Zapomniana PZPR

Posted in ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 31 stycznia 2010

W 1989 r. nawet dla beneficjentów dotychczasowego systemu nomenklatury stało się jasne, że partia nie będzie już miała monopolu na rozdawanie stanowisk i innych przywilejów.

„Powinienem jechać na urlop (…) jestem już tak fizycznie wyczerpany, że po prostu muszę odpocząć. Zatem kończymy. Obiad jest na stołówce. Oszczędność. Trzeba oszczędzać”. Tymi słowami ostatni I sekretarz KC PZPR Mieczysław Rakowski zakończył pierwsze prowadzone przez siebie w tej roli obrady Biura Politycznego.

Był 8 sierpnia 1989 r. Dzień wcześniej Lech Wałęsa wydał oświadczenie głoszące: „Jedynym rozwiązaniem politycznym jest powołanie Rady Ministrów w oparciu o koalicję Solidarności, ZSL i SD, o co będę zabiegał”. Po morderczym uderzeniu, jakie PZPR otrzymała podczas wyborów 4 czerwca, był to kolejny cios, po którym partia już się nie podniosła. Zmęczenie Rakowskiego zaś znakomicie odzwierciedlało stan, w jakim znalazła się kierowana przez niego organizacja po czterdziestu latach sprawowania władzy.

Jednak agonia PZPR, która w ostatnią fazę weszła latem 1989 r., rozpoczęła się dużo wcześniej. Najwcześniej, bo gdzieś między 1956 i 1968 r., wyparowała marksistowsko-leninowska tożsamość partii. Tych, których z komunistycznych złudzeń nie wyleczył tajny referat Chruszczowa odczytywany na zebraniach partyjnych wiosną 1956 r., marzeń pozbawiły pałki, z pomocą których jesienią 1957 r. Gomułka rozpędził młodych warszawiaków protestujących przeciwko likwidacji tygodnika „Po prostu”.

Najwytrwalszych, wciąż wierzących w „polską drogę do socjalizmu” pod wodzą tow. Wiesława, przetrzebiły lata małej stabilizacji, której ukoronowanie stanowiła antysemicka kampania z marca 1968 r. Na przełomie lat 60. i 70. elita PZPR przekształciła się ostatecznie z ideologicznej sekty próbującej przebudować społeczeństwo wedle projektu wymyślonego w Moskwie w związek zawodowy ludzi pracujących w szeroko rozumianym aparacie władzy. Wtedy właśnie zrezygnowano z prowadzonej w czasach Bieruta i Gomułki otwartej walki z Kościołem, proklamując hasło tzw. normalizacji stosunków i przymykając oczy na praktyki religijne nie tylko zwykłych członków, ale i sekretarzy podstawowych organizacji partyjnych.

Nie przez przypadek to właśnie w drugiej połowie dekady gierkowskiej liczebność PZPR przekroczyła rekordowe 3 miliony członków. Masowemu naborowi, przy okazji którego zrezygnowano ze stawiania nowym członkom jakichkolwiek wymogów, towarzyszyła lansowana uporczywie przez oficjalną propagandę teza o osiągnięciu przez naród polski „jedności ideowo-moralnej”.

Fasadowa jedność, za którą kryła się faktyczna rezygnacja z prób reanimowania ideologicznej ortodoksji, rozpadła się niczym domek z kart w sierpniu 1980 r. Narodziny „Solidarności”, w której szeregach znalazło się wielu członków PZPR, zapoczątkowały z kolei proces obumierania PZPR jako rzeczywistego centrum władzy. Przesądziło o tym najpierw powstanie alternatywnego ośrodka władzy w postaci NSZZ „Solidarność”, a następnie – paradoksalnie – wprowadzenie wymierzonego w tę organizację stanu wojennego. Wprowadzając go, gen. Jaruzelski rozważał nawet likwidację partii. Podczas rozmowy z dowódcą wojsk Układu Warszawskiego marszałkiem Wiktorem Kulikowem mówił na ten temat: „Myślę, że trzeba utworzyć nową partię, tak jak zrobiono to na przykład na Węgrzech.(…) Nowa partia powinna być partią marksistowsko-leninowską. Niech ona będzie mniejsza liczebnie (ok. 1 mln), ale lepsza kadrowo”. Jednak na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 10 grudnia 1981 r., na którym rozpatrywano prośbę Jaruzelskiego o udzielenie mu pomocy wojskowej na wypadek niepowodzenia stanu wojennego, uznano pomysł powołania nowej partii za błędny, gdyż – jak to ujął Andriej Gromyko – „ludność Polski, która żywi pewną sympatię dla PZPR jako do siły przewodniej, całkowicie by się rozczarowała”.

Kreml zabronił generałowi likwidacji PZPR, ale nie był w stanie zapobiec procesowi zwiększania roli wojskowych w aparacie partyjnym i państwowym, co w komunistycznej nowomowie określano niekiedy mianem bonapartyzmu i traktowano jako niebezpieczne odchylenie od ideologicznej ortodoksji. „Partia kroczyć powinna taktycznie pół kroku z tyłu, pod osłoną wojska powinna odbudować swoje siły” – pisano w jednym z dokumentów opracowanych w KC PZPR wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego.

Jednak w kolejnych latach przewidywana odbudowa sił nie nastąpiła. Miał w tym swój udział gen. Jaruzelski, który zmarginalizował Biuro Polityczne i Sekretariat KC PZPR, a wiele decyzji podejmował na forum tzw. dyrektoriatu, czyli nieformalnego ciała złożonego z jego najbliższych współpracowników. „Centrum decyzyjne – oceniał po latach doradca Jaruzelskiego płk Stanisław Kwiatkowski – przesunęło się wyraźnie z Komitetu Centralnego do Rady Ministrów. Symbolicznym tego wyrazem było miejsce pracy pierwszego sekretarza i premiera. Generał najchętniej pracował w Alejach Ujazdowskich, a nie w gmachu KC”.

Wyraźna w latach 80. redukcja znaczenia ludzi aparatu partyjnego na rzecz władzy konglomeratu złożonego z najważniejszych wojskowych, funkcjonariuszy SB i urzędników państwowych bywa niekiedy przedstawiana jako dowód dekomunizacji systemu politycznego PRL w ostatniej dekadzie jego istnienia. W rzeczywistości mieliśmy jednak do czynienia bardziej ze zmianą składu komunistycznej elity władzy niż samego systemu sprawowania rządów, którego fundamenty zbudowane w drugiej połowie lat 40. pozostały niewzruszone aż do 1989 r.

Jaruzelski, który nie miał zaufania do części cywilnych aparatczyków partyjnych, zastąpił ich po prostu aparatczykami wywodzącymi się z Głównego Zarządu Politycznego WP. Symbolem tego procesu był niesłusznie dziś zapomniany gen. Józef Baryła, który błyskawicznie awansował na sekretarza KC PZPR i członka Biura Politycznego, stając się w połowie lat 80. faktycznym nadzorcą aparatu partyjnego. Podobny manewr Jaruzelski zastosował zresztą wobec aparatu MSW, gdzie w ślad za gen. Czesławem Kiszczakiem pojawili się inni oficerowie wojskowych służb specjalnych, co zresztą stanowiło ich ostateczne zwycięstwo (po latach rywalizacji) nad cywilną bezpieką.

Po powstaniu „Solidarności”, a następnie wprowadzeniu stanu wojennego, liczebność PZPR spadła o blisko jedną trzecią, ale aż do końca istnienia partii nie spadła według oficjalnych statystyk poniżej poziomu dwóch milionów członków. W tej masie jedynie 200 – 300 tys. czerpało z członkostwa odczuwalne korzyści, sprawując z ramienia PZPR różne stanowiska kierownicze w aparacie gospodarczym, administracji, mediach, oświacie czy innych sferach życia publicznego. Większość członków partii była w niej ze zwykłego oportunizmu bądź też liczyła na awans, który jednak często nie następował. Stąd też brało się ich rosnące rozczarowanie do istniejącego systemu, które – jak wynikało z badań socjologicznych prowadzonych w latach 80. – było udziałem nie tylko bezpartyjnej większości Polaków, ale i członków PZPR.

Sporo o stanie świadomości szeregowych członków PZPR w ostatnim okresie jej istnienia mówią wyniki sondażu, jaki we wrześniu 1988 r. przeprowadził Wydział Propagandy KC PZPR wśród blisko dwóch tysięcy członków partii. Do wypełnienia ankiety wybrano osoby pracujące w 23 zakładach wybranych losowo z listy 210 najważniejszych przedsiębiorstw „będących w bezpośrednim zainteresowaniu KC PZPR”. Na pytanie o zaufanie, jakim partia cieszy się w społeczeństwie, zaledwie 4,5 proc. odpowiedziało, że „bardzo i raczej dużym”, natomiast 89 proc. „raczej małym” i „bardzo małym” (pozostali nie mieli zdania w tej sprawie). Przekonaniu o postępującej izolacji społecznej PZPR towarzyszyły nastroje zmęczenia, frustracji i poczucia bezsilności. Na pytanie, „w jakim nastroju był(a) towarzysz(ka) najczęściej w ostatnim miesiącu?”, ankietowani udzielili następującej odpowiedzi: „1. radość, zadowolenie, satysfakcja” (1,8 proc.); „2. lęk, strach, niepokój, obawa” (24,9 proc.); „3. zniechęcenie, przygnębienie, bezsilność, rezygnacja” (46,5 proc.); „4. gniew, złość, irytacja, zniecierpliwienie” (22 proc.). Z analizy wieku respondentów wynikało, że „najbardziej zniechęceni, bezsilni i zrezygnowani czują się najmłodsi członkowie partii”. Badania wykazały też, że osobą publiczną budzącą największe zaufanie wśród członków PZPR był… prymas Polski Józef Glemp. Ze wskaźnikiem zaufania sięgającym 64,1 proc. wyprzedził on Wojciecha Jaruzelskiego (58,3 proc.), Czesława Kiszczaka (54,4 proc.) i Alfreda Miodowicza (52,5 proc.).

Wyniki tego sondażu pozwalają zrozumieć, dlaczego w rok później, gdy PZPR stanęła przed perspektywą utworzenia rządu przez Tadeusza Mazowieckiego, większość jej członków przeszła nad tym do porządku dziennego, a losem partii interesowali się głównie jej etatowi funkcjonariusze. Dla pozostałych, nawet beneficjentów dotychczasowego systemu nomenklatury, stało się jasne, że PZPR nie będzie już miała monopolu na rozdawanie stanowisk i innych przywilejów. Taki wniosek, wyciągnięty przez tysiące partyjnych aktywistów, ostatecznie przekreślił szanse PZPR na przetrwanie XI zjazdu, który obradował w Warszawie od 27 do 29 stycznia 1990 r.

Około 80 proc. delegatów, którzy zjawili się w tych dniach w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury, stanowili ludzie, którzy wcześniej pełnili funkcje w aparacie partyjnym, a 23 proc. było w chwili zjazdu pracownikami PZPR. Taki skład przesądził nie tylko o porażce Tadeusza Fiszbacha, który, tworząc partię socjaldemokratyczną, próbował zdecydowanie odciąć się od spuścizny po PZPR, łącznie z jej majątkiem. Określił również charakter SdRP, która się narodziła w przerwie obrad zjazdu i wbrew pozorom stwarzanym przez Aleksandra Kwaśniewskiego pozostała do końca swojego żywota partią tworzoną przede wszystkim przez PZPR-owskich aparatczyków.

Masowy charakter PZPR i równocześnie schowanie w latach 80. jej aparatu w cień przez Jaruzelskiego wydatnie ułatwiły kilkudziesięciu tysiącom byłych aparatczyków pomniejszenie swej odpowiedzialności za epokę dyktatury. Przez minione dwadzieścia lat skutecznie się ukrywali w cieniu ostrych sporów towarzyszących próbom rozliczenia ich pomocników z bezpieki. Znamienne, że nie powstała dotąd nawet całościowa synteza dziejów PZPR, a odsetek poświęconych jej publikacji stanowi zaledwie ułamek liczby pozycji dotyczących dziejów bezpieki i jej agentów. Dopiero w ubiegłym roku, dzięki TVP Historia, powstał pierwszy, półgodzinny film dokumentalny o funkcjonowaniu aparatu PZPR. Najwyższa pora, by mówiąc o PRL, przyjrzeć się bliżej ludziom, którzy uważali się za jej gospodarzy.

.

Antoni Dudek • Rzeczpospolita
Autor jest politologiem i historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim

Reklama

Możliwość komentowania Zapomniana PZPR została wyłączona

%d blogerów lubi to: