Nowela szyta grubymi nićmi

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 24 marca 2010

Klamka zapadła po opublikowaniu książki Cenckiewicza i Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Wtedy okazało się,
że niszczenie archiwów nie było doskonałe, a w IPN pracuje sporo niezależnych, profesjonalnych historyków,
którym ich szef pozwala uczciwie pracować – pisze socjolog, członek Kolegium IPN

Zadziwiające zbiegi okoliczności towarzyszą nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Uchwalona
w czwartek późnym wieczorem nie staje się piątkowym newsem. Kolejny dzień wypełnia w mediach wielogodzinny „event”, czyli debata sejmowa podsumowująca dwa lata rządu Donalda Tuska. Rocznica powołania tego rządu minęła w listopadzie 2009 roku, ale to nie ma większego znaczenia. Zamiast dyskutować o IPN, fetujemy rocznicę sprzed czterech miesięcy. Prawie jak Urban

Premier Tusk swoje pierwsze, trzygodzinne exposé wygłosił 23 listopada 2007 roku, obiecując obniżkę podatków, podwyżki płac, reformę emerytalną, walkę z korupcją i obniżenie bezrobocia. Kto nie wierzy, nich sam sprawdzi.
Nikt dzisiaj nie „trzyma za słowo” kogoś, kto „trzyma się” innej zasady, która w PRL brzmiała mniej więcej tak;
„jak partia mówi, że da, to mówi”.

Przemówienie premiera („Sam nie wiem, jak to robimy, że radzimy sobie z kryzysem”) było dość zabawne, podobnie jak wystąpienia jego ministrów. Jednak ważniejsza wydaje się odpowiedź na pytanie, czy rocznicowa debata
i nowelizacja ustawy o IPN spotkały się w czasie przypadkowo, czy planowo, w ramach strategii „przykrywania” rzeczy ważnych mało ważnymi.

Informację, że debata „odbędzie się za dwa tygodnie”, przekazano PAP dokładnie 3 marca, czyli dzień po posiedzeniu podkomisji (uczestniczyłam w tym posiedzeniu jako członek Kolegium IPN) procedującej w ekspresowym tempie nowelizację ustawy o Instytucie. Poprzednie posiedzenie (25 lutego) wydawało się merytoryczne, a poseł Andrzej Czuma heroicznym gestem zwolennika lustracji czasami nawet wstrzymywał się od głosu. Obserwowałam
to osobiście.

Ale następne posiedzenie 2 marca było już zupełnie inne. Posłowie rządzącej koalicji wspierani przez posła SLD szli przez kolejne punkty projektu ustawy jak burza, nie zważając na merytoryczny sens podejmowanych decyzji. Także wtedy, gdy zastrzeżenia zgłaszane przez dyrektora Biura Prawnego IPN były przekonujące dla sejmowych prawników. Dokładnie 3 marca sejmowa komisja zakończyła prace nad projektem zmian. I tego samego 3 marca PAP zapowiedział debatę rocznicową „za dwa tygodnie”. Decyzję w obu sprawach podjęto najwyraźniej równocześnie. Nie wiem, w jakiej kondycji zdrowotnej jest Jerzy Urban, ale byłabym skłonna uwierzyć, że to on układa dla Platformy harmonogram działań i treść kluczowych narracji propagandowych. Przepraszam – nie propagandowych, lecz „profesjonalnych” działań PR. Jeśli nie doceniłam jego młodszych następców, to przepraszam po raz drugi i przyznaję, że są równie dobrzy jak on.

Zewnętrzne sterowanie

Przykrycie nowelizacji ustawy o IPN pozorowanymi debatami ma sens, bo pomaga schować intencje zmiany pod dobrze brzmiącymi hasłami. Zapowiadane jest „odpolitycznienie” Instytutu, pełne „otwarcie zbiorów archiwalnych” oraz „przyspieszenie procedury udostępniania zbiorów”.

„Odpolitycznienie” osiągnięte zostanie poprzez „wzmocnienie współodpowiedzialności i wpływu na działalność IPN organu kolegialnego wybieranego według kryterium fachowości” (w skład Kolegium wchodzi dzisiaj czterech profesorów, dwóch doktorów habilitowanych, dwóch doktorów i trzech magistrów), otwarcie – przez umożliwienie wglądu w swoje akta dawnym TW i pracownikom służb, a przyspieszenie – poprzez zadekretowanie rzeczy niemożliwej w realizacji.

Zacznijmy od odpolitycznienia Rady. O składzie dzisiejszego Kolegium decydują posłowie, senatorowie oraz prezydent, czyli osoby po lustracji. Na skład przyszłej Rady wpływ będą mieli członkowie rad naukowych uczelni akademickich i PAN (z prawem do habilitowania historyków), którzy się przed procesem lustracji skutecznie obronili, ostentacyjnie lekceważąc obowiązujące prawo.

Procedura wybierania elektorów oraz kandydatów do Rady będzie wolna od procesów lustracyjnych. Jej ostateczny skład wybierze Sejm (pięciu członków) i Senat (dwóch członków) i dopiero wybrana Rada poddana zostanie lustracji. Dodajmy dla porządku, że w skład Rady prezydent powoła dwie osoby z czterech kandydatów przedstawionych mu przez Krajową Radę Sądownictwa i Krajowa Radę Prokuratury. Jeśli brak lustracji to przejaw jej odpolitycznienia, to gratuluję pomysłodawcom.

Jednak najbardziej szokującym rozwiązaniem jest narzucenie Instytutowi Pamięci Narodowej, placówce pełniącej
nie tylko rolę archiwum, lecz także instytucji badawczo-naukowej i edukacyjnej, rozwiązania nieznanego w nauce. „Radę fachowców” z poszerzonymi kompetencjami rady naukowej wybiorą (głównie) profesorowie będący w sytuacji zawodowej rywalizacji z pracownikami IPN, konkurując liczbą publikacji, poziomem dorobku naukowego oraz dostępem do środków finansowych na badania. Bo czymże są środowiska naukowe historyków polskich uczelni,
jak nie naukową konkurencją dla środowiska naukowego Instytutu. Historycy, wybierając elektorów i pośrednio – członków Rady, zyskują bezpośredni wpływ na politykę naukową Instytutu i będą mogli „z zewnątrz” sterować karierami, planami badawczymi, awansami oraz – publikacjami Instytutu.

Reakcja badaczy „renomowanych” uczelni na publikację Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka o Lechu Wałęsie pozwala przypuszczać, że pod „odpolitycznionym” kierownictwem akademików żadna podobna książka
już nigdy w IPN nie zostanie napisana i opublikowana. Podobnie jak książki i filmy o Wojciechu Jaruzelskim
czy Czesławie Kiszczaku. Pozwoli to wreszcie uwolnić wymiar sprawiedliwości od ciężaru decydowania o losie książek, które „naruszają dobra” osób zasłużonych. Koniec ze skrajnie nieodpowiedzialnymi autorami i skrajnie nieodpowiedzialnymi wydawnictwami.

Wyprowadzanie badań i pieniędzy

Ustawa nie precyzuje wielu rzeczy, np., czy rady naukowe uczelni i PAN wybiorą elektorów i członków Rady
ze swojego grona, czy skądinąd. Wiadomo tylko, że muszą to być osoby posiadające stopień lub tytuł naukowy
w dziedzinie nauk humanistycznych lub prawnych. Przy całym szacunku dla „merytorycznego” charakteru Rady,
jeśli dorobek praktyczny opozycjonisty jest niewystarczający, jak mgr. inż. Andrzeja Gwiazdy, a np. mój, doktora socjologii i magistra etnografii okazałby się (w co oczywiście wątpię) wystarczający, to taka „merytoryczność”
woła o pomstę do nieba. Praktyka działalności w opozycji to też wiedza historyczna, którą warto wykorzystać, póki jeszcze można (a swoją drogą, jeśli Gwiazda jest „stroną sporu”, co uporczywie powtarzają bezmyślni komentatorzy, to taką samą „stroną” sporu jest „druga strona”). Nawet najwięksi bohaterowie w końcu odchodzą.

Podczas posiedzeń Kolegium rozważaliśmy czasami sygnały o swoistym bojkocie historyków IPN przez część środowisk akademickich. Nowelizacja ustawy rozwiąże ten problem, uczelnie dostaną władzę nad swoimi kolegami
z IPN, pozbawiając ich podmiotowości i autonomii. Jednym słowem, cała władza w ręce Rady. Dzisiejsze Kolegium jest ciałem opiniodawczym, konsultacyjnym, formułuje stanowiska w ważnych, dotyczących IPN kwestiach, rozpatruje odwołania od decyzji prezesa, wspiera go w relacjach z instytucjami zobowiązanymi do przekazania swoich zasobów archiwalnych IPN. Ocenia i poddaje krytycznej analizie prace Instytutu i jego oddziałów.

„Radę” pomyślano inaczej, jako formę zewnętrznej kontroli „nad” IPN o znacznie rozszerzonych kompetencjach.
Ma ona kompetencje „przygotować i rozstrzygać konkursy na finansowanie przez Instytut badań naukowych nad najnowszą historią Polski”. Pomijając sprzeczność takiego rozwiązania z art. 9 ust. 1 obowiązującej ustawy – Instytutem Pamięci kieruje prezes IP oraz ust. 2. prezes Instytutu Pamięci w sprawowaniu swego urzędu jest niezależny od organów władzy państwowej – zauważmy, że te kompetencje naruszają dobre obyczaje w nauce.

Osoby powołane przez zewnętrzne wobec Instytutu grono naukowców będą decydować o projektach badawczych Instytutu oraz ich finansowaniu. Pozwoli to „wyprowadzić” tematy badawcze wraz z pieniędzmi z IPN do macierzystych uczelni i instytutów członków Rady.

Przesadzam? A jak inaczej osłabić, a może nawet rozproszyć grono historyków IPN, którzy w ostatnich latach opublikowali wiele bardzo interesujących i nowatorskich prac, zrobili stopnie naukowe i popularyzowali wiedzę
o najnowszej historii Polski. Jawne zwolnienia i dymisje mogą zainteresować opinię publiczną. Mogą je zauważyć nawet najbardziej beztroskie i nieuważne media i nieuważni dziennikarze. A tak, po dwu, trzech latach badań „wyprowadzonych” poza Instytut będzie można nie do końca zresocjalizowanych badaczy zwolnić za brak osiągnięć naukowych. Korzystając z niewątpliwego dorobku lingwistycznego profesora Stefana Niesiołowskiego (cyt. „spadaj”), pozwolę sobie nazwać tę procedurę skokiem na kasę IPN. Tak politycy kupują wdzięczność naukowego establishmentu.

Tymczasem współpraca historyków IPN z uczelniami i instytutami PAN oraz naukowcami spoza Polski jest zjawiskiem normalnym, chociaż konkursy przygotowywane i rozstrzygane są wewnątrz władz Instytutu. Decydujący głos ma odpowiedzialny za budżet prezes, prof. Janusz Kurtyka (zastanawiam się, czy to przypadek, że mówi się prof. Kieres i prezes Kurtyka. Janusz Kurtyka też jest profesorem). Komentujących nowelizację ustawy zachęcam do przeczytania sprawozdania z działalności IPN za 2009 rok. Liczy, bez aneksów, prawie 300 stron, ale jego znajomość bardzo poprawia merytoryczną wartość debaty.

Mistyfikacji ciąg dalszy

Ale na tym mistyfikacja zwana odpolitycznianiem bynajmniej się nie kończy. Rada otrzymuje także kompetencję (art. 1 pkt 7 dot. art. 23 ust. 2 pkt 8) „formułowania rekomendacji dotyczących podstawowych kierunków działalności Instytutu Pamięci w zakresie badań naukowych, edukacji, udostępniania dokumentów, ścigania zbrodni (!)
oraz procedur lustracyjnych (!)”.

Takich uprawnień dzisiejsze Kolegium nie ma. Może co najwyżej opiniować, ale nie „rekomendować”, zakres „procedur lustracyjnych i ścigania zbrodni”. Takie rozwiązanie narusza niezależność prokuratorów. Jak nie drwić
z rozwiązania, które „odpolityczniając” Instytut, „upolitycznia” środowisko historyków do tego stopnia, że daje im władzę (cząstkową, ale jednak) nad ściganiem zbrodni i procesami lustracyjnymi?

To jednak nie koniec. Procedury przewidziane w nowelizacji są niezbyt precyzyjne w kwestii terminów wyboru elektorów i kandydatów. Spory czy ewentualne kłopoty naukowców z dokonaniem wyboru mogą sprawić, że proces wyłaniania kandydatów zostanie opóźniony. Co wtedy?

Gdy (art. 1 pkt 5 dot. art. 15 ust. 5 i 11) podmioty, o których mowa w ust. 2 i 3, nie przedstawiły odpowiednio Sejmowi, Senatowi lub prezydentowi wymaganej liczby kandydatów na członków rady, odpowiednio Sejm, Senat
lub prezydent powołują członków Rady Instytutu Pamięci. Z jakiego grona? W jaki sposób? Kiedy ten tryb można zastosować? Tajemnica ustawodawcy. Konkrety przesunięto do rozporządzenia Rady Ministrów.

Ostatecznie wybór członków Rady, a także prezesa, może odbyć się zwykłą większością głosów. Tak kończy się niezależność i autonomia IPN oraz wiarygodność narracji o „odpolitycznieniu” IPN.

A co z narracją mówiącą o „otwarciu archiwów” i „przyśpieszeniu udostępniania”? Jest równie mało warta.
W praktyce oznacza udostępnienie zasobów archiwum IPN dawnym TW i pracownikom służb (nie wiadomo ostatecznie, czy TW i pracownicy służb dostaną oryginały, czy kopie dokumentów. To osobny, ważny problem). Będą mogli sprawdzić przed ubieganiem się o funkcje publiczne, co jest w zasobach IPN na ich temat i spokojnie startować do władzy, gdy okaże się, że nie ma „nic”, bo wszystko zniszczono. Ot i cała zmiana. A przepraszam, będzie można zrezygnować z anonimizacji nazwisk TW przy udostępnianiu dokumentów osobie pokrzywdzonej.

Reszta to tylko propagandowe ozdobniki w rodzaju: „Prezes opublikuje (art. 5) inwentarz archiwalny IPN do 31 grudnia 2012 roku, opisujący zasoby Instytutu” oraz: (art. 36, ust. 4a) „Dokumenty określone w ust. 1…. udostępnia się w terminie siedmiu dni od dnia złożenia wniosku”.

Obie dyrektywy przypominają zasadę: „Jak partia mówi, że da, to mówi”. Ani jednego, ani drugiego zadania nie da się w założonym terminie zrealizować i członkowie podkomisji byli tego w pełni świadomi, wprowadzając te regulacje. Dlaczego mimo to je wprowadzili? Bo świetnie poprawiają wartość narracji o „otwarciu i przyspieszeniu”.

Do 2012 roku archiwa zostaną otwarte i udostępnione, a petent dostanie zamówione dokumenty w ciągu siedmiu dni. Nie dostanie, bo np. dokumenty w danym momencie udostępniono innej instytucji (sądom, administracji publicznej) lub osobie. Także kilometrów akt będących w zasobach IPN nie da się opublikować w formie inwentarza nawet w pięć lat.

Prawda bardziej boli

Głównym celem nowelizacji najwyraźniej jest zablokowanie wyboru profesora Kurtyki na następną kadencję. Prasa donosi o przegłosowaniu w Sejmie punktu zabraniającego dzisiejszemu Kolegium rozpoczęcia procedury konkursowej na stanowisko prezesa.

Profesor Kurtyka zbudował w ciągu ostatnich pięciu lat pluralistyczny, reprezentatywny dla problemów badawczych zespół badaczy, którego aktywność edukacyjna i naukowa zaowocowała setkami książek, wystaw i konferencji. Współpraca międzynarodowa Instytutu jest tak interesująca, że jej porównanie z osiągnięciami ministra spraw zagranicznych nie przynosi Januszowi Kurtyce wstydu. Skończyły się przecieki z archiwum, są publikacje opatrzone sygnaturami, dokumentami i podpisane nazwiskami badaczy, którzy dany temat opracowali.

W normalnym, demokratycznym kraju powołanie Janusza Kurtyki na następną kadencję byłoby oczywistością.
W III RP pisze się złą ustawę, by temu zapobiec. Sądzę, że klamka zapadła po opublikowaniu książki Cenckiewicza
i Gontarczyka o Lechu Wałęsie. Nie dlatego, że można jej zarzucić brak profesjonalizmu. Prawda bardziej boli.

Okazało się, że niszczenie archiwów nie było doskonałe, a w IPN pracuje sporo niezależnych, profesjonalnych historyków, którym ich szef pozwala uczciwie pracować. Oznacza to, że pod prezesurą Kurtyki prędzej czy później natrafią oni w archiwach na ślady z przeszłości i na rynku pojawią się kolejne dobre książki. A na to władza, która chce panować nad narracją o opozycji, PRL i o Okrągłym Stole, nie może się zgodzić. Stąd ustawa szyta sprytnie, ale jednak grubymi nićmi.

.

Barbara Fedyszak-RadziejowskaRzeczpospolita
Autorka jest doktorem socjologii z Polskiej Akademii Nauk i Politechniki Warszawskiej

Reklama

Możliwość komentowania Nowela szyta grubymi nićmi została wyłączona

%d blogerów lubi to: