Młodzi zdalnie sterowani

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 6 stycznia 2011

Rząd Donalda Tuska zdaje sobie sprawę, że wychowanie i edukacja to doskonałe narzędzia celowego i świadomego sterowania społecznego. W tym obszarze wykazuje się wyjątkową wręcz aktywnością i uporem. Trzy jego ustawy: o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, o kolejnej reformie szkolnictwa oraz o nauce i szkołach wyższych obejmują swoim zakresem ten etap życia człowieka, w którym kształtuje się jego społeczna osobowość.
Stare porzekadło mówi, że rozum jest rzeczą najsprawiedliwiej podzieloną między ludźmi, bo nikt się nie skarży, że ma go za mało. Zauważenie u siebie jakichś deficytów intelektualnych jest też chyba ostatnią rzeczą, która przychodzi do głowy współczesnym Polakom. Pycha i samozadowolenie z własnego wyposażenia umysłowego rozpierają zwłaszcza młodych, wykształconych mieszkańców wielkich miast. Sądzą oni, że wykształcenie jest czymś, co otrzymali w pakiecie z młodością, modnym strojem, chodzeniem do kin i galerii handlowych, głosowaniem na Platformę Obywatelską oraz ukończeniem jakiejś szkoły półwyższej na fali boomu oświatowego. Wiedza stała się przeżytkiem, od kiedy istnieje Wikipedia. Co należy myśleć i mówić na dany temat, dyktuje im codziennie poranna gazeta. Wieczorem utrwala to „Szkło kontaktowe”. Dla ambitnych, którzy chcą błyszczeć, jest jeszcze jakiś cotygodniowy „Niezbędnik Inteligenta” lub „Wysokie Obcasy”. Przy tym wszystkim najtrudniejsze i najrzadsze w Polsce jest spotkanie człowieka prawdziwie inteligentnego. Pół biedy jeszcze, jeśli ma się grono przyjaciół, z którymi można normalnie porozmawiać, jakąś własną wieżę z kości słoniowej. Ale poza tymi enklawami jedną z największych uciążliwości codziennego życia jest konieczność funkcjonowania w społeczeństwie zadowolonych z siebie idiotów, wśród których – jak wynika z badań – wraz ze wzrostem poziomu formalnego wykształcenia, spada czytelnictwo.
Najciekawszą cechą okresów przełomowych w naszej najnowszej historii, która niestety mało interesuje historyków, jest wpływ, jaki ważne wydarzenia wywierają na życie umysłowe Narodu. Przełomowe lata 1979-1981 oraz następstwa kulturalne roku 1989 wykazują pod tym względem uderzającą różnicę.
Powstaniu pierwszej „Solidarności” towarzyszyło niezwykłe ożywienie kulturalne obejmujące wszystkie środowiska społeczne i zawodowe. Biura NZS i „Solidarności” były wówczas ośrodkami szerokiego kolportażu niezależnej prasy i wydawnictw. Społeczeństwo wychowane w warunkach komunistycznej propagandy startowało z niewysokiego poziomu orientacji, ale tym gorliwiej uzupełniało białe plamy w swojej wiedzy historycznej, poznawało dorobek kulturalny powojennej emigracji i szukało kontaktu ze swoją prawdziwą intelektualną czołówką. Organizowano cykle mniej lub bardziej nielegalnych wykładów dla studentów, robotników i wszystkich zainteresowanych, którzy przychodzili tłumnie. W stanie wojennym Kościół przygarnął artystów. Dobre książki kupowało się spod lady lub na giełdzie, gdzie osiągały wysokie ceny, zaś najtrudniej dostępne pożyczano sobie na noc.

Europejskość z supermarketu
Po roku 1989 ktoś wymyślił jednak, że mamy przełom podobny jak w roku 1918, powinniśmy więc „zrzucić z ramion płaszcz Konrada”, to znaczy całą polską historię i tradycję odesłać do lamusa, a zająć się tylko „wchodzeniem do Europy”. Początkowo jeszcze próbowano poprawiać PRL-owskie podręczniki szkolne w duchu uzupełniania białych plam i krzewienia rzetelnej wiedzy; wkrótce jednak w szkole III RP górę wzięła dydaktyczna komercja. Początkowo też liberalni intelektualiści z Unii Demokratycznej próbowali odcinać kupony od swoich opozycyjnych zasług, przez co niektórzy z nich awansowali przejściowo do roli telewizyjnych gwiazd. Rychło jednak okazało się, że na większą skalę skuteczniejsza od salonowego stylu bycia prezentowanego przez Unię Demokratyczną jest pop-kulturowa europeizacja propagowana przez nowe media komercyjne.
Nowoczesność i mityczną europejskość sprowadzały one do kultu wygody i rozrywki, przez co osławiony proces modernizacji polskiego społeczeństwa stał się w istocie procesem jego makdonaldyzacji (w rozumieniu George´a Ritzera). Na kulturę osłabioną i zatrutą półwieczem komunizmu nałożyła się w ten sposób fala obyczajowego importu i prymitywnej imitacji najgorszych wytworów cywilizacji zachodniej: konsumpcjonizmu, poprawności politycznej, muzyki pop i związanych z nią subkultur młodzieżowych. Stara inteligencja liberalna, która była wobec tych zjawisk nie dość krytyczna, a nawet akceptowała je jako przejawy ducha czasu, doczekała się rychło usunięcia na margines. Potoczne wyobrażenia o Zachodzie i nowoczesności zaczął niepodzielnie kształtować supermarket, jako jedyna część ogromnego dorobku cywilizacji zachodniej znana w praktyce większości polskiej młodzieży.
W procesie transformacji ustrojowej społeczeństwo polskie dało się więc wpędzić w pułapkę.

Zgubne skutki pragmatyzmu
Pułapką tą jest utożsamienie nowoczesności ze stylem życia propagowanym przez reklamy telewizyjne: życia ograniczonego do zarabiania pieniędzy i oddawania się rozrywkom. Entuzjastyczne przyjęcie tak prymitywnego, radykalnie zredukowanego wzorca nowoczesności w konsekwencji skazało Polskę na proces postępującej degradacji kulturowej. Skoro człowieka nowoczesnego rozpoznajemy tylko poprzez jego sukces zawodowy i rozrywki, którym się oddaje po pracy, to znaczy, że wszystko, co nie jest biznesem lub zabawą – lub co pracy i zabawie nie służy – jest „nienowoczesne”.
Czytanie książek jest więc nienowoczesne, chyba że robimy to dla rozrywki. Myślenie jest nienowoczesne, chyba że służy ono naszej firmie. Zajmowanie się sprawami publicznymi jest nienowoczesne, chyba że jest drogą do stanowisk i związanych z nimi apanaży. Chodzenie do teatru, galerii czy filharmonii jest nienowoczesne, chyba że służy temu, żeby „się pokazać”. Natomiast chodzenie do kościoła jest nienowoczesne w każdym wypadku. Podobnie jak nienowoczesne jest każde bezinteresowne dążenie, na czele z dążeniem do poznania świata i drugiego człowieka. Jest rzeczą jasną, że społeczeństwo wyznające taką filozofię w krótkim czasie popada w intelektualny uwiąd, a następnie daje się zdystansować przez konkurencję.
I to właśnie obserwujemy. Proszę porównać zawartość informacyjną „Die Welt” z zawartością naszych czołowych dzienników. Proszę zwrócić uwagę na niszowy charakter naszych pism intelektualnych i ich mikroskopijne nakłady. Większość poważnych problemów politycznych i społecznych nie jest u nas „medialna”, bo w mediach głównego nurtu króluje wyłącznie pokupna sensacja i polityczny PR. A już sprawy polityki w zakresie oświaty, kultury narodowej czy szkolnictwa wyższego są na szarym końcu naszych zainteresowań.
Owszem, Polacy szanują wykształcenie – zwłaszcza u tych, którym daje ono pieniądze lub prestiż. Ale dla wiedzy nie widzą żadnego zastosowania, poza zastosowaniem przyziemnie pragmatycznym, w ramach wykonywanego zawodu. Toteż większość naszych rodaków nie interesuje się niczym poza swoją pracą i rozrywką. Dlatego tak łatwo jest nimi manipulować w kwestiach, których nie znają z codziennego doświadczenia, w tym w sprawach politycznych. Dlatego z tak dziecinną naiwnością przyjmują wszelkie modne ideologie. Dlatego w sztuce nie odróżniają arcydzieła od kiczu, oryginału od podróbki, a w tzw. życiu kulturalnym, na fali owczego pędu do cudzoziemszczyzny, wszelkie naśladownictwo z zasady cenią wyżej niż rzeczywistą oryginalność.
Niemiecki filozof Immanuel Kant zdefiniował w XVIII wieku oświecenie jako wyzwolenie człowieka z zawinionej przez niego samego niepełnoletniości umysłowej i porównał je do przejścia od stanu dziecięcej naiwności – do wiedzy i umiejętności kierowania sobą człowieka pełnoletniego. Pod tym względem Polacy cierpią na głęboką i zawinioną przez siebie niepełnoletność. Nie są tego świadomi, bo zasadą systemu, który większość z nich entuzjastycznie popiera, jest utrzymywanie ich w stanie umysłowej niesamodzielności. A kolejne jego reformy mają tę cechę, że coraz bardziej starają się zamieniać ludzi dorosłych w dzieci.

Edukacja wtłacza w system
O ile dorośli sami kierują swoim postępowaniem, o tyle życie dzieci kierowane jest z zewnątrz. Z tego punktu widzenia można więc zauważyć, że współczesne objawy regresu kultury i degradacji życia umysłowego mogą być nie tylko skutkiem procesów, nad którymi nikt nie ma kontroli, ale także narzędziem celowego i świadomego sterowania społecznego.
Uważa się powszechnie, że problemy kultury i oświaty z politycznego punktu widzenia nie są zbyt interesujące, bo ze swej istoty są to sprawy, które interesują wąskie środowisko fachowców i nauczycieli. Postać rzeczy zmienia się jednak, jeśli założyć, że kultura i oświata interesują także – a dziś może i przede wszystkim – inżynierów społecznych.
W tym kontekście jest na przykład rzeczą bardzo znamienną, że rząd Donalda Tuska, który na ogół nie słynie z pracowitości i konsekwencji, w dziedzinie oświaty i wychowania wykazuje się wyjątkową wręcz aktywnością i uporem. Trzy jego ustawy: „o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie”, o kolejnej reformie szkolnictwa oraz o nauce i szkołach wyższych (która to ustawa zostanie zapewne uchwalona w najbliższych tygodniach), obejmują swoim zakresem ten etap życia człowieka, w którym kształtuje się jego społeczna osobowość – od urodzenia do końca studiów. Zgodnie z treścią tych ustaw, poprzez poddanie życia rodzinnego kontroli administracyjnej, nacisk na możliwie jak najszybsze rozpoczynanie edukacji szkolnej przez dzieci, przy jednoczesnym ograniczeniu zakresu przekazywanej w szkole wiedzy, zwłaszcza humanistycznej, wreszcie poprzez praktyczne zniesienie autonomii uniwersytetów rząd i stojące za nim grupy interesów starają się przejąć pełną kontrolę nad rozwojem młodzieży. Robią tym samym walny krok w stronę wpisania oświaty i szkolnictwa wyższego w całość współczesnego mechanizmu prania mózgów, obejmującego poza tym dziedzinę mediów i rozrywki.
Jeśli założenia zawarte w tych ustawach zostaną wprowadzone w życie, w Polsce może powstać system zdalnego sterowania społecznego tak sprawny i skuteczny, że środki i struktury, jakimi w tym zakresie posługiwali się komuniści, wydadzą się w porównaniu z nim eksponatami muzealnymi. Nazywanie akcji metodycznego obniżania poziomu intelektualnego społeczeństwa reformą oświaty jest przy tym wyrazem szczególnej bezczelności. Wpajanie zaś współczesnym i przyszłym produktom tego procesu – absolwentom zreformowanych szkół – wiary w ich wysoki status kulturalny zakrawa na szyderstwo.
Czy zatem frustrujący stan obecny i apokaliptyczne perspektywy rysujące się przed kulturą polską na horyzoncie wszystkich tych procesów i reform muszą się spełnić? Sądzę, że nie i że – jak zwykle – obserwacja rzeczywistości pozostawia pewien obszar nadziei na przyszłość. Po pierwsze, nie wszyscy Polacy zachłysnęli się bezmyślną konsumpcją i z pewnością nie jest to stan, który musi trwać u nich wiecznie, przynajmniej w tej skali. Po drugie, bardzo wiele zależy tu od aktywności tej części z nas, która nie podziela iluzji związanych z makdonaldyzacją społeczeństwa i nie zamierza zapominać w praktyce o nieutylitarnych wartościach dostępnych człowiekowi. Wiadomo, że aktywność ta powinna być ukierunkowana w pierwszym rzędzie na siebie i wychowanie własnych dzieci. Ale nie może się tylko do tego ograniczać. Liczne grupy interesu zdają się dziś dążyć do tego, by z jednoczesnego ogłupiania mas i schlebiania masom uczynić dla siebie narzędzie wiecznego panowania politycznego. Dlatego, po trzecie, aktywność ludzi rozumiejących zagrożenia stojące dziś przed społeczeństwem powinna się skierować ku politycznej obronie rzetelnej edukacji i ku tworzeniu na forum publicznym rzeczywistych warunków do rozwoju kultury godnej tego miana.

Prof. Andrzej Waśko • NASZ DZIENNIK

Możliwość komentowania Młodzi zdalnie sterowani została wyłączona

%d blogerów lubi to: