by to nasz kraj wzmocniło.
– Nie jestem specjalistą w tej sprawie. Mogę więc tylko odwołać się do opinii szanowanych przeze mnie fachowców, a według nich (pisze o tym w najnowszym numerze „Arcanów” prof. Przemysław Żurawski) można by było zracjonalizować zakupy w armii, oszczędzając np. na niezwykle kosztownym sprzęcie dla polskiej Marynarki Wojennej. Przy całym szacunku dla jej tradycji obecnie nie może ona nas już właściwie przed niczym ochronić, poza piratami na Morzu Bałtyckim. Nie są nam też potrzebne do utrzymywania wielu misji na świecie wielkie samoloty transportowe. Jeśli zaś ktoś uważa, że polskie wojsko jest ważnym i cennym elementem tych misji, powinien zadbać o to, by mogło ono zostać przetransportowane. Z budżetu natomiast trzeba finansować zakupy tego sprzętu, który jest potrzebny do obrony kraju, czyli np. śmigłowce. Zatem nawet przy ograniczonych środkach finansowych można – mając wieloletnią wizję rozwoju sił zbrojnych – wzmocnić zdolności obronne polskiej armii, by w ogóle doczekać pomocy ze strony NATO w sytuacji zagrożenia.

Aż tak źle jest z polską armią?
– Wyliczenia są proste: 90 tys. żołnierzy, których teoretycznie wojsko polskie powinno móc wystawić w polu (a do takiego modelu zmierza rząd), nawet gdyby byli oni w pełni przeszkoleni i wyposażeni, jest w stanie zagwarantować obronę terytorium wielkości co najwyżej jednego polskiego województwa. A przecież sprawną armią nawet w takiej liczbie nie będziemy dysponować w ciągu najbliższych dwóch lat. To problem starannie ukrywany przed opinią publiczną – zasadniczo zadowoloną zresztą z tego, że zlikwidowano pobór do wojska. Jeśli jeszcze weźmiemy pod uwagę politykę edukacyjną obecnego rządu, w wyniku której młodym ludziom zamyka się oczy, zamiast otwierać je na wyzwania przyszłości wynikające z identyfikacji z krajem, tradycją, wspólnotą, które dziedziczymy po poprzednich pokoleniach, i które powinniśmy przekazać przyszłym pokoleniom, to właśnie owa przyszłość nie nastraja optymizmem.

Dlaczego?
– Problem obronności i problem wychowania – wbrew pozorom – są sobie bliskie. Jeśli młodzi ludzie wychowywani są przez państwową szkołę oraz (nie tylko państwowe) media w duchu całkowitej obojętności, a często nawet pogardy dla dorobku 40 pokoleń, które przed nimi budowały Polskę, jeśli są raczej oduczani niż uczeni tego, jak wielkie wartości polskość w sobie zawiera i może zaoferować – to kwestia obrony takiej pogardzanej czy lekceważonej Ojczyzny nie może budzić żadnego pozytywnego odzewu. W takiej perspektywie naturalna wydaje się deklaracja ministra Jacka Rostowskiego (obywatela Wielkiej Brytanii), że skoro Polsce nie grozi w najbliższych czasach konflikt zbrojny, to można spokojnie obcinać budżet na obronność kraju, niemal do zera…

Więc to polityka władz prowokuje zachowania antypatriotyczne?
– Młodzi ludzie, którzy wyjdą ze szkoły po reformie programu edukacji szkolnej opracowanego przez minister Katarzynę Hall, nie będą mieli żadnego powodu, by myśleć inaczej. Przeciwko tej reformie – likwidującej niemal nauczanie historii na poziomie liceów – bezskutecznie od dawna protestujemy (część środowisk nauczycielskich i uniwersyteckich). Jednak szefowa tego resortu z uporem kontynuuje zmiany, na nic nie zważając. Wiceminister, który próbował podtrzymać dialog z przeciwnikami owej tzw. reformy, został odwołany. W ministerstwie zostali urzędnicy, którzy nie chcą żadnego dialogu.
A przy okazji warto dodać, że zmiany forsowane przez ten resort prowadzą także do likwidacji nauczania języka polskiego poza granicami kraju. Jest to prawdziwy dramat dla Polonii rozsianej po całym świecie, zwłaszcza dla Polaków ze Wschodu, którzy w ten sposób zostają pozbawieni szans kontaktu z językiem i kulturą polską, co odbije się szczególnie na młodszych pokoleniach. I niech urzędnicy nie mówią, że ze względu na kryzys i dziurę budżetową ministerstwa nie stać na 150 nauczycielskich etatów za granicą! Nie, tu chodzi raczej o brak zrozumienia dla tego, czym jest polska wspólnota, jak ważne jest pielęgnowanie jej korzeni. W mijającym roku w pełni ujawnił się charakter uprawianej przez rząd premiera Tuska postpolityki.

Co ma Pan na myśli?
– Rząd zdaje się nie stawiać sobie żadnych celów związanych z dobrem wspólnym Polaków poza jednym – „świętym spokojem”. Rzeczywistość – zarówno jej aspekty międzynarodowe, jak i gospodarcze – nie da nam jednak spokoju. Rząd zajmuje się wobec tego konsekwentnym symulowaniem takiej „spokojnej rzeczywistości”, a w istocie usypianiem Polaków. Likwiduje się przemysł stoczniowy, wali się publiczna służba zdrowia (której – w odróżnieniu od większości krajów europejskich – nie stać nawet na zakup szczepionek dla obywateli), zamiast autostrad powstają tylko coraz skromniejsze… plany „dróg ekspresowych” – nic się nie stało, rządowi specjaliści od propagandy natychmiast wymyślają jakieś sukcesy (własne) albo afery (politycznych przeciwników), byle tylko odwrócić uwagę Polaków od faktycznego stanu państwa. Na razie im się to udaje. Ale rzeczywistość nie da się zasłonić na zawsze. Kurtyna PR-owskich sztuczek zostanie w końcu rozdarta.

Może jednak ta część społeczeństwa, która popiera rządzącą ekipę, chce owego „błogiego spokoju”?
– Pod tym względem sprawdzianem będzie rozpoczynający się właśnie rok, w którym wybierać będziemy władze samorządowe i prezydenta. Będzie nim także rok 2011, gdy odbędą się wybory parlamentarne – jeśli nie zostaną przyspieszone i połączone z prezydenckimi. W okresie, gdy nie ma wyborów, sondaże mogą „hulać” do woli. Im bliżej wyborów, tym bardziej badania opinii publicznej powinny zbliżać się do rzeczywistości. Trzeba jednak także przyznać, że ważną rolę w kształtowaniu owych nastrojów odgrywa również bierność opozycji. Miniony rok dostarczał tylu wymienionych przeze mnie wcześniej w małej tylko części istotnych powodów do krytyki rządu. Dlaczego owa krytyka była tak słaba? Dlaczego politycy opozycji wciąż wpadają w pułapki zastawiane przez rządowych specjalistów od odwracania uwagi publicznej? Przecież w okresie rządów PiS ówczesna opozycja była znacznie bardziej aktywna, gdy polski przemysł nie był likwidowany, a sytuacja w służbie zdrowia była bez porównania lepsza…

…i nie było rekordowej dziury budżetowej, choć rząd utrzymuje, że wynika ona tylko z kryzysu gospodarczego…
– To przykład wyjątkowej zuchwałości propagandowej tego rządu, który wszędzie chwali się, że Polska nie odczuwa skutków kryzysu – oczywiście „dzięki” niemu, a z drugiej strony tłumaczy, że wskutek straszliwego, szalejącego kryzysu mamy tak wielką dziurę budżetową. Gdzie tu elementarna logika?

Pewnym usprawiedliwieniem dla PiS jest fakt, że w okresie jego rządów Platformę Obywatelską w dużej mierze wspierały, a nawet wyręczały w atakowaniu ówczesnego rządu liberalne media…
– Rzeczywiście. Jednak mimo wszystko PO była jako opozycja bez porównania sprawniejsza. Dlatego pytam: gdzie dziś jest opozycja? Bardzo słabo ją widać. Może zobaczymy ją wyraźniej w nowym roku? Tymczasem jeśli społeczeństwo nie widzi realnej, poważnej alternatywy dla rządów PO, które nawet analizując sondaże, nie są oceniane pozytywnie, może jeszcze raz zagłosować na tę partię albo zrezygnować w ogóle z udziału w wyborach – to byłby prawdziwy triumf tworzonej przez obecny rząd postpolityki. Jednak niestety oznaczałoby to także, jak słaba okazała się opozycja. A bez zdrowej i silnej opozycji nie ma mowy o systemie obywatelskim. Przyszły rok będzie więc realnym sprawdzianem sił przywódczych i sprawności opozycji. Jeśli nie będzie ona bardziej aktywna, może to oznaczać koniec systemu obywatelskiego w Polsce, gdyż po ośmiu latach rządów „psychoterapeutycznej” postpolityki PO możemy już zostać skutecznie wyleczeni i z poczucia polskości, i z poczucia obywatelskiej współodpowiedzialności za naszą wspólnotę.

Nie ma takich środowisk, które chciałyby to zmienić? Czy raczej są źle zorganizowane lub niewypromowane?
– Widać aktywność tych sił, które próbują tworzyć lewicową alternatywę dla PO. Środowisko „Gazety Wyborczej” jest coraz bardziej krytyczne wobec rządów Tuska. Lansuje się kandydaturę pana Andrzeja Olechowskiego. Środowisko to szuka powrotu do polityki z czasów rządów Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego nie wróżę mu szczególnego powodzenia mimo całej medialnej potęgi, jaka za nim stoi. Nie widzę natomiast większej aktywności po prawej stronie sceny politycznej. PiS jakby chciało tylko dotrwać do wyborów w roli „jedynej alternatywy” dla PO: Lech Kaczyński kontra Donald Tusk. To za mało. To może wystarczyć tylko do pozostania w roli największej – ale wciąż bezsilnej – partii opozycyjnej. Trzeba budzić obywateli w Polakach, trzeba budzić Polaków w konsumentach, żebyśmy nie ocknęli się za późno.

Jak to robić?
– Otwierać ludziom oczy na rzeczywistość. Szukać nowego języka, którym można by nawiązać w ogóle kontakt z młodszym pokoleniem – uśpionym przez szkołę Handkego – Łybackiej – Hall, przez media Lisa – Wojewódzkiego – Farfała, przez techniki manipulacji panów Sławomira Nowaka i Janusza Palikota. To nie jest łatwe zadanie. Dlatego potrzebni są też nowi „robotnicy”. Nie wystarczą te same, zużyte już w medialnych pojedynkach (i nagonkach) postaci. Wiem, że łatwo jest mi to teraz mówić; o wiele trudniej takich dobrych, zaangażowanych „robotników” do „polskiej winnicy” znaleźć. Ale bez nich ani Jarosław Kaczyński (wciąż z tym samym hetmanem Przemysławem Gosiewskim u boku), ani Marek Jurek, ani Ludwik Dorn, ani Michał Kazimierz Ujazdowski, ani nawet ich zjednoczenie w tym samym obozie niczego nie rozwiąże.

.

Mariusz Bober • Nasz Dziennik

Reklama

Możliwość komentowania Postpolityka Tuska niszczy Polskę została wyłączona

%d blogerów lubi to: