Kiszczak jak zwykle nic nie wie

Posted in ■ aktualności, ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 11 lipca 2011

Całą zimę z ’82 na ’83 rok spędzili w namiotach rozlokowanych nad Wisłą. Upadlano ich bezsensowną pracą polegającą na kopaniu dołów, które następnie zasypywali. O Wojskowych Obozach Specjalnych dla działaczy Solidarności i operacji Jesień ’82 wiemy coraz więcej. Tylko generał Kiszczak znowu udaje niewiniątko.

„Logicznie myślący człowiek zdawał sobie sprawę, że nie chodzi o szkolenie żołnierzy, ale o ich izolację od społeczeństwa. Ich przydatność do spraw obronności kraju była żadna. Moim zdaniem takie postępowanie wobec wcielonych żołnierzy było nieprawidłowe, niezgodne z prawem demokratycznego państwa” – tak przed prokuratorem IPN zeznał gen. Zdzisław Ostrowski, w listopadzie 1982 r. zastępca dowódcy ds. ogólnych Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Celem operacji „Jesień ’82” była izolacja i dezintegracja tych działaczy „S”, którzy nie zostali zatrzymani 13 grudnia ’81 roku. Komuniści obawiali się szczególnie strajku generalnego i akcji związku w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Do Wojskowych Obozów Specjalnych m.in. w Chełmnie i Czerwonym Borze trafiło ok. 1500 osób. „Takie przedsięwzięcie bez wiedzy ministra Czesława Kiszczaka nie mogłoby się odbyć. Szczególnie, że Czesław Kiszczak wywodził się z wojska, z Wojskowej Służby Wewnętrznej, a osoby te miały być wcielane do wojska” – zeznał Maciej Gołębiowski z-ca Dyrektora Departamentu V MSW.

Zaczęło się „szkolenie”

Stanisław Szukała, dziś szef ZR Słupskiego „S”, w ’82 roku pracował w Zakładach Urządzeń Okrętowych Sezamor. Zajmował się też kolportowaniem prasy i wydawnictw podziemnych. W Wojskowym Obozie Specjalnym w Chełmnie k. Bydgoszczy przebywał od 5 listopada 1982 do 2 lutego 1983, po czym przewieziono go jeszcze na 12 dni do Grudziądza. Jego internowanie przedłużono, bo pod posłaniem znaleziono fragmenty prześcieradeł z napisem „Solidarność”. – Szykowaliśmy się do obchodów rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Esbecja szukała w Słupsku ludzi, którzy mogli mieć wpływ na załogi. Do domu przyszli żołnierze i wręczyli mi wezwanie. Dopiero na dworcach orientowaliśmy się, że to jakaś większa akcja zaplanowana na całą Polskę.
W Chełmnie znalazł się także Józef Dziki, w sierpniu ’80 uczestnik strajku w zakładach mięsnych w Ostródzie, dziś szef ZR Warmińsko-Mazurskiego „S”.
– Przyjechali po mnie i wylądowałem w domku WSW. Zaczęło się przesłuchanie. Byłem zdziwiony dlaczego wojsko, choć już wcześniej w zakładach byli komisarze wojskowi. Robili z wydziałami spotkania, zachęcali: „proszę mówić szczerze, co wam się nie podoba, bo wojsko zawsze z ludem”. To ja nadawałem ostro. Po którymś spotkaniu wysłano lojalki. Powiedziałem, że nic nie będę podpisywał i nawet na przesłuchania nie będę przychodził – opowiada Józef Dziki. – Później dostałem powołanie do rezerwy na pół roku. Mój kolega, który miał kogoś z rodziny w sztabie, powiedział: „Daj, ja to załatwię”. Po dwóch dniach przychodzi i macha ręką. „Oj chłopie, to nie do załatwienia. Nie podoba im się twoja działalność”.
Grupę, w której znajdował się Józef Dziki, trzymano w hali sportowej kilka godzin. Potem przywieźli mundury i kazali je zakładać. – Załadowali nas do samochodów ciężarowych. Dojeżdżamy i widzimy ogrodzenie z drutu kolczastego, z jednej strony Wisła, z drugiej wysoki wał. I namioty, gdzie nas rozlokowali. No i się zaczęło „szkolenie”. W namiotach nad Wisłą spędzili całą zimę.

Zimno i stare konserwy

Do Chełmna trafili działacze „S” z Łodzi, Płocka, Torunia, Bydgoszczy, Włocławka, Olsztyna, Gdańska, Słupska, Koszalina i Szczecina. Część osób, które internowano 13 grudnia, spędziła zaledwie kilka dni w domu i zabierano je do WOS-ów.
– Traktowano nas w sposób brutalny, odzywano się arogancko. Zresztą domyślaliśmy się, kto będzie sprawował nad nami „opiekę”. Że to będzie SB i przedstawiciele służb wojskowych – opowiada Stanisław Szukała. – Warunki były bardzo ciężkie. Przenikliwe zimno i fatalnej jakości jedzenie, np. dawno przeterminowane konserwy. Upadlano też bezsensowną pracą. Kopaliśmy rowy jednego dnia tylko po to, by następnego je zasypywać. „Opiekunowie” obozu byli bezwzględni.
– Jednego kapitana nazywaliśmy katem, bo co chwilę nas wyzywał i dawał do zrozumienia, jaki z nas element. Musieliśmy przeciągać skrzynie z amunicją i budować mosty pontonowe na Wiśle. Do tego doszły ciągłe zbiórki i przesłuchania. Jak się okazało między nami byli kapusie – relacjonuje Józef Dziki. – Bo jak człowiek w nocy coś powiedział, to w nocy dostawał kopa w wyro, pakowano go do gazika i na przesłuchanie. Nawet nie wiedzieliśmy gdzie nas wiozą. Na jednym z takich przesłuchań spotkałem mojego komisarza wojskowego z zakładów mięsnych. „O, dzień dobry panie pułkowniku”, przywitałem go. Krzyknął tylko: „Milczeć!”. „Taki pan był uprzejmy, mówił, że wojsko z ludem”, odpowiedziałem. Okazało się, że ma wszystkie papiery naszej komisji zakładowej, łącznie ze sprzętem. Wiedział, że malowałem kotwice i roznosiłem bibułę, czyli ktoś kapował.
– Kto z panem był w prezydium? – pytał. Odparłem, że nie pamiętam.
– Nie pamięta pan? – zawiesił głos. Patrzę, a on wyjmuje całą dokumentację wyborów.

Ubek w każdym namiocie

Zeznania kpt. Mariana Gosza, szefa sztabu 9. batalionu pontonowego nie pozostawiają złudzeń co do charakteru rzekomych obozów wojskowych. „Wiedziałem, że są to działacze Solidarności z Polski północnej, że takich zgrupowań jest 5 lub 6 w Polsce i celem tych zgrupowań było rozbicie aktywu Solidarności i niedopuszczenie do strajku pod pozorem długotrwałego szkolenia wojskowego”. O tym, jaki jest cel operacji świadczy też naszpikowanie obozu w Chełmnie esbekami. „Wiem z rozmów z kolegami, że w każdym namiocie SB lub WSW miała swojego człowieka, który był traktowany tak samo jak pozostali. Namiotów z zakwaterowanymi rezerwistami było 40, a więc nasycenie tzw. OZI było wyjątkowo duże, ale i też specyfika tego powołania była wyjątkowa. A materiał (powołani) byli oceniani jako wyjątkowo niebezpieczni w sensie politycznym”.
Wiedzieli, że odmowa wykonania rozkazu grozi sądem wojskowym. Potwierdza to Józef Pintera, dziś przewodniczący Stowarzyszenia Osób Internowanych „Chełminiacy 1982”, który tworzył „S” w Zakładach Chemicznych „Organika Zachem” w Bydgoszczy i w listopadzie ’82 trafił do Chełmna. – O tym, że mogą do nas strzelać powiedzieli podczas apelu na placu, który określaliśmy mianem placu bez Boga. Ostrzegli, że każda próba wejścia na wał oznacza otwarcie ognia ze strony ochrony obozu i mają rozkaz użycia ostrej amunicji. Jeden z rozkazów mówił co z nami zrobić w przypadku szczególnych sytuacji w kraju. Kiedy niedawno zwróciłem się do Sztabu Generalnego Wojska Polskiego o udostępnienie nam tego rozkazu odpisano mi, że jest utajniony na 50 lat. A to było przecież internowanie, a nie operacja objęta tajemnicą wojskową. Jeżeli coś skrywa się na 50 lat to ja mówię wprost – w rozkazie była prawdopodobnie decyzja o naszej fizycznej likwidacji.

Lekarz-major obozowym katem

Mimo grożących sankcji nie poddawali się. Między namiotami umieścili krzyż.
– Prowadziliśmy też głodówkę, bo któregoś dnia jeden z naszych kolegów zniknął. A nie dopuszczano odwiedzin członków rodzin i nie wiedzieliśmy, co stało się z tym człowiekiem. Głodówka okazała się skuteczna – wspomina Stanisław Szukała.
Do Chełmna trafiali ludzie poważnie chorzy.
Józef Pintera: – Kiedy dostałem zawału serca robiono wszystko, bym nie otrzymał pomocy. Chodziło o to, że jak zejdę w sposób naturalny z tego świata, to rozwiąże się im poważny problem, bo inicjowałem rozmaite akcje.
Stanisław Szukała był po amputacji dwóch palców. – Jak przyszedł mróz to robiłem sobie prowizoryczne opatrunki, by jakoś wytrzymać.
Jak można było przetrwać zimę w namiotach?
– Spało się w ubraniu, okrywając kocami – odpowiada Józef Dziki. Ale i on wylądował w szpitalu.
– Przeszedłem wcześniej operację nogi i pojawił się krwiak. Któregoś razu nie mogłem zapiąć pontonu, był za ciężki, a strażnik kopnął mnie w tę nogę. Chciałem się odwinąć, ale koledzy mnie powstrzymali; nieraz człowiek nie wytrzymywał nerwowo i chciał przywalić. Pierwszy lekarz, major, dał mi zastrzyk uodparniający w d… i krzyknął: „Wypad”. Zaczął wygrażać, że jesteśmy szkodnikami i nie na darmo się tu znaleźliśmy. Dopiero po perswazjach go zmienili.

Kiszczak kłamie

Dopiero wtedy, gdy udało im się przekazać wiadomość jednemu z księży z katedry chełmińskiej otrzymali pomoc od mieszkańców Chełmna.
– Podałem list do kościoła, który został publicznie odczytany, gdzie informowałem, że obozie nie siedzą przestępcy, tylko ludzie „S”. Że to normalny obóz internowania. Wtedy mieszkańcy miasta zaczęli nam dostarczać żywność i leki – wspomina Józef Dziki.
Dziś chcą, by pobyt w WOS-ach uznano za internowanie. – To była przecież ostrzejsza forma internowania od tradycyjnej w PRL. Kiedy mnie wywożono z Chełmna do Grudziądza to nawet nie wiedziałem w jakim kierunku jadę, na ile, czy wrócę i jak wrócę. Siedziałem 5 dni w celi jednoosobowej nim powiedziano mi gdzie trafiłem – podkreśla Szukała. – Dziś nie ukrywam pretensji do dawnych liderów, którzy są na świeczniku, z Lechem Wałęsą i Bogdanem Borusewiczem na czele, którzy próbują zawłaszczyć całą tradycję solidarnościową, całą walkę. Kiedy zwróciliśmy się do sejmu o uznanie pobytu w WOS-ach za internowanie, marszałek Niesiołowski pytał: „O co im chodzi? O pieniądze?”.
Oburza ich postawa gen. Kiszczaka, który zasłania się niewiedzą.
– Kiszczak bezczelnie kłamie, że o obozach nie wiedział. Całe okręgi wojskowe były zaangażowane w tę operację. Do WOS-ów trafiło ok. 1500 osób. W razie próby ucieczki żołnierze mieli rozkaz do nas strzelać z broni palnej, a potem wszelką dokumentację zniszczyć. Taki rozkaz został zachowany i widnieje pod nim podpis jednego z dowódców – wskazuje Szukała.
Józef Dziki uważa, że Kiszczak kpi z wymiaru sprawiedliwości.
– To dowódca jednostki sam sobie zarządził, że wsadzi ludzi do obozów? – pyta retorycznie. – Kiszczak robi z ludzi palantów. Najgorsze, że podobnie czyni wymiar sprawiedliwości.
Kiedy przed laty zwrócił się do IPN o śledztwo dotyczące WOS-ów, odpowiedziano mu, że w instytucie nie ma dokumentów. – Sprawa obozów była przez lata ukryta, pod kontrolą WSI. Dopiero jak rozwiązali WSI to okazało się gdzie schowali nasze papiery.
Dziki o status internowanego się nie stara. – Nie chcę z siebie kombatanta robić. Chodzi mi tylko o wskazanie osób, które obozy zorganizowały. W Czerwonym Borze trzymali ludzi w bydlęcych wagonach, a Kiszczak i Jaruzelski kłamią, że o tym nie wiedzieli.
Stanisław Szukała uważa, że o Wojskowych Obozach Specjalnych trzeba mówić w imię prawdy. – Dużo naszych kolegów już nie żyje, niektórzy żyją w biedzie. Chodzi o podstawową sprawiedliwość, która się im należy.

Krzysztof Świątek • Tygodnik Solidarność

Możliwość komentowania Kiszczak jak zwykle nic nie wie została wyłączona

%d blogerów lubi to: