Dwie twarze Bogdana Borusewicza

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Zborowski Lech by Maciejewski Kazimierz on 16 stycznia 2011

Popularne powiedzenie mówi, że polityka rządzi się szczególnymi prawami.  To bliżej nie sprecyzowane stwierdzenie powstało niewątpliwie za sprawą i na użytek polityków, którzy dla takich czy innych politycznych celów, naciągają od dawna wszelkie normy zachowania i moralne wartości. W naszej krajowej rzeczywistości to zjawisko przeszło prawdziwą ewolucję i posunęło ohydę niektórych zachowań do – jak by się mogło wydawać – nieprzekraczalnych granic. Zachowanie krajowych polityków doprowadziło do sytuacji , w której porównanie wielu z nich do prostytutki stało się obrazą tej ostatniej.

Wydawać by się mogło, że podłość niektórych zachowań sięgnęła dna i poniżej zejść już nie można. Tymczasem cudu tego dokonał właśnie Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Mój dawny kolega z czasów działalności w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża potrafił przesunąć granicę łajdactwa dalej niż jego polityczny idol Wałęsa.
Rzecz w tym, że TW Bolek zdołał już zarezerwować sobie stałe miejsce w szambie historycznego łobuzerstwa, a Pan Marszałek ciągle jeszcze wydaje się mieć nadzieję na pozostawienie po sobie dobrego wrażenia. Przyznam szczerze, że ja sam miałem jeszcze niedawno nadzieję, że mu się to uda. Niestety Bogdan Borusewicz postanowił zabijać systematycznie każdą pamięć dobrych uczynków wystąpieniami, które – mówiąc najdelikatniej – są wyrazem chamstwa i braku jakiegokolwiek wyczucia.

Będąc jednym z najgorszych mówców w gronie i tak ubogiej pod tym względem krajowej politycznej elity, zapomniał wyraźnie o mądrej dewizie, że milczenie bywa złotem. Tak więc pędzi z zapałem wszędzie tam gdzie widzi jakiś przyjazny mikrofon i natychmiast zaczyna perorować. Z chwilą zajęcia fotela marszałka senatu nabrał pychy podobnej do tej prezentowanej przed laty przez komunistycznych bonzów z PZPR. Ta cecha zupełnie wyparła obowiązek przygotowania się do większości zagranicznych wyjazdów. Pan Marszałek kompromitował nas więc przez ostatnie lata na niemal wszystkich kontynentach. Wystarczy przypomnieć skandalicznie żałosne wystąpienia
w Australii, Kanadzie czy pośród rodaków na dalekiej Syberii, których zdołał obrazić w każdy możliwy sposób.
To wszystko można jednak jakoś przeżyć bo Polonia nie raz już pokazała, że potrafi być więcej niż wyrozumiała. Inaczej ma się jednak sprawa jego krajowych wystąpień. Te są już zupełnie czym innym niż wynikiem zwykłego lekceważenia ich potencjalnych odbiorców. Są wykalkulowanym elementem brudnej propagandy i napaści na ludzi, przy których moralny kręgosłup pana marszałka wydaje się być wyjątkowo giętki.

Bogdan Borusewicz udał się właśnie do Radia Gdańsk gdzie dojrzał ukochany mikrofon i postanowił natychmiast uraczyć nas kolejnymi wynurzeniami. Tym razem zastępując etatowych opluwaczy przyjął rolę przysłowiowego złego psa ogrodnika. W roli tej wypada żałośnie i można by nawet znaleźć dla niego odrobinę politowania gdyby nie podłość jego szczekania.

Postanowił on tonem autorytetu ogłosić, że winnym katastrofy smoleńskiej jest ś.p. Prezydent Lech Kaczyński. Będąc z natury zagorzałym zwolennikiem wolności wypowiedzi pomyślałem w pierwszym odruchu, że ma święte prawo do swojej opinii. W tym przekonaniu postanowiłem przyjrzeć się argumentacji pana marszałka. I tu oczywiście nie mogło być zaskoczenia. Jak zwykle nie zadał on sobie nawet trudu by takie argumenty przygotować. Winę ś.p. Lecha Kaczyńskiego przesądzać ma iście „ filozoficzna” myśl.

Borusewicz stwierdza: „Prezydent nie podjął decyzji. To jakiej decyzji nie podjął ? Trzeba to konfrontować z tym, co się stało”. Nie ma sensu wchodzić w dyskusję z tym idiotycznym wyznaniem gdyż nie sądzę by sam Marszałek wiedział co ono ma znaczyć. Jednak nie głupota tego stwierdzenia jest w tym przypadku najbardziej ohydna. Najgorsze w zachowaniu Borusewicza jest to, że taki bełkot ma jego zdaniem wystarczyć by nawoływac do ukarania winnych, których marszałek – wyrocznia wskazuje w dalszej części wypowiedzi, mówiąc, że „należy rozliczyć pracowników Kancelarii Prezydenta Kaczyńskiego za to jak zorganizowano lot.

Ta chęć podpalania stosów jest tym bardziej obrzydliwa, że jako marszałek wie on doskonale, że za przygotowanie tego lotu odpowiada biuro premiera, a nie kancelaria prezydenta. Przy tym jest to tylko jeden mały element całej tej sprawy. Jak już wspomniałem wchodzenie w szczegółową dyskusję z wynurzeniami marszałka nie ma sensu gdyż moim zdaniem nie ma w jego działaniu przypadku czy pomyłki. Wypełnia on wyraźnie swoje ohydne zadanie poparcia sowieckich kłamstw i nie ma znaczenia czy dzieje się tak z jego własnej woli czy jest to zachowanie w jakikolwiek sposób wymuszone.

Warto natomiast zauważyć, że przez cały czas od katastrofy nie znalazł on w sobie odrobiny odwagi by z równym zapałem jak opluwanie zmarłych, domagać się od rządu obrony polskiej racji stanu i tym samym całej i nieskażonej prawdy o katastrofie. Wystarczyło aby sowieci wydali przepełnione kłamstwami oświadczenie, aby pan marszałek rzucił się z pasją by nie tylko ten bezwartościowy „dokument ” poprzeć swym wątpliwym już autorytetem, ale co gorsze deptać pamięć tych, którym winien jest prawdę. Jeśli nie ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości to z racji urzędu, którym go obdarzono.

Każdy kto zadał sobie trud zapoznania się z faktami jak również sowieckim raportem wie jak absurdalne są wypowiedzi Bogdana Borusewicza. Szkoda czasu na przytaczanie faktów, z którymi marszałek całkowicie się rozmija. Wolę raczej zwrócić uwagę na to, że zdecydował się on na atakowanie ofiar katastrofy w momencie, kiedy nikt zdrowo myślący nie może przyjąć działań i wniosków sowietów za wiarygodne. Nawet premier Tusk uciekając dziś od odpowiedzialności za cała tę sytuację odcina się publicznie od sowieckich oświadczeń.

Co więc nakazuje marszałkowi plugawić imię ś.p. Prezydenta i jego pracowników? Mam swoją teorię, ale nie ma ona w tym momencie większego znaczenia. To co ma znaczenie to fakt, że chęć bycia ekspertem od spraw zagadkowych śmierci nie jest u Bogdana Borusewicza zjawiskiem nowym.

Zaczęło się już na początku roku 1980, kiedy w zamarzniętej Motławie znaleziono ciało młodego działacza WZZW, Tadeusza Szczepańskiego. Większość kolegów przekonana była, że za tą tragiczną śmiercią stała komunistyczna bezpieka. Działacze gdańskiej opozycji domagali się wyjaśnienia prawdy. Bezpieka zbadała sprawę dokładnie tak,
jak dzisiaj sowieci katastrofę prezydenckiego samolotu. Ogłoszono, że Tadeusz Szczepański zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, będąc pod wpływem alkoholu. Bogdan Borusewicz stwierdził wówczas z całym przekonaniem, że taki wynik esbeckiego „śledztwa” jest jak najbardziej właściwy. Nie podjął próby dojścia do prawdy ani wówczas ani później, w czasach tak zwanej wolności, która jakby nie było otworzyła dla niego wiele możliwości.

Podobnie było w wypadku śmierci Jana Samsonowicza, działacza Ruchu Młodej Polski w Gdańsku. Znaleziono go powieszonego na płocie stoczni gdańskiej. I w tym wypadku przyszły marszałek stwierdził autorytatywnie,
że przychyla się do oświadczenia bezpieki, że było to samobójstwo.

Nie chodzi tylko o to jak było naprawdę. Chodzi o to, że w czasach ogólnie znanych taktyk komunistycznych oprawców, każdy zdrowo myślący człowiek, a szczególnie działacz opozycji musiał mieć głębokie podejrzenia
w przypadku takich śmierci. Podczas gdy większością działaczy szarpały najczarniejsze podejrzenia Bogdan Borusewicz wykazywał nagle wyjątkowe zdolności analityczne aby dojść do przekonania o niewinności służb bezpieczeństwa. Podobnie jak dzisiaj, tak i wówczas nie potrafił przedstawić żadnych logicznych argumentów.
Nikt z nas nie wie jak było naprawdę. Rzecz jednak w tym, że stwierdzanie niewinności służb, których zadaniem
było rozprawianie się z wszelką opozycją wobec systemu, przy olbrzymiej ilości poszlak i całej masie pytań pozostawionych bez odpowiedzi, było postawą co najmniej dziwną i niezrozumiałą.

Warto przypomnieć, że Bogdan Borusewicz wykazywał taki sam zmysł oceny na korzyść służb w przypadku podejrzeń o działalność agenturalną wewnątrz WZZW i Solidarności. Najpierw z zapałem bronił agenta bezpieki Edwina Myszka, nawet wtedy kiedy wszystkie okoliczności wskazywały, że ten nim był. Krótko po wyrzuceniu Myszka, bronił zaciekle Wałęsy nawet wówczas, kiedy większość grupy miała poważne i uzasadnione zastrzeżenia.
W wielu dziwnych sytuacjach nie pozwolił na zmuszenie Wałęsy do wytłumaczenia się z bardziej czy mniej podejrzanych postaw. To za sprawą Borusewicza zniknęła taśma z nagraniem przyznania się Wałęsy do współpracy
z bezpieką. Kiedy na dwa miesiące przed sierpniem 1980 roku Andrzej Gwiazda zdecydował wreszcie o wyrzuceniu Wałęsy z WZZtów, to właśnie Bogdan Borusewicz spowodował jego przywrócenie. Wreszcie w czasie swej działalności w MKZ Solidarności w Gdańsku to właśnie przyszły marszałek zawierzył młodemu człowiekowi,
który okazał się agentem NRDowskiej Stasi.

Muszę w tym momencie zrobić bardzo istotne zastrzeżenie. Nie uważam i nigdy nie uważałem, że Bogdan Borusewicz mógł świadomie bronić agentów czy nawet samej służby bezpieczeństwa. Uważam jednak, że mając za sobą historię mało trafnych ocen i decyzji ma dzisiaj obowiązek zastanowić się szczególnie dobrze zanim publicznie wypowie się w sprawie tak istotnej jak smoleńska tragedia.
Ma taki obowiązek przede wszystkim dlatego, że w odróżnieniu od dawnych czasów swej opozycyjnej działalności jest dzisiaj osobą publiczną i jego słowa mają inny niż wówczas wymiar i konsekwencje. Powinien też zastanawiać się nad swoimi wypowiedziami dlatego, że rzucając oskarżenia bez pokrycia wobec zmarłych nie tylko obraża ich pamięć, ale również krzywdzi ich rodziny.

Wreszcie rzecz może mniej istotna, ale dla mnie ważna. Stając tak bezceremonialnie i bez konkretnych podstaw po stronie kłamstw i półprawd – jakby nie było – historycznego wroga Polski przeciw, któremu miał kiedyś walczyć, każe mi zastanowić się nad szczerością swoich dawnych opozycyjnych poczynań. Nie jest przecież tajemnicą, że pozycję marszałka senatu nie zawdzięcza jakimś szczególnym predyspozycjom i kwalifikacjom lecz głównie pamięci jego zasług w walce z komuną. Niezależnie od tego czy uważamy, że takie obsadzanie ważnych stanowisk w państwie jest właściwe czy nie, taka jest prawda.

Prawdą jest również to, że nie można pogodzić tych dwóch sylwetek. Nie sposób myśleć o dawnym, aktywnym działaczu opozycji, deklarującym chęć obalenia antyludzkiego systemu i tych wszystkich, którzy ten system reprezentowali i jednocześnie widzieć obnoszącego się z arogancką wyższością aparatczyka, przyklaskującego sowieckim kłamstwom i poniżającego pamięć tych, którzy Polsce poświęcili równie dużo, jeśli nie więcej.

Tak więc przez ostatnich ponad trzydzieści lat Bogdan Borusewicz stworzył i pokazał nam dwie zupełnie rożne twarze. Dwa oblicza, które nie mogą istnieć obok siebie. Myślę więc, że przyszedł czas aby powiedział wreszcie Polakom, która z tych twarzy jest prawdziwa.

Nie jest niczym nowym sytuacja, w której ktoś występując w roli działacza walczącego z systemem totalitarnym, uzyskuje społeczne zaufanie, a co za tym idzie znaczącą pozycję w nowej rzeczywistości. Jest jednak zupełnym absurdem akceptowanie sytuacji, w której ktoś osiągając taką pozycję przybiera osobowość totalitarnych władców, z którymi miał niegdyś walczyć. Polska to nie Kuba.

Gdybyśmy chcieli aby nadęci i aroganccy karierowicze pluli na naszą polskość i reprezentując obcy interes gardzili pamięcią tych, których szanujemy, to z cała pewnością pozostawili byśmy dawnych komunistów w spokoju.
Przy poczynaniach nowych marszałków, premierów i innych niewątpliwych „autorytetów”, dawni sekretarze zaczynają z każdym dniem wyglądać coraz korzystniej.

Nie wiem co spowodowało tak obrzydliwą przemianę prezentowanych przez Bogdana Borusewicza wartości i nie jestem pewny czy chcę wiedzieć. Jeszcze niedawno miałem nadzieję, że on sam raz jeszcze wzniesie się ponad strach
i niezależnie od przysłowiowych „szkieletów w swojej szafie” pokaże nam swoją prawdziwą twarz. Chciałem wierzyć, że jest to twarz skromnego działacza, reprezentującego prawdziwie patriotyczne wartości i pełnego marzeń
o prawdziwie wolnej Polsce.

Dzisiaj wiem, że przeszedł on na drugą stronę barykady, którą sam kiedyś stawiał nie po to by wygrać bitwę
w słusznej sprawie, ale po to, by jak wielu innych, znaleźć się bliżej przysłowiowego koryta.
I nie byłoby to jeszcze tak odrażające gdyby nie fakt, że aby się przy nim utrzymać gotowy jest opluwać tych,
z którymi jeszcze niedawno stał w jednym szeregu.

Lech Zborowski

Reklamy

Możliwość komentowania Dwie twarze Bogdana Borusewicza została wyłączona

%d blogerów lubi to: