Stanisław Pyjas a wojna z IPN

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 26 marca 2010

Rzecznicy relatywizacji komunizmu domagają się, aby Pyjas spoczywał w pokoju. Nie chcą zgodzić się na ekshumację jego zwłok, bo w ten sposób IPN mógłby zdobyć argumenty w swojej walce o pamięć – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”.

Ostatnia, niepotrzebna przepychanka wokół ekshumacji zwłok Stanisława Pyjasa wskazała niepokojące zjawisko, na które chciałbym zwrócić uwagę. Po ogłoszeniu przez prezesa IPN Janusza Kurtykę decyzji o ekshumacji można było odnieść wrażenie, że spora grupa dziennikarzy zrobiła wszystko, aby wymusić na rodzinie Pyjasa co najmniej rezerwę, jeśli nie sprzeciw wobec tego projektu.

Czy powodowała nimi wyłącznie chęć mnożenia za wszelką cenę sensacji, która w tym wypadku manifestowałaby się prowokowaniem konfliktu między IPN a rodziną? Czy chodziło o instrumentalne wykorzystanie tej sprawy do zaatakowania IPN? Zachowania wskazywałyby raczej na tę drugą ewentualność. W wojnie, którą establishment III RP wytoczył swoim przeciwnikom pod hasłem rozprawy z pisizmem, wszystkie chwyty są dozwolone.

Abstrakcyjna racja historii?

Jedną z operacji tej wojny jest próba (niestety, wszystko wskazuje, że coraz bliższa sukcesu) zniszczenia IPN, który złamał monopol „salonu” na zarządzanie polską historią najnowszą. Jest więc dla owego salonu instytucją śmiertelnie groźną, ujawniając zarówno genezę porządku III RP, jak i przeszłość wielu okadzanych w niej „autorytetów”.

IPN atakowany jest więc za wszystko i pomawiany o wszystko. Dowodem przeciw niemu miała być biografia Wałęsy pióra Pawła Zyzaka, z którą instytut nie miał nic wspólnego. Swoją drogą jest to rzetelna i znacząca praca historyczna, która dezawuowana jest przez deklarujących, że nie mieli jej nawet w rękach.

Koronnym (i właściwie jedynym) dowodem upolitycznienia IPN miało być dostarczenie w trybie ekspresowym na życzenie parlamentu polskiego materiałów na temat sędziów Trybunału Konstytucyjnego badającego zgodność ustawy lustracyjnej z konstytucją. Innymi słowy: wzorowe wykonanie swoich obowiązków. Itd., itp.

Pomówienia te ogłaszane były przez rządzącą partię oraz dominujące media i powtarzane bezmyślnie przez większość dziennikarzy. Groteskowość sytuacji demonstruje nowa ustawa o IPN, która podporządkowuje instytut aktualnie rządzącej większości, a dokonywana jest pod hasłem „odpolitycznienia”.

Tydzień temu, słuchając mediów elektronicznych trudno było oprzeć się wrażeniu, że sprawa ekshumacji zwłok Stanisława Pyjasa staje się kolejnym pretekstem do przyłożenia IPN. Oto dziennikarz Polsatu Tomasz Machała podsumował swój materiał w „Wydarzeniach” stwierdzeniem, że prezes IPN musi się zastanowić, czy racja historii musi zdominować wszystko – w podtekście także cierpienie rodziny.

Okazuje się więc, że ściganie sprawców zbrodni jest abstrakcyjną, historyczną racją, a dodatkowo narusza uczucia rodziny. Dalej posunął się Kamil Durczok, który rozpoczął czołówkowy materiał na ten temat w „Faktach” stwierdzając, iż… IPN podejrzewa, że Stanisława Pyjasa zamordowało SB.

Przy okazji trzeba zaznaczyć, że w sprawie ekshumacji Pyjasa prezes Kurtyka również zachował się dziwnie. Kiedy pojawiły się wyciągnięte przez dziennikarzy opory rodziny, stwierdził, że bez jej pełnej zgody ekshumacja nie będzie przeprowadzona. W rzeczywistości prokuratorzy Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu, pomimo że znajduje się ona w strukturze IPN, są niezależni, a prezes nie ma w sprawie ich działań nic od gadania.

W prawie polskim o ekshumacji decyduje prokurator i w kwestii tej nie ma znaczenia postawa rodziny. Fakt, że prokurator usiłuje się z nią porozumieć, dobrze świadczy o jego wrażliwości, ale nie oznacza to, że ma uznawać uczucia rodziny za wiążące dla poszukiwania sprawców zabójstwa.

Oswajanie PRL

Wróćmy jednak do sprawy podstawowej. W ramach wojny z pisizmem następuje kolejna odsłona „oswajania” PRL, a więc łagodzenie o nim pamięci.

Często słyszymy o pisowskiej czy zamiennie ipeenowskiej wizji historii. Oznaczać ma ona niezwykle uproszczony, czarno-biały wizerunek naszych dziejów najnowszych, zgodnie z którym w PRL wyraźnie występował podział na ogół narodu i działający z cudzego nadania aparat komunistycznej przemocy. Alternatywą dla owego „uproszczenia” jest relatywizacja. Zgodnie z jej dekalogiem PRL był jedyną Polską, jaką wtedy mieliśmy, a więc Polacy byli z nią pogodzeni na różne sposoby i czuli się wobec niej lojalni.

Nie miejsce tu na odsłonięcie w pełni mistyfikacji owego zabiegu, który jest tym bardziej możliwy, im bardziej oddala się w pamięci PRL realny. Wystarczy jednak przypomnieć podstawowy podział owych czasów na: my i oni. My: rządzeni, uprzedmiotowieni, pozbawieni praw – oni: panowie i dzierżawcy sowieckiego folwarku, jakim był PRL. Znamienne, że kategoriami tymi posługiwali się nawet członkowie nomenklatury.

Owszem, ludzie robili wówczas jakieś kariery, zapisywali się do partii, ale poza szczególnymi środowiskami tłumaczyli się zarówno z partyjnej przynależności jak i kompromisów, na jakie byli skazani, próbując awansować w tamtej rzeczywistości. Właśnie dlatego, że nigdy nie nastąpiła żadna szersza identyfikacja z systemem. Traktowanie państwa jako czegoś wrogiego, tak odmienne od czasów II RP, było tego koronnym dowodem.

W owym prawdziwym, czarno-białym wizerunku PRL jest miejsce na różne odcienie szarości, jeśli chodzi o ludzkie wybory. Płynna okazuje się nawet kategoria „onych”, tzn. trudno wyznaczyć ich precyzyjny zbiór. Dla zwykłych obywateli „oni” to byli już dyrektorzy ich zakładów pracy, dla tych z kolei – ich zwierzchnicy z partii i zjednoczeń, tamci znowuż wskazywali władze partyjne i rząd. Podstawowe i powszechnie odczuwane było jedno: piramidalna struktura totalitarnego systemu i ubezwłasnowolnienie społeczeństwa.

Złagodzenia, a więc relatywizacji wizerunku PRL nie można uzyskać bez stępienia jego najostrzejszych, zbrodniczych ekscesów. Dla większości zwłaszcza młodszej części Polaków, którzy słabo, jeśli wcale, pamiętają PRL, spór o komunistyczną Polskę nie wydaje się istotny. Łatwiej więc przemycić im zmianę jego wizerunku, rzutując ją na obecny spór polityczny. Walka z pisizmem jest do tego idealną okazją.

Wyjaśnić mord polityczny

Tak więc, zdaniem rzeczników relatywizacji komunizmu, lepiej niech Stanisław Pyjas spoczywa w pokoju. Nie należy pozwolić go ruszyć, aby IPN nie miał argumentów w swojej walce o pamięć. Dlatego rzecz oczywista w 1977 roku, czyli zabójstwo Stanisława Pyjasa przez SB, przestaje być oczywista w 2010 r. i zredukowana zostaje do podejrzeń (z zasady podejrzanego) IPN. Gdyż w rzeczywistości ekshumacja nie ma służyć udowodnieniu zamordowania Pyjasa przez SB – to wiemy od początku.

Wiemy znacznie więcej. Wiemy, jak instytucja ta usiłowała zacierać ślady swojej zbrodni. Za to zresztą skazani zostali szefowie krakowskiego SB. Wiemy o utopieniu świadka Stanisława Pietraszki, który widział ostatni Pyjasa z osobą mu towarzyszącą. Wiemy o zabiciu człowieka, agenta SB, który się chwalił, że w morderstwie brał udział.

Nie mamy jednak pewności, kto wydał rozkaz i kto personalnie go wykonał. I w celu odsłonięcia tego powinniśmy zrobić wszystko, co możliwe. Nie mamy pewności, czy ekshumacja posunie śledztwo dalej, ale jeśli prokurator pieczołowicie usiłujący ujawnić jej tajemnice ma poszlaki w tym kierunku, powinniśmy to zaakceptować.

Zdumiewający jest nagle wysyp dziennikarzy, którzy prezentują wiedzę, że po 33 latach ekshumacja nic nie da. Zwłaszcza że bez przerwy archeologowie badają szczątki ludzkie sprzed tysięcy lat i informują nas o szczegółowych kwestiach dzięki temu wyjaśnionych.

W wypadku Stanisława Pyjasa nie chodzi o archeologię. Chodzi o mord polityczny, a państwo polskie jest zobowiązane zrobić wszystko, aby go możliwie precyzyjnie wyjaśnić.

.
Bronisław Wildstein • Rzeczpospolita
Autor, obecnie publicysta „Rzeczpospolitej”, w latach 70. współtworzył w Krakowie środowisko opozycyjne, którego uczestnikiem był także m.in. Stanisław Pyjas

Reklama

Możliwość komentowania Stanisław Pyjas a wojna z IPN została wyłączona

%d blogerów lubi to: