Dorzynanie watahy?

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 28 czerwca 2011

Nasze życie polityczne i społeczne nieraz robi wrażenie tzw. pajdokracji, czyli rządów chłopców. W sferę wspólnego życia przenosi się bowiem obyczaje rodem z piaskownicy. Co jakiś czas wyskakuje z niej z płaczem jakiś jeszcze niemężczyzna i biegnie poskarżyć się mamie na pozostałych uczestników zabawy.

W świecie także dorosłych mężczyzn-polityków praktykuje się metody z piaskownicy zamiast dyskusji na argumenty. Czyżby jeszcze nie byli mężczyznami? Oto ostatnio sam minister spraw zagranicznych poskarżył się w Watykanie na o. Tadeusza Rydzyka za jego wypowiedzi podczas sympozjum zorganizowanego w Parlamencie Europejskim. Zamiast dyskutować, przekonywać i ewentualnie nawet przeprosić, nasz dorosły (?) minister poszedł z donosem do władz kościelnych. Czyżby to była forma owego „dorzynania watahy”, jak określił on swój program polityczny? Po brutalnym cofnięciu obiecanych i należnych pieniędzy na toruńskie odwierty nie udało się dorżnięcie Radia Maryja i dzisiaj może właśnie z tego powodu Radosław Sikorski poskarżył się Watykanowi.

Tymczasem całemu światu już od dawna powinna być znana dyskryminacja polskich katolików, czego jednym z przejawów była próba zablokowania toruńskiej geotermii, w wyniku czego wszyscy – jako Naród – straciliśmy miliony złotych. Zagrożony został także polski sukces na polu wykorzystania energii odnawialnej. Czyżby nie było wolno głośno mówić o blokowaniu naszej samodzielności energetycznej, a tym samym wpychaniu nas w objęcia Rosji?

Ale to nie tylko władze państwa stosują metody prosto z piaskownicy. Korzystają z nich osoby promujące u nas obyczaje rodem ze starożytnych biblijnych miast Sodomy i Gomory. Z niejasnych powodów nie chcą jednak przyznawać się do tej historii i na ten temat dyskutować, wolą tylko pokrzykiwać na ulicach, narzucać swoją ideologię lub skarżyć się do jakichś władz. Ostatnio przybysze ze starożytnej Sodomy złożyli otwarty donos na mnie do władz uniwersyteckich, zarzucając mi posługiwanie się „mową nienawiści”. Ową „mową nienawiści” miałoby być nazywanie mieszkańców Sodomy „sodomitami”. Autorzy donosu każą nazywać się „gejami”, bo tak wymyślono kilkanaście lat temu w USA na użytek prowadzonej homoseksualnej indoktrynacji.

Ale nie tylko na mnie skarżą się uprawiający obyczaje rodem z biblijnej Sodomy. Ostatnio „Tygodnik Powszechny” przyniósł informację, że polscy „chrześcijanie homoseksualiści” żądają w liście do Papieża „wystąpienia przeciwko homofobicznym aktom przemocy na świecie”. Jeśli tak dalej pójdzie, to już niedługo z pretensjami do Papieża o „dyskryminację” wystąpią także „chrześcijańscy cudzołożnicy”, „chrześcijańscy złodzieje” czy „chrześcijańscy pijacy”. Redaktor Artur Sporniak w obszernym tekście w „Tygodniku” rozważa za i przeciw dotyczące tych żądań „chrześcijańskich homoseksualistów”.

Zdaniem Sporniaka, wprawdzie „nierealistyczne” jest oczekiwać zmiany doktryny Kościoła katolickiego w sprawie homoseksualizmu, to jednak zawarte są w tej inicjatywie homoseksualistów także „najbardziej słuszne postulaty”, a wśród nich ten, że „niewiele albo zgoła nic nie mówi się w Kościele o zawartej w Biblii „mowie nienawiści” wobec homoseksualistów”. Według red. Sporniaka, Biblia zatem posługuje się „mową nienawiści”. Czyżby redaktor katolickiego tygodnika wzywał do palenia lub wycinania fragmentów Pisma Świętego? W każdym razie jestem w dobrym towarzystwie, jeśliby nawet natchnieni autorzy Ksiąg Starego i Nowego Testamentu mieli się posługiwać „mową nienawiści”. A może to raczej język miłości dbającej o prawdę?

„Tygodnik Powszechny” po prostu wbija w głowy czytelników homoideologię, nawet nie stara się o pozory rzeczowej argumentacji. Przykładem jest zamieszczona wypowiedź redaktora „Więzi”, zdaniem którego „nie można bezwzględnie potępiać związków jednopłciowych”, ponieważ „bezinteresowna przyjaźń (…) jest możliwa między dwoma lesbijkami czy gejami”. Redaktor Cezary Gawryś opowiada się z tego powodu nawet „za ustawą o związkach partnerskich”. Zamiast jednak argumentów mamy tutaj próbę zablokowania dyskursu rzekomymi faktami, że jakoby „są takie pary jednopłciowe, które z oddaniem wspierają się aż do śmierci”.

Ponieważ przeciwko faktom niemożliwa jest jakakolwiek argumentacja, w ten oto sposób – daniem słowa honoru,
że homoseksualiści prowadzić mogą święte życie, wedle najwyższych chrześcijańskich wymagań – dalsza dyskusja zostaje wykluczona. Pozostawia nam się tylko posłuszne wykonywanie odgórnych rozkazów, a dla pytających, dyskutujących, wątpiących w homoideologię – lub ideał „dorzynania watahy” – pozostawia się tylko kaganiec, donosy i dokładanie zza węgła, czyli metody rodem nie tylko z piaskownicy, ale także ze swojskiego pejzażu PRL.

Marek Czachorowski • NASZ DZIENNIK

Możliwość komentowania Dorzynanie watahy? została wyłączona

%d blogerów lubi to: