ZNAKI Z RZYMU?

Posted in ■ aktualności, Wyszkowski Krzysztof by Maciejewski Kazimierz on 7 stycznia 2010

W Rzymie wszystko, a papiestwo w szczególności, związane jest, zrośnięte do jednorodności, z historią ducha ludzkiego w jego najpotężniejszej postaci. A gdzie stale obecny jest żywy geniusz ludzki, tam wydarzenia mogą
stać się czymś zupełnie innym, niż wydają się być obserwatorowi z daleka.

Bardzo uprzejmy polski Rzymianin podarował nam wejściówki na pasterkę w katedrze św. Piotra.
Wielce rozentuzjazmowani szliśmy na Watykan w tak wielkim deszczu, że mój syn zapytał, dlaczego niebo płacze. Kolejka do wejścia owijała się wokół placu, ale wszyscy mokli pokornie i cierpliwie. Gdy przyszła nasza kolej, mimo że mogliśmy dostać się bliżej ołtarza, ustawiliśmy się zaraz przy wejściu do świątyni, po prawej stronie nawy głównej, obok zasłoniętego miejsca w nawie bocznej, z którego papież wyrusza w drogę do ołtarza. Wokół nas ludzie młodzi
i starsi stawali na krzesełkach, żeby zrobić zdjęcia wchodzącego powoli orszaku.

Ojciec Święty, ze swym charakterystycznym skromnym, jakby zakłopotanym, uśmiechem, ale tego dnia wyjątkowo radosnym, natychmiast, wyciągając ręce, podszedł do wiernych, szczególnie czule witając trzymane na rękach rodziców dzieci. Gdy zbliżał się do nas, zobaczyłem, jak uprzejmie, nawet pokornie, skłaniał głowę w powitalnych gestach, starając się spojrzeć w każde z wpatrzonych w niego oczu. Jakby odruchowo i bezwiednie schodził ze swego apostolskiego wywyższenia, by zbliżyć się do ludzi, którym Sługa Boży w pokorze służy.

I nagle ta dobra twarz bezgłośnie osunęła się, znikła za barierkami. Przez kościół przeszedł okrzyk trwogi, przestały trzaskać flesze, wokół widziałem twarze zamarłe z przerażenia, rozległy się tłumione łkania. Ludzie zaczynali przekazywać sobie informację o kimś, kto przeskoczył płotek i przewrócił Ojca Świętego. Po chwili, która wydawała się wiecznością, choć zapewne nie trwała dłużej niż pół minuty, dostrzegłem papieża już stojącego, oczekującego na uporządkowanie orszaku. Trwoga przemieniła się w entuzjazm – zewsząd rozległy się okrzyki „Viwa Papa!”
i wybuchła burza oklasków.

Ojciec Święty podziękował skromnym uśmiechem, ale nie była to już ta rozradowana twarz, która jeszcze przed chwilą witała wiernych. Gdy ruszył w kierunku ołtarza, był wyraźnie zasmucony. Zamaszyste przed chwilą wywijanie pastorałem zamieniło się w badawcze ruchy laską. Gdy przeszedł, ludzie odwracali się do siebie, ocierali twarze, próbowali dodawać sobie otuchy. Wszyscy byli przygnębieni szokującym wydarzeniem, ale starano się odrzucić wiszącą w powietrzu myśl o złej wróżbie, złym znaku. Dla kogo miałby to być znak? Dla papieża? Dla wiernych?
Dla Kościoła?

Zapewne takie przykre wydarzenie obserwowane w telewizji przechodzi bez wrażenia, ale w Rzymie wszystko nabiera szczególnego znaczenia. Nie chodzi o magię czy przesąd. W Rzymie wszystko, a papiestwo w szczególności, związane jest, zrośnięte do jednorodności, z historią ducha ludzkiego w jego najpotężniejszej postaci.
A gdzie stale obecny jest żywy geniusz ludzki, tam wydarzenia mogą stać się czymś zupełnie innym, niż wydają się być obserwatorowi z daleka. Wobec takich mocy rozsądek i wiedza tracą swe zwykłe, dominujące znaczenie.

W dniu Nowego roku Benedictus XVI Pontifex Maximus szedł do ołtarza jakby zmęczony, trochę nieobecny, ale jego filigranowa postać jak zawsze emanowała budzącym wzruszenie chłopięcym urokiem. W noc sylwestrową waliły pioruny i lało jak z cebra, ale podczas mszy św. katedra rozjaśniła się słońcem właśnie w chwili, gdy przyszła kolej na czytanie intencji po polsku: „Za nasze rodziny i wspólnoty: niech przyjmą Boga, który stał się człowiekiem;
niech będą zaczynem zjednoczenia rodzaju ludzkiego w miłości i niech głoszą wszystkim ewangelię pokoju i życia”.

Papież bardzo długo udzielał komunii (dlatego z opóźnieniem rozpoczęła się modlitwa Anioł Pański) i widać tak wiele dodało mu to sił, że gdy wracał od ołtarza, był już znowu tak wesoły i rześki jak przed feralnym wydarzeniem sprzed tygodnia, znów szybkim krokiem podchodził do dzieci, by je serdecznie pobłogosławić.

Anno Domini 2010 zaczął się tak dobrym znakiem, że wszystkim Czytelnikom Gazety Polskiej serdecznie życzę,
by byli świadkami spełnienia się noworocznej intencji, która rozumiana jako szczególne zadanie Polski i Polaków
jest dla nas najwyższym zaszczytem.

.

Krzysztof Wyszkowski • Gazeta Polska

Reklama

Możliwość komentowania ZNAKI Z RZYMU? została wyłączona

%d blogerów lubi to: