Świński ryj, czyli brzemię wesołego cyngla

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 27 stycznia 2010

Ta część publiczności, która upodobała sobie symbiozę polityki z estradą, pewnie z niechęcią obserwuje próby Janusza Palikota zmiany wizerunku  ze skandalisty na autorytet moralny.  Ten ostatni wizerunek opatrzył się bowiem aż do mdłości, a Palikot latający do studia z plastykowym penisem jest pojedynczym egzemplarzem
w polityce.  Nigdy nie będzie mocniej rozpoznawalny w roli kolejnego namaszczonego nudziarza niż
w dotychczasowym wcieleniu klauna bez skrupułów.

W kwestii niepowodzenia wysiłków posła są nawet dwie szkoły w mediach.  Pierwsza z nich tłumaczy to potrzebą chwili, czyli Palikot po prostu wraca do swoich wypróbowanych gagów, gdy Platforma jest w opałach, a tak przecież dzieje się teraz.  W miarę postępu prac komisji hazardowej załamuje się obraz Donalda Tuska jako drogiego przywódcy.  Ostatnio nawet profesor Nałęcz, półgębkiem, bo półgębkiem, ale stwierdził, że premier się nie popisał bystrością w grze z Mariuszem Kamińskim i jest w bardzo trudnej sytuacji.

Nikt trzeźwo myślący też nie uwierzy, że przewodniczący komisji Sekuła kompromituje się codziennie przed milionami ludzi  dla własnej przyjemności.  W tej sytuacji rzucono hasło o wszystkich rękach na pokładzie i poseł Palikot jako wypróbowany ściemniacz stanowi ważny element zasłony dymnej.  Zatem brzmi to dość wiarygodnie i poseł swoje starania o prezencję solidnego państwowca musi odłożyć do lepszych czasów.

Inna, również prawdopodobna hipoteza głosi, że po prostu natura ciągnie wilka do lasu, a Palikot tak zagustował w łatwym rozgłosie, i tak się wciągnął w rolę ikony dla niewybrednego elektoratu, że już inaczej nie może – consuetudo quasi altera natura– mówił o tym syndromie pewien starożytny rzymianin.  Jest coś na rzeczy w tej wersji i przypomina mi się pewna rozmowa sprzed lat, która traktowała o analogicznym problemie.

Tuż po stanie wojennym pracowałem w jednej z gdyńskich stoczni z działaczem solidarności dopiero co zwolnionym z internowania.  Obaj mieliśmy ten sam problem egzystencjalny – czy warto pracować dobrze dla komuny, która ma nas za nic ?  Otóż doszliśmy wówczas do wniosku, że pewnie nie warto, ale trzeba, gdyż nie wolno się przyzwyczajać do bylejakości, bo przyzwyczajenie może stać się drugą naturą.  Komuna wówczas już nie wydawała się wieczna, więc trzeba było myśleć o przyzwoitym życiu w przyszłości.  No więc, jest bardzo możliwe, że właśnie syndrom drugiej natury nie pozwala Palikotowi stać się politykiem czcigodnym i dlatego musi notorycznie popadać w błazeństwo.

Mnie osobiście od zawsze nieodmiennie zadziwia dość powszechna wśród polityków, ale także wszelkiej maści ludzi publicznych, dezynwoltura wobec konsekwencji, jaką ponoszą rodziny za ich wygłupy, wpadki, przekręty, świństwa i podłości.  Przyznam, że wstrząsnął mnie przypadek byłego premiera Oleksego, w swoim czasie stojącego pod zarzutem niemal zdrady kraju.  Pomijam tu meritum tamtych wydarzeń i moją opinię o Oleksym.

W trakcie owej pamiętnej afery, jakiś szmatławiec urządził publiczny plebiscyt w sprawie winy byłego premiera – każdy mógł dzwonić pod podany numer na „Nie” lub „Tak”.  Oleksy opowiadał potem, że przypadkowo spostrzegł swego rozgorączkowanego kilkunastoletniego dzieciaka, który dzwonił raz po raz na numer „Nie” – że ojciec nie jest zdrajcą ani szpiegiem…

Żyjemy w takich czasach, w których można mieć pewność, że jeśli Palikot będzie się udzielał w polityce, to za kilka lat znajdzie się jakaś mała szuja, która postara się pokazać jego dziecku te wszystkie obrazki z życia ojca.  To pewne jak amen w pacierzu.  Spróbujcie siebie wyobrazić tatusia zmuszonego tłumaczyć kilku- lub kilkunastoletniemu dziecku, co on trzymał w ręku i po co z tym łaził po telewizjach ?  A dzieci – rówieśnicy są okrutni.

Jakiś czas temu poseł z Biłgoraja oświadczył, że daje sobie jeszcze dwa lata w polityce.  Być może ma taki zamiar właśnie z powodu troski o spokój rodziny.  Jeśli tak, to przyznam, że w moim prywatnym rachunku przybędzie mu parę punkcików.

Gombrowicz, którego Palikot ponoć niezwykle ceni, twierdził, że nie ma ucieczki przed gębą, jak tylko w inną gębę.  Żadne starania chyba nie odkleją od posła rekwizytów, które nieopatrznie przywlókł kiedyś do studia telewizyjnego.  Parafrazując mistrza, można o Palikocie powiedzieć, że choćby nie wiem, jak bardzo usiłował od swojego wizerunku uciec, to w polityce zawsze będzie uciekał ze świńskim ryjem w rękach.  O plastykowym penisie już nawet szkoda gadać.

.

seaman • salon24.pl

Reklama

Możliwość komentowania Świński ryj, czyli brzemię wesołego cyngla została wyłączona

%d blogerów lubi to: