Za co tak naprawdę zniszczono Pawła Zyzaka?

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 6 kwietnia 2010

Myślę, że praca Pawła Zyzaka jest jedną z najważniejszych książek stricte historycznych, dotyczących powojennych dziejów naszego kraju. Może nie tyle ze względu na ciężar gatunkowy samego głównego bohatera, co na ujawnienie skali oszustwa, jakiego dopuściły się na społeczeństwie nasze tzw „elity”, w sprawie tzw. „przełomowego momentu naszej historii”, czyli „obalenia komunizmu”.

Poprzednia praca Cenckiewicza i Gontarczyka koncentrowała się  głównie na dokumentowaniu regularnej współpracy Wałęsy z SB w latach ’70, a także nielegalnej i przestępczej działalności niszczenia akt już w trakcie jego prezydentury. Tym, czego w tych pracach brakowało, była odpowiedź na najważniejsze chyba pytanie – DLACZEGO? Po prostu jak przystało na profesjonalnych historyków, przedstawiali beznamiętnie suche fakty archiwalne, bez próby ich interpretacji.

Paweł Zyzak w swojej pracy idzie milowy krok dalej, koncentruje się już bardziej na analizie postaci samego Wałęsy – począwszy od dzieciństwa, po działalność dorosłego człowieka wyniesionego na sam szczyt władzy (w każdym razie tej oficjalnej). Jest to więc stworzenie portretu psychologicznego Wałęsy – zarówno na podstawie analizy jego własnych słów i czynów, ale i także na podstawie relacji innych osób – zarówno wrogów, jak i przyjaciół. Książka jest pod tym względem unikatowa, że upublicznia fakty nieznane społeczeństwu (setki anegdot z życia prywatnego i publicznego – poparte relacjami świadków lub dokumentami), które do tej pory były własnością tylko osób zaangażowanych w budowanie legendy „wielkiego elektryka” – a są to rzeczy niekiedy szokujące – choć pewnie nie wszystkich, ale o tym później.

Autor zaczyna więc od dzieciństwa Wałęsy – na podstawie jakich doświadczeń chłopca wychowującego się w określonym środowisku, formowały się jego cechy osobowościowe. Wchodzi w to zarówno ten wątek z okazywaną publicznie fałszywą pobożnością, jak i sprawa zmarłego tragicznie nieślubnego dziecka, która de facto „wygoniła” Wałęsę z rodzinnej wioski.

Nie będę tu opowiadał całej książki, bo się nie da – zajęłoby to dziesiątki stron, ograniczę się do konkluzji.
Wałęsa jest więc typowym przykładem „najmądrzejszego w całej wsi”, który zagubił się w blasku świateł wielkiego miasta. Kombinacja wiecznie zadowolonej z siebie ignorancji (zupełnie świadomej – o czym za chwilę), prymitywizmu, chłopskiego sprytu, a także nienasyconej ambicji i pychy realizowanej przy pomocy krętactw i instrumentalnego traktowania ludzi. Czy ignorancja może być „świadoma”? Może – wtedy, kiedy pochodzi z wyboru. Wałęsa miał wielokrotnie okazję podnieść swój poziom wiedzy, ale zawsze to odrzucał. Podjęcie jakiejś systematycznej nauki – bez względu na to, czy w sposób sformalizowany, czy samodzielny – czegokolwiek (historia, ekonomia, politologia, itd) wymagałoby przyjęcia pewnej umysłowej dyscypliny i pokory, a także uznania swoich ograniczeń – w tym przypadku wynikających z uświadomienia sobie, że on proces edukacji dopiero zaczyna i równorzędnym partnerem intelektualnym stanie się (albo i nie) dopiero po przejściu pewnej drogi. Mamy jednak setki przykładów postawy odwrotnej – popisywania się swoją ignorancją. Podczas „internowania” Wałęsa od odwiedzających go gości dostawał setki książek – nie przeczytał żadnej. Najdalej zabrnął chyba do strony 12-tej – była to pożyczona mu przez jednego z biskupów historia chrześcijaństwa i to najprawdopodobniej na jej pierwszych stronach przyszły „obalacz komunizmu” zetknął się z rzymskim cesarzem Walensem, skąd zaświtała mu myśl, że sam może pochodzić z cesarskiego rodu. Jak sobie bowiem lingwistycznie wyjaśnił – w „języku rzymskim” nie było „ę”, tylko „en”, czym można wytłumaczyć brak 100% zbieżności.

Z tego wszystkiego wynika obraz drobnego cwaniaczka z olbrzymimi ambicjami, a naturalną konsekwencją takiegoż umysłowego ukształtowania staje się pycha połączona ze strachem przed ośmieszeniem. Wałęsa bowiem zdaje sobie sprawę ze swojej ignorancji, ale boi się przyznać, że czegoś nie wie i zapytać, gdyż to wymagałoby uznania autorytetu innych ludzi – czego nie zniesie jego patologicznie ukształtowane ego. Skutkiem tego, jego wypowiedzi są tak pokrętne i sprzeczne. Wałęsy nigdy nie interesowało poznanie prawdy na jakiś temat (zwłaszcza, kiedy mogłaby być niewygodna), ani jasne opowiedzenie się po czyjejś stronie – ewentualnie zajęcie konkretnego stanowiska w danej sprawie, skutkującego potrzebą obrony swoich poglądów bez względu na konsekwencje. Po pierwsze, będąc kompletnym ignorantem (świadomym) nie jest zdolny do sformułowania jakichkolwiek spójnych „poglądów” – poza tym, nie to jest jego celem. Jego celem jest głównie bycie w centrum uwagi i pięcie się do góry, co wymaga możliwości błyskawicznego odwrócenia kota ogonem w ciągu kilku sekund, o ile zajdzie taka potrzeba.

Zyzak analizuje setki stron przemówień Wałęsy i okoliczności, w jakich były wygłaszane i prawidłowość jest oczywista – zawsze przyznaje rację silniejszemu. Krętactw i zaprzeczania temu, co mówiło się jeszcze kilka minut wcześniej jest przy tym co niemiara, co stwarza ten znany nam mimowolny efekt komiczny. Wypowiada delikatnie jakąś kwestię – obserwuje reakcję słuchaczy (to potrafi perfekcyjnie) i w przypadku dostrzeżenia jakiejś ich dezaprobaty natychmiast zmienia front o 180 stopni. Przypomina trochę Mao (kto czytał jego biografię pisaną przez jego osobistego lekarza Li Zhisui, ten zrozumie) – chciałby rządzić bez ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności. Ta sama kombinacja nieuctwa połączonego z niezachwianym przekonaniem o własnej genialności, lecz jednocześnie strachem przed odpowiedzialnością.

Wałęsa kreuje sam siebie (a także robią to jego klakierzy) na głównego organizatora strajków – kłamstwo superbezczelne – NIGDY nie był inicjatorem żadnego, mało tego – ZAWSZE jako pierwszy gotów był zawierać z komunistami byle jakie porozumienia, byle tylko to jego pokazywano w świetle reflektorów. Książka pełna jest dokumentujących to materiałów. Oczywiście tego typu postawa musiała wzbudzać zastrzeżenia pozostałych twórców przyszłej „Solidarności”, czemu dawali wyraz – do tego dochodził wątek tej współpracy z SB. Wałęsa potrafił jednak (właśnie przy pomocy innych agentów SB – to już była pewnie gra pilotowana na wyższych szczeblach SB) niszczyć swoich konkurentów do władzy w związku w sposób bezwzględny.

STOSUNEK KOMUNISTÓW DO WAŁĘSY
To najważniejsze pytanie – czy Wałęsa świadomie do końca pozostał agentem SB – we wszystkimi tego konsekwencjami sfinalizowanymi „okrągłym stołem”, czy był jedynie manipulowaną marionetką?
Z lektury książki wynika, że to drugie. Po prostu nie byłby intelektualnie zdolny do takiej wyrafinowanej gry. Wynika to też z wewnętrznych dokumentów samej SB, opisującej go jako człowieka chwiejnego, o wybujałych ambicjach, któremu jest wszystko jedno, czy na szczyt wyniesie go partia, czy „Solidarność”, człowieka który nie jest w stanie dotrzymać żadnej umowy, jeżeli tylko będzie miał możliwość odniesienia osobistej korzyści.
Na początku – przed stanem wojennym – Wałęsa (mimo oficjalnego zerwania współpracy z SB – tak wynika z dokumentów) był komunistom potrzebny (można zaryzykować twierdzenie, że tylko dzięki ich agenturalnej pomocy, tzn, wpływom innych agentów SB w podziemiu, utrzymał pozycję lidera opozycji) – po prostu pozostali liderzy opozycji jak Wyszkowski, czy Gwiazdowie postrzegani byli przez komunistów jako bezkompromisowi radykałowie.
Warto dodać też, że Wałęsa dziesiątki razy spotykał się (osobiście) lub utrzymywał korespondencyjne kontakty z komunistycznymi władzami bez powiadamiania o tym władz związku. Zawsze były to propozycje zawarcia ugody, których (domyślnym) warunkiem było, że to on musi stać na czele opozycji. Jednocześnie na opozycyjnych wiecach kreował się na bezwzględnego wroga systemu. Trudno byłoby tu przytoczyć, czy choćby wyliczyć przykłady wszystkich kłamstw i krętactw (dokonywanych na kolegach z opozycji), których Wałęsa się dopuścił – po prostu taką przyjął strategię zostania KIMŚ WAŻNYM.

Sytuacja zmieniła się po stanie wojennym – „Solidarność” została spacyfikowana, Wałęsa przestał być komunistom chwilowo potrzebny, a w środowiskach opozycyjnych zaczął tracić zaufanie i szacunek. Zaczęły pojawiać się pierwsze pytania – dlaczego, kiedy inni działacze poddawani są bezwzględnym i dotkliwym represjom (z mordowaniem włącznie), on jest przez władze tak rozpieszczany (nowe mieszkanie) – zaś luksusowe warunki jego „internowania” zaczęły łączyć się z podejrzeniami o współpracę z SB z lat ’70. Wałęsa musiał znów zradykalizować (oczywiście tylko werbalnie) swoje wypowiedzi przeciwko komunie, co zostało negatywnie odebrane przez wspierających go do tej pory oficerów SB.

I tu dochodzimy do najciekawszego – SZANTAŻ.
Wałęsa i jego obecna gwardia wielokrotnie głosili, że SB „fabrykowała” kompromitujące go materiały – jak było naprawdę?
Zaletą książki jest to, że nie opisuje ona samego Wałęsy, ale przedstawia też dość szczegółowe sylwetki innych aktorów tej tragikomedii. Jedną z nich jest Mieczysław Wachowski. Oficer SB zakonspirowany jako członek gdańskiego półświatka (cinkciarstwo, drobna alfonserka). Okoliczności, w jakich został najpierw osobistym szoferem Wałęsy, potem jego sekretarzem są dosyć tajemnicze i do dziś nie do końca wyjaśnione, ale jedno wydaje się oczywiste  – to pewnie on dostarczył SB najbardziej kompromitujące Wałęsę materiały.
Chodzi najprawdopodobniej o imprezy z prostytutkami. Wachowski zajmował się „panienkami” w czasach swojej kariery w SB i prawdopodobnie zapewniał Wałęsie (i być może nie tylko jemu) tego typu rozrywki podczas związkowych tournee po kraju. Anna Walentynowicz, która była jedną ze skarbniczek związku wspomina ogromne sumy na noclegi (w Warszawie Wałęsa i członkowie związku zatrzymywali się w hotelu Solec – naszpikowanym ówcześnie mikrokamerami i mikrofonami). Rachunki za rozliczenie wielu delegacji (koszty noclegów) były monstrualnie zawyżone – Wałęsa nie potrafił tego wytłumaczyć.
Dochodzi do tego późniejsza historia z kradzieżą dokumentacji medycznej Wałęsy (już czasie jego prezydentury) z gdańskiej przychodni. Czyżby jakaś weneryczna choroba?
Zresztą Wałęsa jak to ma w zwyczaju, obawiając się zdemaskowania, zawsze półżartem zapewnia sobie alibi na wypadek ujawnienia – wiele razy żartobliwie wspominał, że Dankę kocha, ale nie zawsze był „taki święty” i podczas jeżdżenia po kraju poddawany był „różnym pokusom”.
Drugi wątek szantażu stanowią taśmy z rozmowy Wałęsy ze swoim bratem (nagrane podczas „internowania” – nie tylko przez SB, ale i przez tegoż brata), kiedy to obaj panowie pijani w sztok rozmawiali ze sobą jak „brat z bratem” – knajackie bluzgi dosłownie co drugie słowo. Szokujący jest nie tylko sposób prowadzenia rozmowy, ale także i treść. Wałęsa odsłania w nich trochę tego „prawdziwego ja” tak skrzętnie ukrywanego za ostentacyjnie obnoszonym znaczkiem w klapie. Te rozmowy do tej pory nie zostały w „wolnej Polsce” – rzekomo bez cenzury – nigdy nie opublikowane – co robią „dziennikarze śledczy”?
W tych rozmowach Wałęsa przy pomocy określeń na „k…” i „ch…”, a także przymiotnikach na „pie….” określa członków kościelnej hierarchii począwszy od Watykanu, po szeregowych księży. Bluzgi te były wywołane tym, że Kościół nie wycofał kandydatury papieża do pokojowej nagrody Nobla, co Wałęsa uznał zagrożenia dla siebie – bo to przecież on w swoim mniemaniu, powinien ją dostać. Dodatkowo ta pełna knajackiej „łaciny” rozmowa dotyczyła wielkich pieniędzy jakimi obracał Wałęsa.

Temat finansów Wałęsy to osobna historia – zarówno organizacje międzynarodowe, jak i prywatni darczyńcy z zachodu finansowali działanie Wałęsy i związku, w sposób mało sformalizowany – granica między tym, co dostawał Wałęsa prywatnie, a co na działalność całej organizacji była bardzo płynna – po prostu wsuwali mu do kieszeni pieniądze tak, jak dobra ciocia wsuwa je ulubionemu chrześniakowi – dyskretnie (żeby rodzice nie widzieli i nie zabrali) i bez żadnych pokwitowań. Podczas tej rozmowy Wałęsa naradza się bratem, gdzie tu by ulokować sumy liczone w milionach dolarów, tak by ich „cesarski” ród mógł zapewnić sobie „chwałę i przetrwanie” przez kolejne stulecia.
Podczas operacji dyskredytowania Wałęsy przez SB po stanie wojennym (kiedy SB bała się, że to wygrażanie komunistom to tak naprawdę), wiele z tych taśm zostało wysłanych do Watykanu. Jednak SB nie musiała niczego „fabrykować” – po prostu pokazała Wałęsę takim, jakim był naprawdę. Manipulacja poległa jedynie na tym, że zrobiła to dopiero tedy, kiedy było jej to na rękę. Jest oczywiste, że zanim te taśmy i zdjęcia trafiły do papieża, musiały przejść solidną weryfikację przez tajne służby watykańskie, które potwierdziły ich autentyczność, co zaowocowało niezwykle oschłym stosunkiem JP II do Wałęsy. Podczas kolejnej pielgrzymki papież ostentacyjnie potraktował Wałęsę lekceważąco, spotykając się z nim dopiero ostatniego dnia wizyty – i choć według słów Wałęsy „rozmowa była szczera, długa i przyjacielska” to oficjalne protokoły ujawniają coś przeciwnego – papież spędził z Wałęsą tylko połowę czasu, jakim chwalił się „elektryk”, a dodatku tylko kilka minut rozmawiał z nim osobiście, zaś resztę czasu poświęcił głównie jego dzieciom.

Z czasem SB zorientowała się, że nie musi Wałęsy ponownie werbować do oficjalnej współpracy – połączenie szantażu, ze stworzeniem mu możliwości wejścia na szczyt wystarczą, by kierowany swoją pychą zrobił dokładnie to, na czym im zależy. I to jest cała tajemnica jego obrony przez komunistów i resztę tych środowisk bezwzględnych karierowiczów, które Wałęsa pociągnął za sobą. Już wówczas – od początku lat ’80 – SB oceniała „Solidarność” jako mieszaninę trzech nurtów. Pierwszy – „radykałowie” – osoby wiedzące, dlaczego nie chcą socjalizmu i przeciwko niemu protestujące (grupa Wyszkowskiego lub Kornela Morawieckiego). Bezkompromisowi ludzie idei, którzy nie pójdą na żadne przekupstwa stanowiskami i będą konsekwentnie walczyć o swoje idee.

Druga grupa, to „rewizjoniści”- czyli dawni stalinowcy wyrzuceni z Partii na fali czystek antysemickich zapoczątkowanych w Moskwie pod koniec lat ’60 (grupa Kuronia, Geremka). Oni oficjalnie nie chcieli likwidacji socjalizmu, tylko domagali się pozbawienia go „błędów i wypaczeń”- które nastąpiłyby, kiedy oni wróciliby do aparatu władzy. Mieli doskonałe kontakty z lewicą zachodnią, co pozwalało im wmontować się w struktury „Solidarności” – z czasem zmonopolizowali kontakty zagraniczne, co było w tamtych czasach bardzo ważne.

I wreszcie trzecia grupa – ”wałęsowcy”, czyli praktycznie …nikt. Wówczas tworzył tę grupę sam Wałęsa – jego jedyną siłą była „legenda”, przy pomocy której mógł manipulować nastrojami mas, co też było jakąś siłą. Dopiero potem doszlusowała do niego spora grupa rozmaitych „szarych eminencji”, którym wszystko jedno jaki będzie system, byle z nimi na szczycie. „Wałęsowcom” nie przyświecał żaden ideologiczny cel (w przeciwieństwie do sprzecznych ideologii pierwszych dwóch nurtów w „Solidarności”), szukali tylko pieniędzy i karier. Kiedy już w 1985 roku PZPR wiedziała, że koniec systemu w jego poprzednim wcieleniu jest nieunikniony (porozumienie ZSRR-USA) i rozpoczęła masowe przygotowania do „transformacji ustrojowej” – uwłaszczenie nomenklatury przy pomocy pseudo-kapitalistycznych spółek żerujących na państwowym majątku i wysyłanie czołowych partyjnych aktywistów na zachodnie stypendia ( vide Huebner) – by potem, już w „wlonej Polsce”  ulokować ich w strategicznych instytucjach państwowych , komuniści potrzebowali znaleźć w strukturach opozycji kogoś, kto spełniłby ich oczekiwania, co do kształtu „transformacji”. Ponieważ wszystkie opisane wyżej trzy nurty posiadały po około 30% udziałów w „Solidarności” każda, to arytmetyka wskazywała, że takie porozumienie może zostać z komunistami zawarte tylko przez koalicję dwóch frakcji. Ponieważ grupa Wyszkowskiego z definicji nie nadawała się do takiego planu, to oczywistym był zaproponowany im przez Kiszczaka sojusz byłych stalinowców, z karierowiczami od Wałęsy. Ot i cała tajemnica „okrągłego stołu”.

Książka pełna jest innych ciekawostek (też z pierwszej wizyty Wałęsy w Watykanie, gdzie podczas audiencji zachował się niegrzecznie w stosunku do Anny Walentynowicz, za co został przez Wojtyłę surowo upomniany) – po prostu czapki z głów dla autora, który zadał sobie tak monstrualny trud przebrnięcia przez tony dokumentów (zarówno tych z archiwów), jak i przeanalizowania kilkunastu lat twórczości i postępowania Wałęsy, z czego wyłania się pewien portret patologicznie ukształtowanej osobowości, co pozwala zrozumieć dziwne motywacje i inne obrosłe tajemnicą zachowania byłego prezydenta, wpływające na taki, a nie inny kształt naszej historii najnowszej i doświadczaną teraźniejszość.
Oby więcej takich książek.

Niestety, tysiące miernot i sprostytuowanych „profesorów”  zapełniających nasze, tzw.  „instytucje środowiska naukowe” nie mogły wybaczyć młodemu historykowi tak udanego debiutu. Los jaki spotkał Pawła Zyzaka (zamknięcie mu drzwi do dalszej pracy naukowej i zmuszenie go do podjęcia pierwszej – lepszej pracy fizycznej w hipermarkecie) najdobitniej udowadnia, że miał rację – takie to było „obalenie komuny”. Polska pełna jest ludzi doskonale wykształconych, posiadających odpowiednie kwalifikacje do najwyższych funkcji kierowniczych w państwie (czyli do przynależności do szeroko rozumianej elity), z tym, że nie są oni w stanie (a niekiedy nie mają nawet takich chęci – brzydzi ich to) przepychać się łokciami przez ciżbę Dyzmów, chamów i  innych hochsztaplerów tłoczących się w zdegenerowanych strukturach naszego państwa.

Ale przyjęcie z pokorą tej banicji, na którą został skazany przez nasze szumowiny – zwane „elitami” – Paweł Zyzak, też pokazuje jego klasę – ma swoją godność i jeżeli praca zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami wymagałaby od niego podlizywania się rozmaitym Dyzmom kształtującym nasze „środowiska naukowe”, to woli już prostą fizyczną pracę w markecie.

Do przodu Polsko!!!

.

Liberwig • salon24.pl

Reklama

Możliwość komentowania Za co tak naprawdę zniszczono Pawła Zyzaka? została wyłączona

%d blogerów lubi to: