Domaganie się prawdy nie jest antyrosyjskie

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 26 kwietnia 2010

Z prof. Romualdem Szeremietiewem, wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, wykładowcą Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, rozmawia Jacek Dytkowski

Gdyby miał Pan możliwość zadania pytań prowadzącym śledztwo w sprawie katastrofy prezydenckiego samolotu, o co by Pan dopytywał?
– W miarę upływu czasu pytań jest więcej, a nie mniej. To bardzo niepokojące. Katastrofa prezydenckiego samolotu jest przecież wydarzeniem bez precedensu. Polska otrzymała ciężki cios, a opinia publiczna coraz mniej wie na ten temat. Jedna kwestia dotyczy przebiegu zdarzenia, a więc wypadku i oceny sytuacji na lotnisku, które przyjmowało ten samolot. W tej kwestii rzeczywiście trzeba współpracować z Rosjanami. Natomiast druga okoliczność, którą może ustalić strona polska bez konieczności badania i współpracy z Rosjanami, to kwestia, w jaki sposób została zorganizowana wyprawa do Smoleńska w Polsce. Słyszałem już oskarżenia tego typu, że to Kancelaria Prezydenta tym się zajmowała. Wniosek z tego miałby płynąć taki, że skoro tak było, a oni zginęli, „to nie ma o czym mówić”. Tymczasem zapomina się o tym, że wykonywała lot jednostka, która podlegała Bogdanowi Klichowi, ministrowi obrony narodowej. Ponadto ten samolot miał bardzo wyraźne zadania do wykonania, mianowicie odpowiadał za transport najważniejszych osób w kraju. Oznacza to, że ta tragedia ma skutki znacznie dalej idące, jeśli chodzi
o bezpieczeństwo, funkcjonowanie i prestiż państwa, niż – przepraszam, że tak powiem – normalna katastrofa lotnicza, gdzie giną przypadkowi pasażerowie samolotu. To była specjalna misja i w Polsce zlecono jej realizowanie
i ochronę właśnie MON.

Z wiadomym skutkiem…
– Na ministrze obrony narodowej ciąży odpowiedzialność, aby ta jednostka funkcjonowała w sposób właściwy,
loty odbywały się całkowicie bezpiecznie, piloci zostali należycie przeszkoleni oraz by był zapewniony odpowiedni sprzęt. Tymczasem wszystkie te elementy były, najdelikatniej mówiąc, nieodpowiednie. Można tu jeszcze dyskutować,
na ile zawinił obecny minister, a w jakim stopniu jego poprzednicy. Dlaczego nie kupiono nowych samolotów,
dlaczego piloci z doświadczeniem podawali się do dymisji, rezygnowali z pracy itd.?

Wcześniejsza delegacja z premierem Donaldem Tuskiem była dobrze przygotowana…
– Naturalnie, ale proszę pamiętać, że strona rosyjska przyjmowała ją jako delegację oficjalną. W związku z tym
o bezpieczeństwo na lotnisku zadbały służby rosyjskie. Przylatywał Władimir Putin, premier Rosji, więc nie sądzę,
żeby tam w tak lekkomyślny sposób traktowano podróże najwyższych urzędników państwowych, jak to się stało
w przypadku polskim. Te przygotowania nie odbyły się w odniesieniu do lotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim, ponieważ Rosjanie traktowali go jako wizytę prywatną.

Czyli część odpowiedzialności spada na MON?
– Absolutnie. Uważam, że tutaj nie ma dyskusji. Należy zbadać, jak minister i podległe mu jednostki wykonali swoje zadanie. Przypominam, że w jego dyspozycji są służby tajne, które odpowiadają m.in. za ochronę naszych żołnierzy – a byli oni na pokładzie razem ze zwierzchnikiem sił zbrojnych – również poza granicami kraju.

Jakie minister Klich miał możliwości zapewnienia bezpieczeństwa?
– Jeżeli minister chciał właściwie wykonać swoje obowiązki i wiedział, że taki lot jest planowany,
a lotnisko, na którym ma wylądować delegacja polska z prezydentem na czele, nie jest najwyższej jakości portem lotniczym, to należało wcześniej wysłać odpowiednią ekipę ludzi, którzy sprawdziliby, jakie są warunki na miejscu. Chodzi przecież o bezpieczeństwo państwa – czyli rzecz najważniejszą. Co więcej, sądzę, że strona rosyjska nie przeszkadzałaby w tym zakresie, a nasi specjaliści powinni być obecni przy obsłudze lotniska, kiedy samolot lądował. Natomiast my nawet nie wiemy, czy ambasador czekał tam na prezydenta! Kto w ogóle na niego czekał? Kiedy dowiedzieliśmy się, że nastąpiła katastrofa? Teraz na przykład okazuje się, że inny był termin tego zdarzenia,
niż wcześniej podawano. Są to problemy wskazujące na to, iż mamy do czynienia z co najmniej lekkomyślnym bałaganem. Nie ulega dla mnie jednak wątpliwości, że jest to skandaliczne zaniedbanie obowiązków. I teraz pytanie jest takie: czy premier Donald Tusk jest w stanie podjąć działania, zbadać i wyjaśnić tę sprawę opinii publicznej, czy też nie.

W 2008 r. rozbił się samolot CASA z oficerami lotnictwa na pokładzie…
– Po tym wypadku minister Klich powiedział, że zmiany już nastąpiły i teraz wszystko jest w porządku. Procedury są zachowane, przestrzegane. Nawet sugerował, że MON jest gotowe udzielić tych rozwiązań innym resortom. Tymczasem katastrofa samolotu z prezydentem świadczy o nieodpowiedzialności ministra. To przekroczyło wszystkie możliwe standardy i granice dopuszczalności. Nie może tak postępować ważny urzędnik
w państwie.

Jak Pan ocenia niepodjęcie starań o przejęcie śledztwa w sprawie katastrofy?
– Niebezpieczne jest, że władze polskie nie odgrywają aktywnej roli w tym śledztwie. Wyraźnie godzą się na to,
co robią Rosjanie, i mam wrażenie, że dają sobie wmówić wszystkie argumenty, które są po stronie rosyjskiej,
żeby nie podejmować tutaj żadnych działań. Dochodzi do sytuacji, że domaganie się prawdy na temat rzeczywistych przyczyn katastrofy niekiedy jest traktowane jako próba nawoływania do waśni i skłócenia z Rosjanami.
A przecież nie ma to z tym nic wspólnego. Wiadomo, że odpowiedzialni mogą być także po stronie rosyjskiej.
A jeżeli naprowadzanie samolotu było wadliwe, urządzenia sygnalizacyjne informujące o lotnisku były
w fatalnym stanie i jeśli miało to wpływ na przebieg katastrofy – wtedy należy to ustalać czy też nie?
I kto ma zbadać tę sprawę? Przecież wiemy, że sugestia, iż winny jest pilot, pojawiła się ze strony rosyjskiej
zaraz po katastrofie. Było to później powtarzane przez wszystkie agencje prasowe.

.
Jacek Dytkowski • Nasz Dziennik
wyślij znajomemu

Możliwość komentowania Domaganie się prawdy nie jest antyrosyjskie została wyłączona

%d blogerów lubi to: