Katyń niejedną ma twarz

Posted in ■ aktualności, ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 26 czerwca 2011

Przed 70 laty – pod koniec czerwca i w lipcu 1941 r. – w sowieckich więzieniach na okupowanych polskich Kresach doszło do zbrodni, o jakich świat przedtem nie słyszał. I do prawdziwych „marszów śmierci”, przy których bledną najbardziej drastyczne opisy ewakuacji niemieckich obozów koncentracyjnych

Zbrodnie sowieckie na niewinnych ludziach, głównie Polakach, popełnione w pierwszych dniach po ataku niemieckim na Sowiety, są nazywane przez historyków „Katyniem-bis”. Porównanie uzasadnione i uprawnione. W więzieniach sowieckiej strefy okupacyjnej przebywało około 40 tys. więźniów, z czego zamordowano według różnych szacunków od 20 do 35 tysięcy. W zdecydowanej większości nie byli to przestępcy. Dominowali „polityczni” – najbardziej „pojemna” w państwie sowieckim kategoria więźniów. Wśród nich najwięcej Polaków. Wielu przedstawicieli polskiej inteligencji, bo ta kategoria ludzi była przez Sowietów z góry uznana za nienadającą się do „resocjalizacji”.

W niedzielę, 22 czerwca 1941 r., Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki, przejmując natychmiast inicjatywę na całej długości frontu. Żaden z ich wcześniejszych „blitzkriegów” nie był tak efektowny jak marsz przez Związek Sowiecki w pierwszych tygodniach tej kampanii. Znacznie szybszy niż przez Polskę w roku 1939. Niemcy zabili lub wzięli do niewoli setki tysięcy żołnierzy sowieckich. Ich dowódcy nie mieli nawet czasu, by pomyśleć, co się dzieje. Zapanowała panika. Wydawało się, że klęska Sowietów jest przypieczętowana. Do Moskwy pozostało Niemcom zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. I pewnie doszłoby do tej klęski, gdyby nie ogromna pomoc anglosaska dla armii sowieckiej.

Sowieckie „priorytety”

Jak się zachowują władze kraju, który został gwałtownie zaatakowany przez wroga, a jego wojska muszą się w pośpiechu wycofywać? Ewakuują się. W Sowietach, pod koniec czerwca 1941 r., było podobnie. Aparatczycy i politrucy wiali na wschód. Razem z nimi „ewakuowało się” NKWD, rekwirując najlepsze środki transportu. Przedmiotem najwyższej troski tej zbrodniczej formacji byli wtedy nie obywatele sowieccy, lecz dokumenty i kartoteki enkawudowskie. Wiadomo, że bez policji politycznej Związek Sowiecki by nie przetrwał, nawet bez ataku niemieckiego.
Ale Sowiety wyznaczyły jeszcze jedno zadanie „priorytetowe” w ramach tej „ewakuacji”. Najważniejsze. Zabić wszystkich więźniów politycznych, zanim wejdą Niemcy! Nie tylko tych skazanych już na śmierć i oczekujących na egzekucję, ale także tych podejrzanych o „przestępstwa przeciwko Związkowi Radzieckiemu”. Na przykład o „przestępstwo” nielegalnego przekroczenia nowej granicy niemiecko-sowieckiej „na trupie Polski”, by połączyć się z rodziną.

Zbrodnie i „marsze śmierci”

Powszechnie znane jest w Polsce określenie „marsze śmierci”, odnoszące się do ewakuacji na zachód więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, położonych na terenie okupowanej Polski i wschodnich Niemiec, wobec nadciągającej armii sowieckiej – na przykład ewakuacji KL Stutthof zimą 1945 roku. Tym „ewakuacjom” towarzyszyły liczne zbrodnie na więźniach, którzy nie mieli sił iść dalej.
Relacje o niemieckich marszach śmierci bledną jednak przy tych dotyczących sowieckich zbrodni na więźniach politycznych, po niemieckim ataku w czerwcu 1941 roku.
Wycofujący się w popłochu Sowieci zdążyli przedtem wymordować więźniów politycznych z licznych więzień na terenie Wileńszczyzny, „zachodniej Białorusi” i „zachodniej Ukrainy”, czyli z polskich Kresów. Część z nich zamordowano na miejscu, w celach lub na dziedzińcach więziennych, część podczas próby „ewakuacji”, w „marszach śmierci”. Wobec powszechnego braku środków transportu do ewakuacji i totalnego bałaganu najlepszym sposobem „rozwiązania problemu” były ludobójcze, zbiorowe mordy więźniów. Podkreślmy to jeszcze raz: ci ludzie w zdecydowanej większości nie byli przestępcami. Kryminaliści stanowili niewielki odsetek. Większość to byli „polityczni” – najbardziej „pojemna” w państwie sowieckim kategoria więźniów. Wśród nich najwięcej Polaków. Wielu przedstawicieli polskiej inteligencji, bo ta kategoria ludzi była przez Sowietów z góry uznana za nienadającą się do „resocjalizacji”.

80 tysięcy!

„W więzieniach sowieckiej strefy okupacyjnej przebywało około 40 tysięcy więźniów (…), z czego zamordowano około 35 tysięcy. W ostatnim tygodniu czerwca 1941 funkcjonariusze NKWD zamordowali w więzieniach 14,7 tysiąca więźniów, ponad 20 tysięcy zginęło podczas marszów śmierci (…). Ocenia się, że łączna liczba polskich ofiar sowieckich egzekucji i niemieckiego ataku na ZSRS mogła sięgać 80 tysięcy osób” – pisze w swej najnowszej książce „Zatajony Katyń 1941” dr Tadeusz A. Kisielewski. Przypomnijmy, że w wyniku zbrodni katyńskiej rok wcześniej zginęło 21 857 polskich oficerów i więźniów politycznych. Teraz było ich prawie cztery razy więcej. Katyń to symbol, to polska czarna flaga na Wschodzie. Ale trzeba też pamiętać o tym kolejnym Katyniu, jeszcze bardziej krwawym i okrutnym. Doktor Kisielewski przypomina sowieckie „marsze śmierci”, ale odnosi tytuł swojej książki przede wszystkim do zupełnie niewyjaśnionych, zbiorowych mordów na polskich jeńcach wojennych (oficerach i żołnierzach), wykorzystywanych do niewolniczej pracy w Sowietach, „likwidowanych” wobec braku możliwości ich ewakuowania w warunkach niemieckiego „blitzkriegu”. Stąd określenie „Katyń 1941”. Wielu pracowało zresztą i zostało zamordowanych w licznych obozach pracy pod Smoleńskiem, w masywie leśnym, na zachód od miasta.

We Lwowie

były cztery więzienia, po 17 września 1939 r. zajęte przez Sowietów i zapełnione wkrótce przez więźniów politycznych, głównie Polaków. Jedno znajdowało się w dawnym więzieniu wojskowym przy ulicy Zamarstynowskiej, dwa inne mieściły się w byłych budynkach policyjnych przy ulicach Jachowicza i Łąckiego. Czwarte, chyba najbardziej znane, znajdowało się przy ulicy Kazimierzowskiej w renesansowym gmachu z początków XVII w., dawnej siedzibie żeńskiego zakonu św. Brygidy. Po likwidacji zakonu w roku 1784 gmach został zamieniony na więzienie, stąd jego zwyczajowa nazwa Brygidki.
Gdy 22 czerwca 1941 r. nad Lwów nadleciały niemieckie bombowce, NKWD, milicja i liczni funkcjonariusze służb więziennych wraz z rodzinami zaczęli w panice opuszczać miasto. Mimo paniki zbrodniarze nie zapomnieli o więźniach. Wyprowadzono w kolumnach 800 więźniów i popędzono ich piechotą na wschód. Słabszych po drodze zabijano. By oszczędzić amunicję, przebijano ich bagnetami. Kolumny były też dziesiątkowane przez niemieckie bombowce, biorące je za sowieckie wojsko. Do ostatniego etapu marszu dotarło już tylko 248 więźniów.
W Brygidkach, opuszczonych wieczorem 23 czerwca przez funkcjonariuszy NKWD, więźniowie wyłamywali drzwi cel. Niestety, zabrakło nieszczęsnym sił, by pokonać bramy prowadzące na zewnątrz. Niektórym udało się wydostać przez dach. Większość została na dziedzińcu. I wtedy stała się rzecz straszna. Ich ciemiężcy z NKWD, uciekający w panice, przestraszyli się swoich przełożonych i wrócili, by zabić więźniów. Bandyci z dwu stron otworzyli ogień z karabinów maszynowych do zgromadzonych, bezbronnych więźniów. Niektórzy uciekali z powrotem do cel. Cele zamknięto, więźniom kazano ułożyć się na podłodze. Zabijano ich po kolei, oszczędzając tylko kryminalistów, których uwolniono. Wiadomo, kryminalista nie jest groźny dla Związku Sowieckiego. Można nawet powiedzieć, że jest „klasowo bliski”! Groźni są ci wykształceni, polityczni, szczególnie Polacy…
Kiedy zbrodniarze odjechali, nieliczni pozostali przy życiu, półprzytomni więźniowie powoli opuszczali przeklęte miejsce. Spod wszystkich drzwi spływała na więzienny korytarz krew. Zobaczyli ułożone w stosy ciała pomordowanych współwięźniów. Krew płynęła spod bramy więziennej ulicą do ścieku po drugiej stronie ulicy. Spośród kilku tysięcy więźniów w Brygidkach ocalało – poza tymi, którym udało się zbiec wcześniej – tylko około 100 mężczyzn i kilkanaście kobiet.

Płacz i niedowierzanie

Po upewnieniu się, że NKWD już nie wróci, do lwowskich więzień ruszyli mieszkańcy miasta, szukając z płaczem swoich bliskich. Przerażeni zobaczyli stosy trupów. Przyjeżdżali Niemcy, robili zdjęcia i kręcili filmy. Przygotowywali materiały propagandowe, które miały mobilizować „cały cywilizowany świat” do walki z bolszewizmem. Sami byli zbrodniarzami, ale trzeba przyznać, że te stosy trupów, które sowieccy zbrodniarze zostawili za sobą, to były argumenty zdolne wtedy przekonać każdego…
Niemcy wykorzystali też sytuację na swój sposób. Przyprowadzili na miejsce zbrodni schwytanych na ulicach Żydów. Ludzi niewinnych, ale cierpiących teraz za swoich rodaków, tak licznie reprezentowanych w sforach NKWD, aparatczyków partyjnych, nowych sowieckich urzędników po 17 września 1939 roku. Teraz oni wykonywali czarną robotę. Wynosili i układali zmasakrowane ciała zamordowanych więźniów. Myli trupy, by ułatwić płaczącym rodzinom identyfikację. Nie budzili współczucia zebranych mieszkańców miasta, zbyt powszechne było poparcie ogółu ludności żydowskiej dla władzy sowieckiej, zbyt demonstracyjne, chełpliwe. Teraz ci biedni ludzie cierpieli za swoich rodaków, sowieckich aktywistów, którzy kilka dni wcześniej bezpiecznie ewakuowali się na wschód. Wrócą do Polski w 1945 roku… Dlaczego znane wydarzenia w Jedwabnem, w lipcu 1941 r., kilka dni po opisywanych tu scenach we Lwowie, wyrywa się z kontekstu wcześniejszych wydarzeń i drastycznych często doświadczeń polsko-żydowskich pod sowiecką okupacją?

Na Zamarstynowie

Podobne tragedie rozegrały się także w innych lwowskich więzieniach. Przy Zamarstynowskiej zginęło ok. 3 tys. więźniów, przy Łąckiego ok. 4 tysięcy. W więzieniu przy Jachowicza było tyle zamordowanych, że nie zdołano wszystkich wynieść. Część cel wyładowanych stosami trupów, ze względu na groźbę epidemii (było gorące lato), zamurowano i opróżniono dopiero w zimie. Jeden ze świadków tych strasznych scen relacjonował: „Żydzi wynosili na plecach z otwartych drzwi okropne, nagie, zmasakrowane ciała ludzkie. Umazane krwią i ociekające posoką, pogryzione prawdopodobnie przez szczury, pozbawione oczu, bez twarzy, rozdęte, były już niemal nie do poznania i miały przerażający wygląd. Jedyne, co im jeszcze pozostało z ludzkiego wyglądu, to włosy. Były tam trupy mężczyzn i kobiet”.
Wstrząsający literacki opis lwowskich zbrodni NKWD na więźniach politycznych dał kpt. Józef Wójcik w swojej znakomitej trylogii „Powrót na Kresy” (Gdynia 2005).
O zbrodni na Zamarstynowie pisał przejmująco Jerzy Węgierski w książce „Lwów pod okupacją sowiecką 1939–1941” (Warszawa 1991): „W więzieniu zamarstynowskim nie potrafiono wykorzystać krótkiego okresu, gdy we wtorek pozostało ono niestrzeżone. W czwartek, 26 czerwca, zaczęto w południe wywoływać więźniów z cel. W celi, w której znalazła się kurierka ppłk. Macielińskiego, Wanda Ossowska, została tylko ona jedna. „Czekałam (…) miotając się po celi” – wspomina – „niezdolna do myślenia, do skupienia się na modlitwie. Nic, tylko obłędny strach i chaos. Tak upłynęła godzina, może dwie. Słyszałam z oddali stłumione głosy wielu ludzi, zdawałam sobie sprawę, że ten tłum więźniów czeka na samochody, czy może ustawiają ich w grupy i prowadzą na dworzec kolejowy. Ale nagle ten gwar ludzi przerwał szum motorów, a więc jadą, już się pewno ładują, stłoczeni pod brezentem wozów, obstawieni strażą (…). I nagle w szum motorów wdziera się krzyk (…). Ten krzyk gasi detonacja, strzelają (…). Boże, znów strzelają! (…) Całą noc słyszę ten hałas. Zmieszane dźwięki motorów, krzyków, strzałów. Czasem ponad ten gwar wyrywa się krzyk rozpaczy, strachu, bólu (…). Już świt, gwar przycicha”.
W całym więzieniu pozostało wśród żywych 5 kobiet i 65 mężczyzn, a wśród nich towarzysz Ossowskiej, Roman Fedas. W sobotę w południe przybyli do więzienia ludzie z miasta, opuszczonego już przez Armię Czerwoną, i pomogli więźniom wydostać się. Lekarz, który prowadził Ossowską przez korytarz więzienia, po drodze zaglądał do cel i pokoi. Wejście do jednego zasłonił przed Ossowską, było bowiem pełne zmasakrowanych zwłok, na podłodze były ślady zakrzepłej krwi, dochodził mdły zapach (…). Do więzienia na Zamarstynowie wybrał się też w ów poniedziałek ppłk Sokołowski ze swą współtowarzyszką Jadwigą Tokarzewską „Teresą”: „Bramy więzienia były szeroko otwarte. Wewnątrz na dziedzińcu więziennym pełno ludzi. W domku strażniczym przy bramie zobaczyłem moc skrzynek wyglądających na kartotekę (…). Weszliśmy na dziedziniec. Powitał nas straszliwy odór gnijących ciał, idący z otwartych drzwi parteru (…). Teresa podbiegła do otwartych drzwi i jeszcze szybciej powróciła półprzytomna. Poszedłem i ja. W dużej sali, wyglądającej na wozownię, leżały rozrzucone pod sufit zwłoki ludzkie. A na oko było ich chyba z setka””.
Węgierski pisze, że w więzieniu przy ulicy Łąckiego „ocalało zaledwie kilka osób, które udając zabitych, upadły między trupy (…). W więzieniu tym pastwiono się nad mordowanymi więźniami, przybijano ich do ścian, kobietom obcinano piersi”!
Przykłady bestialstwa były niezliczone. Jak podaje Węgierski, w Bystrzycy Nadwórniańskiej odkopano w lipcu 1941 r. masowe groby pomordowanych w więzieniu w Nadwórnej. Więźniowie byli tam zabijani uderzeniem młotka w tył głowy. Ten sam autor podaje, że w Oleszycach koło Lubaczowa 22 czerwca rano „spalono żywcem trzymanych tam w zamku Sapiehów więźniów. Dokonała tego sowiecka straż graniczna”. Jak widać, bestialstwo i okrucieństwo nie było wyłączną domeną NKWD, wynikało raczej z pewnych cech „hodowanego” w Sowietach od czasu rewolty bolszewickiej człowieka bez Boga, kierującego się tylko rozkazami i strachem. Formy „walki z wrogiem” podpowiadali mu sami komandarmi, jak Siemion Timoszenko, w ulotce do polskich żołnierzy z września 1939r., w której ten sowiecki zbir polecał „kosy, widły i siekiery” przeciwko polskim oficerom…

W Brzeżanach

od 26 czerwca zaczęto rozstrzeliwać więźniów, wyprowadzanych pojedynczo na dziedziniec więzienia, zagłuszając odgłos strzałów warkotem motoru traktora. Po nalocie niemieckim na miasto, od nocy 29 czerwca do następnego dnia, ciała dalej mordowanych ludzi wyrzucano z mostu do rzeki Złota Lipa. Zamordowano ponad 300 więźniów. Około 80 uratowało się, gdy bandyci, przerażeni niemieckim nalotem, uciekli w popłochu z więzienia.

W Samborze

Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu rzeszowskiego oddziału IPN prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa przez NKWD kilkuset więźniów z więzienia w Samborze, od września 1939 do czerwca 1941 roku. Wywoływano ich z cel po 5-10 i zabijano w piwnicach. Po ataku niemieckim zgromadzono wszystkich więźniów na dziedzińcu. Sowiecki „prokurator” rozkazał „zlikwidować” więźniów. 26 lub 27 czerwca mord przybrał wymiar masowy. Wyprowadzano po 50 i więcej osób na jeden z dziedzińców więzienia. Do zgromadzonych tam ludzi bandyci z NKWD strzelali z broni maszynowej i rzucali granaty. Przerażeni więźniowie nie czekali na swą kolej, zaczęli rozbijać drzwi cel. W piwnicach zobaczyli trzy cele zapełnione ciałami więźniów rozstrzelanych wcześniej. Zwłoki ułożone były warstwami do wysokości sufitu. Po ucieczce NKWD i przybyciu Niemców odkryto inne cele, o zamurowanych oknach i drzwiach, przepełnione rozkładającymi się ciałami. Odkryto też na tzw. Zadniestrzu groby, w których były pogrzebane zwłoki 116-118 więźniów, w tym 2 kobiet. Jak widać, Katyń niejedno ma oblicze.

Sowiecka „technika”

Powtarzające się w różnych więzieniach te same ohydne metody zbrodni (zabijanie w piwnicach, zamurowywanie żywych i martwych, zbiorowe mordy na dziedzińcach więziennych zagłuszane warkotem silników samochodowych) wskazują na obecność jakichś zbrodniczych instrukcji „technicznych”. Tych bandytów odpowiednio wcześniej przeszkolono! Być może jednak to wszystko wynikało z wcześniejszych doświadczeń NKWD, permanentnych zbrodni na własnym społeczeństwie, zwłaszcza w latach 30. Profesor Natalia Lebiediewa szacuje, że tylko w latach 1937-1941 Stalin zamordował ok. 11 mln obywateli Związku Sowieckiego. Poszli potem na konto sowieckich strat wojennych i „wysiłku Związku Radzieckiego” w wojnie! Nie brakuje na Zachodzie półgłówków, którzy tym „wysiłkiem” usprawiedliwiają powojenne oddanie w pacht Sowietom połowy Europy.

„Marsz śmierci” z Mińska

Podobne śledztwo prowadzi Komisja Ścigania przy warszawskim oddziale IPN. Dotyczy ono zbrodni NKWD na ludności polskiej w okresie od 17 września 1939 r. do końca czerwca 1941 r., zwłaszcza „ewakuacji” więzienia w Mińsku. To chyba największa i najohydniejsza – po sprawie katyńskiej – jednostkowa zbrodnia sowiecka na bezbronnych więźniach. Zabijano ich nie tylko w więzieniu, ale i na trasie „ewakuacji” z Mińska do Ihumenia (w czasach sowieckich przerobionego na Czerwień). W Mińsku były dwa więzienia NKWD: Centralne, w dawnym zamku Sapiehów, oraz tzw. Amerykanka. „Likwidacja” więzień rozpoczęła się już w nocy z 22 na 23 czerwca 1941 roku. Część więźniów została zamordowana przez NKWD na terenie więzień, część wywieziono koleją, pozostałych podzielono na grupy i pognano w kierunku Ihumenia-Czerwienia. Męczeński marsz trwał kilka dni, NKWD mordowało po drodze więźniów, ciała zostawiano przy drodze. Do Czerwienia dotarło tylko ok. 2 tysięcy, kilka tysięcy zabito po drodze. Tych, którzy doszli, NKWD mordowało dalej już w samym Czerwieniu, przeżyło zaledwie kilkadziesiąt osób, i to tylko dzięki niemieckiemu bombardowaniu!
Zgromadzone przez Joannę Stankiewicz-Januszczak relacje cudem uratowanych z tego „marszu śmierci” budzą grozę, są jak obrazy z piekła: „Naokoło nas paliły się więzienne bloki, widziałyśmy płonący Mińsk (…). Ustawiono nas w szeregi, otoczono żołnierzami NKWD i rozpoczęłyśmy ten marsz – wycieńczone, bose, w spadających z nas łachmanach (…). Wielokrotnie widziałam jak konwojenci przebijali bagnetami leżących więźniów lub strzelali w głowę upadających z wycieńczenia (…). Słychać było strzały i krzyki umierających” (Janina Badocha).
„Szliśmy cały dzień bez jedzenia. Na noc gdzieś tam przytuliliśmy się pod drzewem. Ani wody, ani jedzenia. Drugi dzień. Zauważyliśmy, że kiedy maszerujemy, przychodzą strażnicy i biorą pojedynczych więźniów. Słyszymy strzały, wiemy już, co to znaczy” (Władysław Bruliński).
„Wieczorem 23 czerwca, podczas podawania kolacji, zaczęto truć więźniów. Wyraźnie słychać było przesuwanie kotła pod celę, odsuwanie zasuw w drzwiach i głosy: „kuszaj! kuszaj!”. Następnie dochodziło jakieś charczenie, potem następowała cisza. I ponowne przesuwanie kotła, otwieranie celi i rozkaz: „kuszaj!”. Niektórzy więźniowie stawiali opór, słychać było krzyki: „nie choczu… nie choczu”… Jeśli więzień długo się opierał, następował strzał” (Jan Buczyński).
„Rozmawiałem z Antonim Maziukiem (…). Po napaści Niemiec na ZSRS wyprowadzono ich z więzienia i popędzono w głąb ZSRS. Kiedy szli nocą, drogą przez las, zatrzymano ich i kazano się ustawić w szeregach, na szerokość całej szosy. Było cicho i spokojnie. Padł rozkaz: „udirat´!”. W tym samym momencie zaczęli strzelać. Padali zabici. Zwalające się ciała przewróciły [Maziuka] i wpadł do przydrożnego rowu. Kiedy strzelanina ucichła i rozlegały się tylko jęki rannych, usłyszał głośny warkot silników. Nadjechały czołgi i miażdżyły leżących na drodze! On wydostał się spod trupów i schował się w lesie” (Stanisław Cieciuch).
„Pędzono nas brukowanym traktem (…). Konwojenci strzelali do tych, co szli nierówno lub nie nadążali na skutek osłabienia. Koło mnie został zastrzelony Orłowski. Za kilkanaście minut zamordowano polskiego oficera, idącego w środku kolumny. Ktokolwiek przystawał lub rozmawiał, narażał się na natychmiastowe zastrzelenie przez konwojenta, który podchodził i bez słowa, przystawiając pistolet do skroni ofiary, strzelał (…). Siedzieliśmy na szosie. Jakiś oficer, wskazując palcem, wywołał około 20 z nas. Kazano im wejść do dołu po wybranym piasku i tam ich zastrzelono” (Michał Łukaszewicz).
„Pędzeni byliśmy jedni przy drugich, z boku szli bojcy w okrągłych czapkach z czerwoną obwódką i karabinami z bagnetem na sztorc. Jeżeli ktoś mdlał, to żołnierz spychał go do rowu i słychać było strzał. Strzelał w usta i tym szpikulcem dodatkowo przeszywał pierś. W mijanych rowach ludzie leżeli jak grzyby po deszczu. Podchodzili do więźnia i wyciągali z czwórki, mówiąc: „idi, wot otdochniosz”. Wrzucali do rowu i zabijali (…). Na postoju siedziały młode dziewczyny, pięć ich było. Gdy znowu ruszyliśmy, konwojenci wzięli je na bok. Łapały ich za ręce, błagając o zmiłowanie” (Piotr Przestrzelski).
Wymienione więzienia i miasta nie zamykają listy miejsc zbrodni NKWD. Takie same dramaty rozegrały się także m.in. w: Szczercu, Drohobyczu, Borysławiu, Stryju, Złoczowie, Tarnopolu, Łucku, Równem, Dubnie, Oleszycach koło Lubaczowa, i nie tylko tam. Wśród mordowanych większość stanowili Polacy: działacze społeczni, intelektualiści, księża, uciekinierzy, „przestępcy” schwytani przy próbie nielegalnego przekroczenia granicy, członkowie polskiej konspiracji niepodległościowej. Zwykłych przestępców, kryminalistów, było wśród nich niewielu, byli zwalniani jako „swoi” przed rozpoczęciem zbrodni.

„Katyń-bis”

Nie doczekamy nigdy gruntownych opracowań tych ohydnych zbrodni sprzed 70 lat bez pełnego dostępu do posowieckich dokumentów, które znajdują się w Rosji. Zademonstrowana w roku 70-lecia wybuchu wojny „nowa polityka historyczna” w tym kraju nie daje nadziei na taki dostęp. Równie ważna jest jednak pamięć ludzi. I nasza pamięć, nasz szacunek dla tych, co w tak przerażających okolicznościach rozstawali się z życiem.
Profesor Krzysztof Jasiewicz nazwał zbrodnie sowieckie na niewinnych ludziach, głównie Polakach, popełnione w pierwszych dniach po ataku niemieckim na Sowiety, „Katyniem-bis”. Porównanie uzasadnione i uprawnione.

W Rosji bez zmian

W dniu premiery w Brukseli filmu dokumentalnego o zbrodniach sowieckich „The Soviet Story” (2008) postsowiecka gazeta „Prawda” określiła go jako „próbę przepisywania historii przez Europę”. Zastępca dyrektora generalnego „Centrum politycznych technologii” Siergiej Mihejew stwierdził: „Przynajmniej w czasach drugiej wojny światowej rola ZSRS była jednoznacznie pozytywna. Gdyby nie ofiary, które złożył Związek Radziecki, Europa – podobnie jak USA – nie istniałaby w swojej obecnej formie”. Powstaje ważne pytanie: czy bestialsko zamordowani więźniowie polityczni, głównie nasi rodacy, zamurowani żywcem w celach więziennych, też należą do ofiar, które „złożył Związek Radziecki” w czasie wojny, podczas której jego rola była „jednoznacznie pozytywna”? Chyba tak właśnie ten post-Sowiet to rozumie, ponieważ wszystko to działo się na terenach wcielonych siłą do Sowietów, zatem nasi zamordowani rodacy są dla niego „radzieckimi ofiarami wojny”! Są wliczeni do sowieckiego rachunku strat, którym epatuje się cały świat. Zamordowane w przydrożnym rowie, podczas „marszu śmierci”, młode kobiety są w sowieckich statystykach „ofiarami faszystowskich nalotów”. A świat pochyla z szacunkiem głowę nad 20 milionami „radzieckich ofiar wojny” i nie pyta, w jakich okolicznościach straciły one życie, z czyich rąk i za jaką sprawę. Nie pyta też, w jakiej rubryce „radzieckich statystyk” znajdują się miliony ofiar NKWD – różnych narodowości.

Potworne i „potworniejsze”

Faszyzm, czy to w wydaniu niemieckim, czy włoskim, został jednoznacznie i bezwzględnie potępiony w całej Europie, a jakiekolwiek, najczęściej karykaturalne jego przejawy we współczesnym świecie traktowane są z całą powagą i zwalczane przy użyciu radykalnych środków. Sprzyja takiej postawie wspomnienie zagłady Żydów. Legalna działalność partii faszystowskich jest zakazana. Nie dotyczy to komunizmu. Przedstawiciele tej ideologii zasiadają w Parlamencie Europejskim. Z tego też powodu wielokrotne próby jednoznacznej oceny systemu zbrodni komunistycznych skończyły się w tym parlamencie niepowodzeniem. Komunizm jest traktowany jak szlachetna idea, jeszcze niezrealizowana. Polskie doświadczenia nikogo tam nie obchodzą, traktowane są jako wynaturzenia komunizmu, a nie jego istota. Kiedy w roku 1997 ukazała się w Paryżu „Czarna księga komunizmu”, wkrótce przetłumaczona na język polski i wydana u nas w roku 1999, rozpętało się na Zachodzie piekło, wywołane m.in. przedmową prof. Stéphane´a Courtoisa, w której francuski historyk opisuje komunizm jako największe zło XX-wiecznego świata: „Komunizm nie tylko istniał przed powstaniem faszyzmu i nazizmu, ale również je przetrwał, dotykając czterech wielkich kontynentów”. Także rachunek ofiar nie pozostawia wątpliwości co do skali i istoty zła. Natychmiast odezwali się liczni obrońcy komunizmu na Zachodzie, potępiający „radykalizm” i „ahistoryzm” prof. Courtoisa. Także polskie wydanie opatrzono na wszelki wypadek wstępem prof. Krystyny Kersten, która polskiej inteligencji o mentalności postsowieckiej lała miód na serce takimi wywodami: „Dokonując bilansu „zbrodni komunistycznych”, Courtois wymienia jednym tchem „masakry zbuntowanych robotników i chłopów w latach 1918-1922″ w ZSRR i klęski głodu (…). Przy takim podejściu zaciera się wyjątkowość zbrodni najpotworniejszych (…). W rejestrze zbrodni, będących dziełem rządów komunistycznych, Kambodży Czerwonych Khmerów nie wyłączając, nie znajdziemy takiej, którą można byłoby porównać z holokaustem”. Krystyna Kersten tego nie napisała z oczywistych względów, ale nie ma wątpliwości, że przy takiej optyce zbrodni katyńskiej też by nie zaliczyła do „zbrodni najpotworniejszych”, skoro takimi nie były na przykład sowieckie zbrodnie zaplanowanego głodu na żyznej Ukrainie, gdzie w roku 1932 matki zabijały małe dzieci, by ich ciałami nakarmić starsze, jeszcze snujące się po wsi wymiecionej z wszelkiej żywności przez specjalnie formowane bandy bolszewickich aktywistów. Nie ma gradacji zbrodni na potworne, potworniejsze i najpotworniejsze. Bez względu na to, jakie są poglądy polityczne i upodobania ideologiczne autora. Przypominają nam o tym sowieckie zbrodnie sprzed 70 lat.

Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk • NASZ DZIENNIK

Możliwość komentowania Katyń niejedną ma twarz została wyłączona

%d blogerów lubi to: