„Robotnik Wybrzeża” – pismo WZZ Wybrzeża

Posted in ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Gwiazda Joanna Duda by Maciejewski Kazimierz on 1 grudnia 2011

Siedem numerów „Robotnika Wybrzeża” i około dziesięciu ulotek to jedyne pisane źródła historyczne działania Wolnych Związków Zawodowych. Poza tym WZZ-ty zapisały się w archiwach bezpieki i w pamięci działaczy.
IPN bada tylko archiwa.

Relacje ze swojej działalności musimy napisać sami. Można złożyć je w bibliotece PAN-u. Może doczekają lepszych czasów. WZZ-ty nie dokumentowały swojej działalności, nie były zarejestrowane, nie mieliśmy listy członków, nie protokołowaliśmy zebrań. Notatki paliło się natychmiast, gdyż w przypadku wejścia bezpieki należało papier zjeść.

Mogliśmy wydawać „Robotnika Wybrzeża” częściej, nie brakowało ani tematów, ani autorów. Odbiór społeczny naszego pisma był nadzwyczajny, każdy numer stanowił wydarzenie. Niestety, nie mieliśmy ani środków technicznych, ani pieniędzy, a bezpieka rzuciła się na nas z taką zajadłością, że co udało się zorganizować, to natychmiast znikało w jakimś Trójkącie Bermudzkim. Mieliśmy dostać powielacz, ale nie dojechał przechwycony przez agenta. Woskówki, które za nasze prywatne dolary kupił na Zachodzie i przemycił marynarz Jacek Jaruchowski, wyparowały ze skrytek. Maryla Płońska, aby nie zmarnować żadnej matrycy, najpierw przepisywała teksty na kratkowanym papierze i planowała rozmieszczenie spacji.

Andrzej Bulc kradł w Elmorze sito. Andrzej Gwiazda produkował sprzęt do drukowania, emulsję, farbę, montował halogeny. Rady techniczne z Warszawy nie sprawdzały się – farba się rozmazywała albo suszyliśmy ją w piekarniku. Średnio co dwa tygodnie całe mieszkanie przewracała do góry nogami bezpieka i zabierała wszystko, co kojarzyło się jej z drukiem: szpachelki, tkaniny, statywy, chemikalia. Podejrzliwie oglądali wałki do wyżymaczki i tkaninę na tropik do namiotu. Nie sposób było drukować w mieszkaniach czołowych działaczy. Niestety, dwa komplety sprzętu przekazane pewnym młodym ludziom znikły w Trójkącie Bermudzkim.

W bieżącej pracy bazowaliśmy na „Robotniku”, który bez większych przeszkód docierał z Warszawy. Inną bibułę mogliśmy sprowadzać tylko za pośrednictwem Ruchu Młodej Polski. Tak postanowił KOR.

Na tej sali* nie jest dla nikogo tajemnicą, że różne odłamy opozycji przedsierpniowej były zwalczane lub tolerowane w nierównym stopniu. Również w „Solidarności” mieliśmy „czyste robotnicze związki”, czyli nurt wodzowski i „ekstremistów, politykierów”, czyli zwolenników demokracji. Z kolei przy okrągłym stole zasiadła opozycja „konstruktywna, demokratyczna”, a opozycja, która nie poparła tego układu to były „oszołomy, przeciwnicy dialogu gotowi używać siły zamiast argumentów”. Oczywiście, w każdym ugrupowaniu czy frakcji byli autentyczni działacze i przysłani z komendy wykonawcy polityki SB. To dotyczyło wszystkich.

Ciekawe jest jednak pytanie: Dlaczego mała grupa, ostro zwalczana od wewnątrz i z zewnątrz zdołała przekonać do idei WZZ-tów tak wielu ludzi? Było w tym dużo szczęścia, może palec boży. Wydaje mi się jednak, że główną przyczyną sukcesu WZZ-tów była prosta formuła działania. Łatwo było zrozumieć, o co nam chodzi i przyłączyć się. Na przykładzie redagowania „Robotnika Wybrzeża” spróbuję opowiedzieć, czym różniliśmy się od innych grup opozycyjnych.

Byliśmy być może jedyną nieelitarną grupą opozycyjną. Inni chcieli zrobić coś dla chłopów, robotników, młodzieży – edukować ich lub bronić. My chcieliśmy zrobić coś dla siebie, kolegów z pracy, mieszkańców Gdańska, Polaków. Chcieliśmy czegoś się nauczyć, poprawić warunki pracy i płacy, sprzeciwić się jakiemuś draństwu, wywalczyć trochę wolności, obronić kolegów. W WZZ-tach działali ludzie o raczej przeciętnym statusie społecznym. Nie uważaliśmy się za mądrzejszych czy ważniejszych od naszych czytelników, nie próbowaliśmy ich pouczać. Dzieliliśmy się własnymi doświadczeniami, wiedzą, spostrzeżeniami.

Pisaliśmy o sprawach codziennych. Np. Andrzej Bulc o stanie stoczniowych sanitariatów, Anna Walentynowicz o pracy kobiet izolujących rurociągi azbestem i szklaną watą oraz o wizycie Gierka w stoczni, Alina Pieńkowska o służbie zdrowia, Andrzej Gwiazda o systemach płac, Maryla Płońska o walce mieszkańców z nieuczciwym zarządem spółdzielni mieszkaniowej i trujących wyziewach z materiałów budowlanych. Stałym tematem były prawa pracownicze i związkowe. Przypominaliśmy konwencję Międzynarodowej Organizacji Pracy i relacjonowaliśmy represje.

Nigdy nie proponowaliśmy działań, których nie sprawdziliśmy w swoich zakładach pracy lub nie mielibyśmy odwagi ich zrealizować. Przyjęliśmy zasadę, że przywódcy idą tylko o krok przed wojskiem, nie kilometr, ale idą na czele,
a nie chowają się w bunkrach. Pierwszym, najważniejszym warunkiem działalności była obrona w wypadku represji. W WZZ-tach nie było podziału na działaczy, którzy zdatni są tylko np. do kolportażu ulicznego i tych, którzy pracują nad koncepcjami i ubierają je w słowa. Ten system zwiększał bezpieczeństwo c´ałej grupy. Ci, którzy uniknęli aresztowania, mogli nadal samodzielnie prowadzić działalność, a przynajmniej napisać ulotkę w obronie kolegów.

Tak się szczęśliwie złożyło, że w Gdańsku dominującym przemysłem było okrętownictwo. Budowa statków wymaga samodzielności i inteligencji, nie ma takiego dystansu między projektantem i bezpośrednim wykonawcą, jak np. przy produkcji taśmowej lub w branży budowlanej. Do WZZ-tów przychodzili na ogół dobrzy fachowcy, znający od podszewki problemy zakładu pracy, ludzie o szerszych zainteresowaniach. Kiedy proponowaliśmy im pisanie, byli w pierwszej chwili zaskoczeni, ale brali się za pióro i okazywało się, że to nic trudnego.

Niestety, wiele tematów, które były przedmiotem dyskusji na spotkaniach, nie znalazło się w artykułach „Robotnika Wybrzeża”. Częstotliwość wydawania pisma i jego rozmiary były zbyt skromne. Np. z wyjątkiem informacji o manifestacjach niepodległościowych organizowanych przez RMP, w których uczestniczyli członkowie WZZ-tów, nie pisaliśmy o niepodległości Polski. Natomiast problem braku niepodległości wypływał w sposób naturalny na spotkaniach, na których próbowaliśmy wyliczyć udział płac w kosztach produkcji, porównać ceny statków, kursy rubla i dolara, oszacować inwestycje.

W środowisku o silnej solidarności zawodowej dezintegrujące działania agentów były utrudnione. Komendzie pozostało lansowanie na przywódców bohaterów rzucających się na milicjantów lub tych jedynych, którym udało się uniknąć obławy przed manifestacją.

Celem stopki redakcyjnej było podanie nazwisk i adresów tych działaczy, którzy zdecydowali się działać jawnie, ale skład redakcji nie był fikcją. Początkowo nawet wspólnie redagowaliśmy teksty. Pochłaniało to zbyt dużo czasu i w końcu sama się tym zajęłam, ale te dyskusje uczyły nas odpowiedzialności za słowo. Ważyliśmy każde zdanie, czy jest precyzyjne, czy nie jest zbyt patetyczne, czy sformułowanie jest mocne, ale nie wulgarne lub przesadne.

Wyłapywaliśmy dłużyzny, ponieważ druk i kolportaż każdego centymetra tekstu zbyt wiele nas kosztował. Unikaliśmy peerelowskiej nowomowy. Sądzę, że obyczaj dyskutowania i uzgadniania, przewidywania zarówno reakcji władz, jak i odbioru naszych tekstów i oceny naszych akcji przez ludzi niezaangażowanych, pozwalały nam wywierać coraz większy wpływ. Kiedy zaczął się strajk, okazało się, że zasięg „Robotnika Wybrzeża” przekroczył nasze najbardziej optymistyczne szacunki.

Mała grupka WZZ-tów rozpłynęła się w „Solidarności”. Stan wojenny zniszczył demokrację. WZZ-ty zostały wymazane z historii, a wraz z nimi miliony ludzi, którzy w latach 80. tworzyli społeczeństwo obywatelskie. Transformacja ustroju przeprowadzona odgórnie, bez udziału społeczeństwa, przyniosła rezultaty, których opisywać nie muszę. Teraz na całym świecie panoszy się neoliberalizm. Znowu jakaś doktryna ekonomiczna i ideologia są ważniejsze niż potrzeby i warunki życia ludzi. Nie wiadomo jak z tym walczyć.

Najprostszym rozwiązaniem wydaje się zdobycie pozycji w gronie decydentów, aby osiągnąć bezpośredni wpływ na losy państwa. Nie jest to łatwe, ale wielu uczciwym i mądrym ludziom udało się wejść do władz. Lecz dało to niewielkie rezultaty. Okazuje się, że tak jak za komuny, nie można zmienić systemu wchodząc w jego struktury.
Ta droga na skróty tylko pozornie jest skuteczna, ponieważ traci się najważniejszy atut – niezależność. Trudno powiedzieć, która z zasad WZZ-tów – demokracja, solidarność czy niezależność – była ważniejsza. Niezbędne są wszystkie.

Wyszła niedawno w Polsce książka pt. „Świat nie jest towarem”, napisana przez francuskich działaczy chłopskich: José Bové i Francois Dufoura. Tłumaczyła ją na język polski nasza koleżanka z WZZ-tów, Ewa Kubasiewicz. Obaj działacze, poza dominującymi we Francji związkami rolników, całkowicie niezależnie prowadzą od lat upartą walkę z uprzemysłowionym rolnictwem, „podłym żarciem” sprzedawanym w hipermarketach i serwowanym w McDonaldach, z wielkimi korporacjami i polityką rolną Unii Europejskiej. Walcząc z tak potężnym przeciwnikiem ostatnio zaczęli odnosić sukcesy, o których już głośno w świecie.

Czytając tę książkę, znajduję analogie do działalności WZZ-tów, chociaż walka toczy się w innych warunkach, w innym czasie i z innym systemem. Sądzę, że działalność na zasadach WZZ-tów była i jest najbardziej skutecznym sposobem przeprowadzania zmian systemu w kierunku pożądanym przez społeczeństwo.

Joanna Duda-Gwiazda

* Niniejszy tekst stanowi zapis referatu przedstawionego na konferencji naukowej Instytutu Pamięci Narodowej „Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża (1978-1980)”, która odbyła się w Gdańsku w dniach 9-10 października 2003. Na podobny temat Autorka wygłosiła wykład podczas II Festiwalu „Obywatela”, który odbył się na początku maja 2004. Powyższy artykuł ukazał się w „Obywatelu” nr 5(19)/2004

robotnik wybrzeża logo

pismo wydawane w Trójmiejście w latach 1978-1980 przez
Komitet Założycielski Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża

Reklamy

Możliwość komentowania „Robotnik Wybrzeża” – pismo WZZ Wybrzeża została wyłączona