Wspomnienie o Pani Ani

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Walentynowicz Anna by Maciejewski Kazimierz on 15 kwietnia 2010

ANNA WALENTYNOWICZ –  to nazwisko rozpoznaje dziś  każdy Polak.  Wielu zna jej opozycyjny życiorys.
Dla nas była i pozostanie Panią Anią. Nawet kiedy kazała sobie mowić po imieniu trudno nam było to zmienić.
Nie pozwalał na to nieograniczony wręcz nasz szacunek do niej.

Każdy młody człowiek, który pod koniec lat siedemdziesiątych trafiał do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża szybko stawał się bywalcem w jej skromnym, ale jakże gościnnym mieszkaniu w Gdańsku Wrzeszczu.
Nie przynosiła nam ulotek do kolportowania, nie wyznaczała zadań. Jednak to właśnie tam biegliśmy, kiedy strach budził zwątpienie. To do niej spieszylismy, gdy duma z jakiejś udanej akcji nie mogła powstrzymać potrzeby wypowiedzenia swych emocji. To drzwi jej mieszkania były dla nas otwarte o każdej porze dnia i nocy.
To ona wiedziała doskonale, że ci z pozoru twardzi chłopcy mieszkający często na stancjach, mieli – jak wszyscy –  swój słaby punkt. Ich rodziny były często gdzieś na drugim końcu Polski. Potrafiła bezbłędnie wyczuć  co bolało każdego z nas i kiedy trzeba było słów, wiedziała doskonale jak je znależć. Potrafiła jednak jednym spojrzeniem ocenić,  kiedy słowa nie były tym czego w danym momencie naprawdę brakowało. Wówczas stawiała na stole talerz ciepłej zupy czy pyszne naleśniki,  albo jeszcze lepsze pierogi i wiedziala dobrze, że w tym jednym momencie dawała swoim chłopakom coś najcenniejszego  –  namiastkę rodzinnego ciepła. Bralismy je  „pełnymi garściami”.
Nie zastanawialiśmy się gdzie ona sama znajdowała tak potrzebną siłę. Brała ją ze zródła najcenniejszego,
z głebokiej wiary w Boga. Ta wiara była nie tylko zródłem niespożytej energii, ale również umiłowania prawdy.
Nie znosiła zakłamania i fałszu. To była pierwsza i podstawowa lekcja jaką każdy z nas od niej dostawał.

Jan Karandziej zaczął swoją działalność w Wolnych Związkch właśnie od wizyty w mieszkaniu przy ulicy Grunwaldzkiej. Każdą następną wspomina w ten sam sposób: »Niezależnie co się w  dniu Pani Ani wydarzyło stawała w drzwiach z życzliwym uśmiechem, gotowa wysłuchac i pomóc. „Siadaj Janku“ – mówiła –„dobrze, że przyszedleś . Wypijesz herbatkę ?«

Kiedy po latach losy Janka rzucily go z powrotem do rodzinnej Kudowy, każde odwiedziny, choć rzadsze, pozostały takie same jak przed laty. »Znów ciepło tak dobrze znanych kątów, nieodzowna herbata, najczęściej z jakimś dobrym dodatkiem i te same rozmowy jak przed laty. Kiedy ofiarowała mi piękny album napisała w nim – Na pamiątkę wspólnych zmagań o wolną Polskę“ – po czym dodała szybko – „to nie kres tych zmagań, tyle jeszcze bitew o wolną Polskę “.  „ Kiedy odeszła zacząłem zadawać sobie pytanie – kto teraz podpowie, wesprze, pocieszy ?  Natychmiast zrozumiałem, że przecież odpowiedź dostawaliśmy przez całe lata podczas tych naszych rozmów.
Musimy tylko słyszeć jej słowa.«

Lech Zborowski wspomina: » Spośród wielu historii najbardziej lubię opowiadać  zdarzenie z wielkiego sierpniowego  strajku. Stałem oparty o ścianę w słynnej już dziś sali BHP, przysłuchując się dyskusji coraz liczniej przybywających tam delegatów różnych zakładów. Po prawej stronie od wejścia, pod dużymi oknami stał długi stół, na którym był chleb i różne do niego dodatki. Zabiegana jak zwykle Pani Ania znalazła chwilę przerwy i podeszła do stołu by zrobić sobie kanapkę. Widząc to jakiś delegat stanął obok wyraznie na coś czekając. Za chwilę pojawił sie przy nim inny delegat, potem jeszcze jeden i znów następny.  Po chwili stała tam niemała kolejka . Pani Ania rzuciła na to okiem
i z usmiechem oddała swoją kanapkę pierwszemu w kolejce. Zaraz zrobiła nastepną i nastepną i jeszcze jedną…
Kolejni delegaci odbierali od niej kanapki i nie zawracając sobie głowy dziękowaniem wracali do swoich stołów.
Żaden z nich nie zdawał sobie w tym momencie sprawy z tego, że te kanapki robiła kobieta, z której przyczyny oni wszyscy tam się właśnie znalezli i od, której cały ten strajk się rozpoczął. Pani Ania tymczasem najspokojniej
w świecie obsłużywszy wszystkich chętnych zrobiła kanapkę dla siebie i jakby nigdy nic wróciła do swoich zajęć.
To była właśnie prawdziwa pani Ania. «

Andrzej Runowski  był  częstym gościem  Pani Ani. Czasem żatrobliwie spekulowaliśmy  jakie to smakołyki dostawał do przydziałowej herbaty, że tak lubił te wizyty. Nawet kiedy los rzucił go za granicę, wracał często
pod tak znajomy adres.

Dzisiaj z wielkim smutkiem mówi:  »Tak trudno to zrozumieć. Jeszcze miesiąc temu siedzieliśmy na przeciwko siebie rozmawiając tak jakby czas wcale nie mijał. Wspominaliśmy jak zwykle dawne czasy, ale przede wszystkim rozmawialiśmy o planach na następne dni.  To własnie było tak charakterystyczne dla naszej Pani Ani.
Nie miało znaczenia czy działo się to trzydzieści lat temu czy dzisiaj, kiedy miała już osiemdziesiąt lat, jej kalendarz na najbliższą przyszłość był ciągle wypełniony. Lista spraw do załatwienia nigdy nie malała. Ostatnio żyła sprawą tablicy dla braci Kowalczykow. Cieszyła się niezmiernie kiedy wreszcie przyszła na nią zgoda.
To nieprawdopodobne, że ja bedąc o trzydzieści lat młodszy wychodziłem od niej naładowany energią i chęcią działania.«

Droga każdego młodego człowieka trafiającego do trójmiejskich WZZtów musiała prędzej czy pózniej prowadzić
do mieszkania Pani Ani.  Andrzej Butkiewicz, Andrzej Bulc, Andrzej Kolodziej, Mietek Klamrowski, Tomek Wojdakowski i wielu, wielu innych, wszyscy znalezli tam pomoc i radę. Każdy z nich wracał tam chętnie, nawet
po wielu latach.

Liderzy Wolnych Zwiazkow  i najserdeczniejsi  przyjaciele Pani Ani, Joanna i Andrzej Gwiazdowie wspominając pierwsze spotkanie Pani Ani pisali:  „Anna Walentynowicz – pracowitość, obowiązkowość, niezłomne zasady.
Kiedy przyszła do wzz-ów, wiedzieliśmy, że wygraliśmy wojnę propagandową.  Anna to była firma…
” Dodają też:   „ …z najbardziej zdumiewających cech Ani była umiejętność wygłaszania przemówień i pisania tekstów. Mimo braku formalnego wykształcenia, miała swój niepowtarzalny styl i nie przejmując się zasadami budowy zdań i interpunkcji, precyzyjnie wyrażała myśli.  ”

Krzysztof Wyszkowski opowiada:  „Odwiedziłem Annę tuż przed Jej wyjazdem do Warszawy. Martwiła się o Polskę. Namawiała do aktywności, chciała wspomagać obronę Polski przed nową Targowicą.  Dlatego podjęła trud pielgrzymki do Smoleńska. Tam jej dusza opuściła bardzo zmęczone ciało. Bohaterka dołączyła do bohaterów.”
Krzysztof dodaje: „Anna zginęła tak, jak żyła – wypełniała posłannictwo polskiej patriotki do końca.
Chwlebna smierć  podczas chołdu ofiarom sowieckiego ludobójstwa. Czy odmówiłaby takiej ofiary z życia
gdyby miała ona przysporzyć chwały grobom katyńskim? Myśle, że nie i mam poczucie,
że teraz Pani Ania z wysoka, jak zawsze wymagająca, będzie nas napominać do wierności naszej służbie.”

Dziękujemy Ci Anno, ześ dołączyła do Wolnych Związków Zawodowych i że mieliśmy zaszczyt
być Twoimi przyjaciółmi.

Wdzięczni przyjaciele z jakże niezwykłych i ciekawych czasów opozycyjnych zmagań.

Reklama

Możliwość komentowania Wspomnienie o Pani Ani została wyłączona

%d blogerów lubi to: