Gdy myślę: Partia

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 30 stycznia 2010

Dziennikarska klaka Donalda Tuska zatraciła już ostatnie resztki przyzwoitości.

Takich tonów, w jakim utrzymane są jej peany na cześć Ukochanego Przywódcy, który dał nam wszystkim najwyższy przykład patriotyzmu i poświęcenia, i mając pewną prezydenturę dobrowolnie się jej wyrzekł w imię miłości ojczyzny, nie używano w polskich mediach od czasów Gierka (bo już za Jaruzelskiego nawet zajadłym partyjniakom byłoby wstyd). Podobnie zresztą jak i wtedy peany są mocno na bakier z logiką. Jeśli Tusk powiedział prawdę, iż rzeczywista władza jest w URM, nie w Belwederze, to się niczego nie wyrzekł i nie ma czym się tak zachwycać. A jeśli jednak „duży pałac” to coś więcej od „małego”, to wypada przetłumaczyć jego argumentację z pokrętnej politycznej nowomowy na język prosty.

Inna sprawa, że pod wieloma względami sytuacja psychologiczna dzisiejszego prorządowego redaktora przypomina sytuację pracowników propagandy peerelu. W miejsce politycznego chaosu tworzy nam się oto po dwóch dekadach znowu jedna, wielka partia, Partia właściwie, która jednoczy aspiracje całego społeczeństwa i wiedzie nas do wielkiego cywilizacyjnego skoku. Jeśli kuluarowe pogłoski są prawdziwe, to w Partii owej mieści się każdy, kto nie narusza pryncypiów. Jest już ponoć gotowe miejsce i dla Włodzimierza Cimoszewicza, i dla Wojciecha Olejniczaka, i dla Wojciecha Mojzesowicza… Pasuje jej i Krzaklewski, i może znajdzie na powrót miejsce dla wyliniałego Olechowskiego, który po tym, jak prokuratury odstrzeliły mu dotychczasowego promotora, ma do wyboru albo ułożyć się szybko ze zwycięzcami, albo czekać, aż i na niego prokuratury coś znajdą (bo ludzie gadają… No, ale o kim u nas nie gadają − dopiero prokuratura musi sprawdzić, czy w tym gadaniu jest coś na rzeczy. Niekiedy, jak w wypadku Piskorskiego, potrafią sprawdzić nawet po wielu latach). „Ach, ileż w Platformie treści − w Platformie każdy się zmieści”, chciałoby się sparafrazować satyryka. Każdy, oczywiście, kto ma do rzeczywistości stosunek pozytywny. Dla sił wrogich postępowi i rozwojowi, pisowskich, w Partii miejsca nie ma.

„Partia otwiera się szeroko na aktywne współdziałanie wszystkich sił patriotycznych uznających realia socjalizmu… Szczególne historyczne wyzwania, które przed nami stoją, wymagają jedności działania w obliczu… Tylko wspólną, odpowiedzialną pracą wszystkich Polaków zbudujemy… Aktywna jedność naszych szeregów… zapewnimy…” − tak sobie lecę cytatami z przemówienia tow. Barcikowskiego na V plenum KC PZPR z roku 1983, ale równie dobrze możemy się posłużyć dowolnym stenogramem z jakiegoś innego plenum. Wystarczy zmienić „realia socjalizmu” na „realia Unii Europejskiej” i proszę, pasuje jak ulał.

Rzecz szczególna. Z dzieciństwa zapamiętałem, jak karmiono nas zarazem dwojaką strawą. Z jednej strony – osławioną propagandą sukcesu. PRL była dziewiątą gospodarką świata, potęgą w wytopie stali, wydobyciu węgla i siarki, produkcji rolnej. Z drugiej − szczególny historyczny moment wymagał jedności. Trzeba twardo przeciwstawiać się wszelkiej maści wichrzycielom, którzy próbują nas w tej szczególnej historycznej chwili podzielić. Polacy dziś bardziej niż kiedykolwiek muszą się zjednoczyć, szczególnie mocno wziąć się do wspólnej pracy, do dobrej roboty, aby sprostać wyzwaniom. Tak krzyczały wszystkie gazety i oba programy telewizyjne, i pamiętam − była to końcówka dekady Gierka, rok 1978 albo 1979 − jak naiwnie spytałem panią w szkole, dlaczego, skoro jest tak dobrze i coraz lepiej, musimy się tak jednoczyć i tak starać „bardziej niż kiedykolwiek”, bo mi się to nie zgadzało.

Pani mnie wyrzuciła za drzwi i zagroziła, że następnym razem wyśle do dyrektorki.

Może dzięki tej szczepionce nie umiem nie zauważyć fałszu, wionącego z całej tej propagandy. Niby jesteśmy państwem bezprzykładnego sukcesu, a musimy zaciskać pasa. Niby III RP jest państwem dojrzałej, udanej demokracji, ale jej obywatele mają się czuć „jak w obozie warownym” i czujnie stawiać czoła historycznym wyzwaniom. W zasadzie żyją na zielonej wyspie szczęścia, ale muszą być czujni, bo wróg czuwa, i tylko Partia, tylko ta siła przewodnia narodu wie, którędy do historycznego sukcesu.

Wie, ale − podobnie jak i wtedy − nie chce powiedzieć. Pod tym względem prezentacja „wielkiego programu reform” Tuska, w imię którego nasz Cyncynatus zrezygnował z pustego splendoru prezydentury, także przypomina programowe referaty towarzyszy pierwszych sekretarzy. Nawet z korzyścią dla tych drugich, którzy zapowiadali jednak jakieś konkrety – uregulowanie Wisły, na przykład, albo budowę Portu Północnego i Huty Katowice. Tusk zaś zapowiada, że zrobi reformę, która nas uratuje. A na czym ona będzie konkretnie polegać? Konkretnie, na ograniczeniu nadmiernych wydatków. Których? Nadmiernych. Po prostu nie będziemy już wydawać więcej. Ale jak to osiągniemy? Zjednoczeniem sił i wspólnym zaciśnięciem pasa.

Dobrze.

A tak poważnie − jest oczywiste, że z wyścigu prezydenckiego Tusk wycofał się wskutek afery hazardowej. Nie, nie dlatego wcale, że prędzej czy później doprowadzi ona do skompromitowania go jako źródła przecieku. Kredyt zaufania wśród wyborców ma Tusk wciąż nieograniczony, i nawet, gdyby komisja złapała go za rękę − na co przewodniczący Sekuła na pewno nie pozwoli − to i tak, gdy powie, że to nie jego ręka, ludzie mu uwierzą.

Nie o to chodzi.

Chodzi o to, że afera pokazała Tuskowi, iż jego podwładni wszystko już mieli przygotowane, żeby dać mu kopa do góry, do Belwederu, i kręcić lody po swojemu. To dlatego zmasakrował swą kancelarię. Nie mógł, jak się okazuje, ufać nawet kumplom z boiska. Tym bardziej nie zaufa już nikomu innemu − musi zostać tam gdzie jest i trzymać na wszystkim łapę. Bo inaczej rozdęta struktura Partii, w której nie chodzi już o nic poza pożytkowaniem władzy, najpierw odsunie szefa na boczny tor, a potem rozleci się i zeżre we frakcyjnych sporach.

A „plan polityczny”? Dajcie spokój. Która to już „wielka reforma” naszego ukochanego przywódcy?

Proste, jak mówią w wojsku.

PS. Tytuł zapożyczyłem z cyklu edukacyjnych pogadanek radiowych, emitowanych w przywołanych tu czasach mojego dzieciństwa. Ja ich zbyt uważnie nie słuchałem, ale redaktorzy establishmentowych mediów, cechujący się pozytywnym podejściem do rzeczywistości, jak widzę, wiele im mają do zawdzięczenia.

.

Rafał A. Ziemkiewicz • Rzeczpospolita

Reklama

Możliwość komentowania Gdy myślę: Partia została wyłączona

%d blogerów lubi to: