ŻĄDZA WŁADZY ICH UPODLIŁA

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 29 kwietnia 2010

„Trzeba w końcu zacząć budować państwo. Mam nadzieję, że ludzie zrozumieli wreszcie, jak ważna jest funkcja prezydenta”. Z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem, rozmawia Rafał Kotomski („Gazeta Polska”).


Kilka dni po tragedii smoleńskiej wykrzyczał pan niejako swój ból, zwracając się słowami „gardzę wami” do tych wszystkich, którzy obrażali i poniżali Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oczywiście pojawiły się od razu zarzuty, że to koniec żałoby, polityczna wojna itd. Tymczasem perspektywa,
z której pisał pan swój tekst, była zupełnie inna, prawda?

To była perspektywa człowieka, który znał Prezydenta i wiele osób lecących tym samolotem. Napisałem te słowa również z pozycji kogoś, kto był uważnym obserwatorem tego, co się działo. Uważam, że w Polsce następował proces niespotykany w żadnym cywilizowanym kraju. A moim obowiązkiem wobec Prezydenta było powiedzenie tego głośno i publicznie. Nie chciałem czekać miesiąc czy dwa, aż zmieni się nastrój. Zupełnie świadomie usiłowałem opisać na żywo moje odczucia. Nie odnosiłem się zresztą wyłącznie do polityków, ale także dziennikarzy i części obywateli. Racje polityczne mogą być wyrażane nawet w ostry sposób, który ujawnia oczywiste podziały.
Ale tu nie mieliśmy do czynienia z polityką, lecz z tzw. postpolityką, a tak naprawdę politycznym chuligaństwem.

Polityk nie mógłby chyba pozwolić sobie na szczere i mocne słowa pogardy wobec tych,
którzy ją uprawiali.

Pewnie tak, bo myśli o koalicjach i kompromisach. Nie wspominając już o tym, że wielu polityków dało się wciągnąć w tzw. kicz pojednania. Ale ja na szczęście nie jestem politykiem.

Wciąż zastanawiam się, jak mogło do tego wszystkiego dojść? Jak mogliśmy dopuścić do takiego traktowania Prezydenta?
Potężnym siłom społecznym było to na rękę. Zaczęło się od mediów, które w Polsce są bardzo uwikłane politycznie.

W dodatku te najbardziej uwikłane politycznie uchodzą za niezależne i apolityczne…
No właśnie, a stoi za nimi nie tylko polityka partyjna, ale również potężne interesy. Na obrażanie Prezydenta istniało przyzwolenie. Sytuacja była niesłychanie dziwna. Mamy premiera rządu, który wcześniej przegrał wybory prezydenckie, mimo że był faworytem. Swoją porażkę przyjął niezwykle ambicjonalnie, a po wygranych w 2007 r. wyborach parlamentarnych nawet czołowi politycy PO mówili, że nic się nie będzie działo, a wszystko zostanie podporządkowane zdobyciu prezydentury. Pan premier pełnił swoją funkcję w sposób połowiczny, tylko tam, gdzie musiał. Potem w nagłym zwrocie wycofał się z ubiegania o prezydenturę. Ale nie odłożył na bok narzędzia politycznego, którego używano. Myślę o Palikocie i wszystkim, co on symbolizuje. Do tego doszła cała popkultura
i wyjałowienie życia intelektualnego i duchowego. Pseudoeuropeizacja polegająca na epatowaniu kulturowymi odpadami. Wreszcie kolejna potężna siła to tzw. autorytety – np. znani aktorzy czy reżyserzy, którzy albo milczeli, albo dokładali swoje.

Nakręciła się cała machina z udziałem polityków, dziennikarzy, aktorów. Było w dobrym tonie
i
trendy wyśmiewać się z Lecha Kaczyńskiego. I dowodzić, jak bardzo jest „obciachowy”
razem ze swoim bratem Jarosławem.

Działo się to zupełnie bez świadomości, jak bardzo uderza to w wielu Polaków i ich rani. Warto uzmysłowić sobie,
że w tym procesie ważny udział miały potężne interesy zagraniczne. W Polsce to jest często lekceważone
i niezauważane. A moim zdaniem kształtuje coraz bardziej polską rzeczywistość.

Sądzi pan, że więcej w tym premedytacji i agentury czy nieświadomego działania?
I jedno, i drugie. Kształtuje się pewien obraz, a w przypadku polityków niewygodnych przyczernia się go.
Tu zachodzi sprzężenie zwrotne. Dziennikarze zagraniczni, którzy nie znają sytuacji w Polsce, ale nie lubią jakichś naszych cech dają temu wyraz i piszą niechętne teksty pod wpływem swoich polskich znajomych i mediów polskich. Potem wracają one do kraju w formie cytatów w opiniotwórczych mediach i obieg się zamyka. Jak istotne są to siły, widać dzisiaj nawet po pytaniach zachodnich dziennikarzy, w których główną obawą jest, czy Bronisław Komorowski wygra wybory prezydenckie. Przyznam, że nie rozumiem jednej rzeczy. Potrafimy racjonalnie patrzeć np. na sytuację Ukrainy. Postrzegamy ją jako kraj rozdarty między Wschodem i Zachodem. A nie jesteśmy w stanie zrozumieć, że Polska stabilna i zachodnia to jest tylko miraż. Rzeczywistość w moim przekonaniu jest taka, że Polska jest bardziej podobna do Ukrainy niż Francji.

A wielu polityków, patrząc choćby na ich zachowania po tragedii smoleńskiej, nie traktuje Polski jak kraju prawdziwie niepodległego i łatwo ulega obcym wpływom.
Oczywiście to jest miękki wpływ, a nie działania gwałtowne czy bezpośrednia ingerencja.

Panie profesorze, czy obrażanie i szydzenie z Prezydenta Lecha Kaczyńskiego przy otwartej kurtynie nie raniło czasem tylko tych Polaków, którzy stali w niekończących się kolejkach na Krakowskim Przedmieściu i jechali wiele godzin na pogrzeb w Krakowie?
Musimy sobie zdawać sprawę, że te tłumy to jednak nie była większość Polaków. A motywacje były bardzo różne. Sądzę, że przeważali jednak ci, którzy czuli się zranieni i zrozpaczeni. Byli też tacy, którzy coś zrozumieli i wstydzili się za to, co mówili wcześniej. Dowodem są kartki z przeprosinami, które pojawiły się przy zapalonych zniczach.
Dla wielu Polaków to była też lekcja, jak działają media. Obraz przecież zmienił się o 180 stopni! Nagle okazało się, że nawet te same zdjęcia pary prezydenckiej można zupełnie inaczej zinterpretować, a pewne cechy przedstawić jako pozytywne. Każdy, kto myśli, musiał to zauważyć.

Wicemarszałek Sejmu z PO niemal płakał przez telefon. Ten sam, który wcześniej twierdził,
że Prezydent powinien „zniknąć z polityki”.

Politycy SLD są zupełnie nie z mojej bajki, muszę jednak przyznać, że oprócz posłanki Senyszyn i – czasami – posła Wenderlicha oni nie posuwali się do tego typu metod walki propagandowej jak Niesiołowski, Komorowski i Tusk. Dość przypomnieć słowa: „jaka wizyta, taki zamach”, „wyginiecie jak dinozaury” czy „sezon na kaczki”. Takich wypowiedzi są setki. Stosowano je z pełną świadomością. Było to nakręcane i wszyscy się cieszyli, że jest skuteczne. Zastanawiam się, jaka musi być żądza władzy, żeby się tak bardzo upodlić.
.

Rafał Kotomski • Gazeta Polska

Całość wywiadu w tygodniku Gazeta Polska

wyślij znajomemu

Możliwość komentowania ŻĄDZA WŁADZY ICH UPODLIŁA została wyłączona

%d blogerów lubi to: