Po co nam wybory?

Posted in ■ aktualności, ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 21 lipca 2011

Powszechnie uznaje się, że „III Rzeczpospolita” narodziła się w dniu wyborów „kontraktowych” 4 czerwca 1989 roku. Niektórzy nawet dość huczne obchodzą kolejne rocznice.

Tymczasem to, co nastąpiło w tym dniu trudno nawet nazwać wyborami, przypominało to raczej komunistyczne głosowania, które miały tylko jeden cel; – uzyskać formalne potwierdzenie faktu sprawowania władzy przez określony układ. Podobnie było w 1989 roku, tamte wybory miały na celu wyłącznie uzyskanie potwierdzenia decyzji zapadłych w Magdalence czy gdzie indziej w odniesieniu do nowego rozdania kart przez stary reżim.

Z punktu widzenia propagandowego okazały się niewypałem ze względu na niską czterdziesto procentową frekwencję. W normalnych warunkach to quasi referendum powinno być unieważnione i rozpisane prawdziwie demokratyczne pięcioprzymiotnikowe wybory. Zrobiono jednak dobrą minę do złej gry i wykorzystano rzekomo uzyskany mandat narodu dla umocnienia swojej władzy. Wszelkie następne wybory nosiły na sobie piętno grzechu pierworodnego i stanowiły prostą jego konsekwencję. Próbę zmiany sytuacji przez rząd Olszewskiego obalono również w czerwcu naprowadzając bieg wypadków na poprzednio ustalone tory.

W tych okolicznościach nie dziwi niska frekwencja w wyborach parlamentarnych, ludzie po prostu nie wierzą, że mają one jakikolwiek wpływ na faktyczną władzę.

Na ośmiokrotne wybory parlamentarne począwszy od roku 1989 tylko dwa razy udało się nieco przekroczyć 50 % udziału i odbyło się to wyłącznie na zasadzie mobilizacji do negatywnego stosunku w 1993 roku do rządu Suchockiej wywołanym zresztą przez „Solidarność”, a w roku 2007 na zasadzie powszechnej propagandy przeciwko rządom PiS’u, co zresztą niezupełnie się udało gdyż PiS mimo wszystko utrzymał poziom swego elektoratu.

Są kraje i pewne rodzaje wyborów, które wymagają dla ważności przekroczenia 50% frekwencji, przy zastosowaniu tej zasady okazałoby się, że w 6 na 8 przypadków mamy do czynienia z nieważnymi wyborami.

I pomyśleć, że w wyborach do pierwszego parlamentu niepodległego państwa polskiego w 1919 roku frekwencja wynosiła około 85%, mimo że toczyła się jeszcze wojna o granice i warunki obiektywne były nieporównywalnie gorsze. Ale wtedy istniała powszechna świadomość, że mamy do czynienia z rzeczywistą niepodległością i że wynik tych wyborów zadecyduje o kształcie państwa polskiego.

Kampania wyborcza do jesiennych wyborów trwa już od dawna i polega ona głównie na obrzydzaniu przez wszelkie możliwe media jakichkolwiek prób zmiany istniejącego układu rządzącego Polską, tego rodzaju akcja trwa już od przeszło dwudziestu lat i nic się w niej nie zmienia. Szykuje się zatem prolongatę władzy w rękach obecnej edycji reżimowego partnera, czyli PO, bowiem następcy PZPR są jeszcze za słabi żeby przejąć pałeczkę jak to miało miejsce w 1993 i 2001 roku. Mogą natomiast zastąpić z lepszym skutkiem obrotowego spadkobiercę ZSL, który dla zmylenia nadał sobie historyczną nazwę PSL przygotowując sobie drogę do następnej zmiany warty.

I pomyśleć, że ten kontredans trwa już ponad dwadzieścia lat przy praktycznie biernej postawie społeczeństwa polskiego objawiającej się jedynie w pogardliwym stosunku do wyborów. A przecież wystarczyłoby podniesienie poziomu frekwencji nawet nie owych 85 % z roku 1919, ale choćby do 75 % ażeby raz na zawsze obalić skutki spisku „czerwonych z różowymi” z 1989 roku.

Istnieje jednak zawsze niebezpieczeństwo realizacji stalinowskiej zasady przewagi liczenia głosów nad ich oddawaniem. Wyszkoleni w niej specjaliści dają o sobie ciągle znać wiedząc, że włos im za to z głowy nie spadnie. Najlepszym tego wyrazem są najrozmaitsze afery wałbrzyskie, warszawskie i temu podobne. Uczniowie zresztą prześcignęli mistrza gdyż nawet w swoim czasie złamali wyrok Sądu Najwyższego ażeby nie dopuścić do udziału w sejmie osób niemile widzianych przez układ, nie mówiąc już o nagminnym unieważnianiu głosów, czemu sprzyja przyjęta forma głosowania. Przykładów na nagminne fałszerstwa wyborcze jest bez liku, ale mino zgłoszeń lekceważy się je lub uznaje, że nie miały wpływu na wynik wyborczy.

Czy przy tej pesymistycznej ocenie współczesnej nam praktyki traktowania wyborów istnieją jakieś szanse na realne zmiany?

Wprawdzie w swoim czasie Jan Olszewski w wyniku własnych doświadczeń wyraził się, że za pomocą kartki wyborczej tego układu nie da się przewrócić, ale mimo to nie można z tej drogi rezygnować oddając ją bez walki przeciwnikowi.

W nadchodzących wyborach nie można się spodziewać całkowitego obalenia układu, ale jednak istnieje nadzieja na uczynienie weń wyłomu, może nawet z lepszym skutkiem niż w 2005 roku.

Wymaga to jednak zdecydowanie innej koncepcji wyborczej aniżeli w poprzednich latach. Zwracałem uwagę wielokrotnie, że szansa na wygranie wyborów prezydenckich przez Jarosława Kaczyńskiego leży w oderwaniu ich od formuły partyjnej na rzecz frontu ogólnonarodowego. Niestety wybory te sprowadzono do pojedynku między PO i PiS, co przy kolosalnej przewadze PO pod względem finansowym i możliwości administracyjnych zakończyło się jej sukcesem.

Istnieją uzasadnione obawy, że podobnie będzie w jesiennych wyborach parlamentarnych, a wówczas nawet przy możliwości uzyskania przewagi w liczbie uzyskanych głosów będzie to zwycięstwo pyrrusowe.

Szanse na wprowadzenie zmian daje zwycięstwo PiS zapewniające 3/5 mandatów poselskich, co wymagane jest dla przezwyciężenia ewentualnego veta prezydenckiego.

Na konieczną zaś zmianę konstytucji potrzebne byłoby aż 2/3 mandatów.

Są to wielkości bardzo trudne do uzyskania mając na względzie wspomniane wyżej warunki, w jakich wybory się odbywają, mając na względzie alternatywę klęski mimo wygranych wyborów warto pokusić się o zwycięstwo totalne, tym bardziej, że ryzyko praktycznie nie istnieje.

Istnieje jeszcze jedno zastrzeżenie, a mianowicie nieuchronne ujawnienie po wyborach prawdziwej sytuacji gospodarczej, a nade wszystko finansowej budżetu państwa. W tych okolicznościach niektórzy taktycy polityczni mogą uznać, że lepiej nie brać steru rządów w swoje ręce w tak katastrofalnej sytuacji.

Błąd tego rodzaju myślenia polega na tym, że płyniemy statkiem, który nie dryfuje na skały, a jedynie na mieliznę i skutki klęski będą przeniesione na społeczeństwo, a „rząd się wyżywi” jak zwykle. Tylko zasadnicza zmiana koncepcji rządzenia Polską może wyprowadzić nas ze ślepego zaułka, w który zostaliśmy wprowadzenie przez antypolski system sprawowania władzy. Wybory zaś dają szansę, jeżeli nie na całkowite zwycięstwo to przynajmniej na takie osłabienie układu, że otworzą się możliwości osiągnięcia zwycięstwa, oby jak najrychlej.

Andrzej Owsiński • niezalezna.pl

Możliwość komentowania Po co nam wybory? została wyłączona

%d blogerów lubi to: