Uczmy się od Węgrów

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 10 czerwca 2011

Kiedy w ubiegłorocznych wyborach wygrała partia Orbana, Fidesz – do ataku rzuciły sie wszystkie lewackie
i liberalne gazety w Europie. Lewicowe i liberalne media otwarły usta ze zdziwienia, gdy okazało się, że na Węgrzech wygrał Fidesz i Orban z druzgocącą przewagą i uzyskał 2/3 miejsc w parlamencie. Zamiast szukać przyczyn takiego stanu rzeczy, lewackie i liberalne ośrodki ubolewały nad „upadkiem demokracji” i utratą swoich przywilejów nabytych „psim swędem”.

Jak obiecał wyborcom Orban, od maja ub. roku trwa nieprzerwanie badanie możliwych przyczyn oraz odpowiedzialności przedstawicieli władzy za upadek gospodarczy Węgier od 2002 roku. W efekcie tych badań przesłuchano lub nawet aresztowano wielu polityków obozu postkomunistycznego (członków węgierskiej Partii Socjalistycznej) i obozu liberalnego (Sojusz Wolnych Demokratów). Jak zwykle węgierska lewica, podobnie zresztą jak lewicująca prasa w Polsce, oczerniają rząd Orbana, ponieważ ten stawia przed sądem osoby odpowiedzialne za przestępstwa przeciwko bytowi narodu węgierskiego. Mówiąc wprost, Orban postawił przed sądem przestępców w białych kołnierzykach, do niedawna parlamentarzystów z partii socjalistycznej i liberalnej. W kilkunastu sprawach zapadły już wyroki a niedawni luminarze sceny politycznej Węgier odsiadują wyroki, na które zasłużyli. I wbrew opiniom „naszej” prasy nie są to wyroki tylko za korupcję, ale za szereg innych praktyk postkomunistów i liberałów, którzy rządzili w latach 1994-1998 i 2002 -2010. Trzeba także powiedzieć, że zachodnia, a również i polska prasa liberalna, po pierwszym ataku na Orbana, teraz nabrała wody w usta i nie komentuje szczegółowych uzasadnień sądów węgierskich dotyczących skazanych i ich winy.

Przede wszystkim trzeba jasno stwierdzić, co także podkreślają węgierskie media, że obecny kryzys gospodarczy na Węgrzech nie jest wynikiem globalnego kryzysu, ale jest to efekt złych rządów lewicy oraz liberałów i korupcyjnego wykorzystywania środków publicznych. Postkomunistyczna lewica oraz liberałowie woleli reprezentować interesy zagranicy i globalnego kapitału niż interesy Węgier i jej obywateli. Orban, przy poparciu wyborców, zobowiązał się do priorytetowego traktowania interesu narodowego. Nie powiedział nic nowego, bo tak postępują wielcy UE, tacy jak Niemcy czy Francja, ale zerwał z poniżającym klientyzmem, tak ulubionym sposobem uprawiania polityki przez zakompleksionych lewicowców i liberałów. Dobrym przykładem jest tu obecny polski rząd.

Rozczarowanie systemem, który został zapoczątkowany na Węgrzech w 1990 roku jest tak powszechne, że rząd, który uzyskał poparcie 2/3 wyborców musiał podjąć próbę zrewidowania całego okresu poprzedzającego wybory w 2010 roku. Orban, jako wytrawny polityk, dobrze wiedział, że jeśli Węgry nadal pozostaną w uścisku porozumienia „elit” z 1989 roku, to nic nie ulegnie zmianie, a podziały i wykluczenia części społeczeństwa będą sie powiększać. Społeczeństwo zubożeje, a medialna papka podważająca pamięć historyczną i poczucie dumy z bycia Węgrem uniemożliwią odnowę. Po ośmiu latach rządów postkomunistów zadłużenie Węgier w MFW i UE osiągnęło poziom z początków transformacji. Ciekawe byłoby takie porównanie dla okresu 2007-2011 w Polsce? Widać tu pewną paralelę i drastyczny wzrost zadłużenia Polski. Ale to wątek na odrębny temat.

Orban już na Węgrzech rządził i zapowiadano, że nigdy do władzy nie dojdzie. W latach 1998-2002 zapoczątkował reformy, ale spotkał się z ostracyzmem skierowanym przeciw niemu właśnie ze strony socjalistów i liberałów. Potrzebna mu była siła i teraz otrzymał mandat zaufania niespotykany w żadnym demokratycznym kraju. Ale właśnie takie poparcie natychmiast uruchomiło na niego nagonkę, że jest „autorytarny”. I znowuż bryluje w tej nagonce lewica europejska. Przyjrzyjmy się na jakie rafy napotykał od początku objęcia władzy po zeszłorocznych wyborach.

Orban rozpoczął urzędowanie od spraw gospodarczych. Chciał poszerzyć pole manewru w sferze gospodarczej, ale UE, pod pozorem kryzysu, nie zezwoliła na zwiększenie deficytu z 3-4% do proponowanych przez Orbana 7-8%. Musiał znaleźć inne rozwiązanie, które nie obciążałoby obywateli. Orban wciąż powtarza, że społeczeństwo jest dość obciążone zaszłościami po rządach postkomunistów i liberałów i nie może znosić ich więcej. Dlatego rozpoczął od opodatkowania banków, sieci detalicznych handlu wielkopowierzchniowego (w Polsce ciągłe zmiany właścicieli marketów i ulgi od nowa – kto, oprócz inwestorów jeszcze przycina ten tort w Polsce?), firm energetycznych i telekomunikacyjnych. Ponieważ na Węgrzech wszystkie firmy i korporacje są własnością kapitału zagranicznego, zaczęto szyć Orbanowi buty, jakoby był wrogiem zagranicznych inwestorów. Orban uzasadnił to tak – jeśli firmy zarabiają na kryzysie właśnie na Węgrzech, to moralne jest, że wniosą swój wkład w proces wychodzenia z kryzysu. Dla pobudzenia gospodarki zmienił od 1 stycznia br. podatek, wprowadzając podatek liniowy. Obowiązuje podatek 16% (do 31.12.2010 najwyższy podatek wynosił 38%), a podatek dla przedsiębiorstw obecnie wynosi 10%, wcześniej 19%. Zadeklarował też oparcie swojego programu na pięciu wartościach: praca, dom, rodzina zdrowie i porządek. Proste?

Wiadomo powszechnie, że stopa zatrudnienia na Węgrzech należy do najniższych w Europie i wynosi ok. 55%, co oznacza, że bezrobocie jest bardzo wysokie. Co prawda oficjalnie zarejestrowanych jest 11% bezrobotnych, ale jest cała rzesza niezarejestrowanych i zatrudnionych na czarno. Rząd Orbana zaproponował rozwiązanie oparte na korzystnej wymianie obu stron relacji państwo – obywatel. Świadczenia wg propozycji obecnego rządu otrzymywałby ten, co daje coś w zamian – np. świadczenia dla bezrobotnych zmniejsza się z 9 miesięcy do 3 miesięcy, ale otrzymanie jest uwarunkowane tym, czy bezrobotny przyjmie prace publiczne. Podobnie z zasiłkiem rodzinnym na uczące się dzieci – otrzymają je ci, których dzieci regularnie uczestniczą w zajęciach szkolnych. Ten drugi przykład ma także korzystnie wpłynąć na relacje interpersonalne w rodzinie i obliguje rodziców do zainteresowania się tym, co robią ich dzieci. Orban przeciwstawia się wychowywaniu młodzieży przez różnych guru w rodzaju „Róbta co chce ta”. Uprzywilejowanie rodziny bierze się stąd, że przyrost naturalny jest niski i Węgrom grozi katastrofalny spadek liczby ludności z 10 mln do 8 mln w ciągu dwóch najbliższych dziesięcioleci. Po drugie, Fidesz i Orban wierzą w to, że porządek społeczny ma swój początek w rodzinie.

U progu kadencji rząd Orbana zapowiedział, że kraj potrzebuje szeregu reform i rewolucyjnych zmian. Przede wszystkim, Orban poddał krytyce „porozumienie elit z komunistami” z 1989 roku i odejście od niekorzystnych dla Węgrów zapisów tego porozumienia. Ale największą wrzawę wywołały przyjęte jesienią nowe ustawy, szczególnie ustawa medialna. Wzbudziła ona wśród dziennikarzy, szczególnie o korzeniach lewicowych, niesamowitą wrzawę, nawet poza Węgrami. Zarzucano jej nakładanie kagańca na „wolność słowa”, gdy tymczasem nakłada ona odpowiedzialność za słowo. Wydaje się, że kilka polskich tytułów w Polsce, ze swoją tendencją do narzucania poprawnego kierunku myślenia i w wielu przypadkach nieuzasadnionymi oskarżeniami rzucanych na nielubianych polityków – miałaby duże kłopoty.

Mnie np. odpowiada przyjęcie rozwiązania, które nakłada na media odpowiedzialność za słowo. Nie można rzucać pomówień bezkarnie. Nie wzbudziła takich kontrowersji ustawa o podwójnym obywatelstwie. Ograniczono uprawnienia Trybunału Konstytucyjnego w kwestiach gospodarczych. A w kwietniu br. parlament węgierski przyjął nową Konstytucję, która wejdzie w życie od 1 stycznia 2012 roku. Jednym z podstawowych zamierzeń rządu Orbana jest konieczność zaprowadzenia porządku w strefie bezpieczeństwa publicznego, jako że na Węgrzech liberalizm pomylono z rozpasaniem i bezkarnością oraz swawolą. Czy nie przypomina to sytuacji w Polsce, gdy skazuje się emerytów za zebranie wiązki drewna z lasu na dotkliwą dla nich karę, a jednocześnie bezkarny pozostaje Sobiesiak, mimo że wyciął bez zgody 2 km lasu. Otrzymuje karę, którą koledzy posłowie swoimi dojściami obniżają. Rezultatem swawoli i wybiórczego traktowania prawa przez lewicę i liberałów na Węgrzech (ale taka sama sytuacja jest w Polsce) jest wzrost przestępstw urzędniczych (bezkarne nękanie rodzimych przedsiębiorców), uchylanie się od płacenia podatków, aż do przestępstw pospolitych włącznie itp.

Jak atakuje lewicowa i liberalna prasa Orbana? Wystarczy sięgnąć do GW, aby dowiedzieć się o… upadku demokracji na Węgrzech. Ale mówienie o końcu demokracji na Węgrzech jest efektem goryczy przegranych, którzy dziś znajdują się w rozsypce. Co prawda Sojuszowi Wolnych Demokratów oraz Węgierskiej Partii Socjalistycznej udało się wywołać światową sensację wokół ustawy medialnej, która jako żywo (to wywołanie sensacji) przypomina wezwanie na pomoc wojsk sowieckich w 1956 roku. Ale gdy światowa opinia publiczna poznała zapisy ustawy, odstąpiła (poza GW) od kontestowania „upadku demokracji na Węgrzech”. Prasa lewicowa na Węgrzech eskaluje nienawiść do rządu Orbana. Przykładem może być tu sprawa austriackiego dziennikarza pochodzenia węgierskiego Paula Lendvai,
który przez lata sympatyzował z komunistami na Zachodzie, ale z własnej woli, bo nikt go nie zmuszał był współpracownikiem reżimu Kadara. Tygodnik polityczny „Hetivalasz” ujawnił jego dokumenty i na dziennikarskich donosicieli padł blady strach. Jawność życia publicznego stanowi cel rządu węgierskiego. Ale oczywiście, w obronie agenta wystąpiły lewicowe media, mówiące o… nieuprawnionej nagonce.

Kluczowym problemem Węgier jest dziś nie to, czy Węgry pozostaną krajem demokratycznym wg wyobrażenia lewicy europejskiej, ale to, czy wyjdą z kryzysu finansowego, co pomogłoby w budowaniu jedności narodowej
i usprawni proces zarządzania na wszystkich szczeblach. Jak widać, nie taki Orban straszny, jak go lewica maluje.

Ireneusz T. Lisiak • MYŚL POLSKA Nr 23-24 (5-12.06.2011)

Możliwość komentowania Uczmy się od Węgrów została wyłączona

%d blogerów lubi to: