WSPOMNIENIE STANU WOJENNEGO

Posted in ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Zborowski Lech by Maciejewski Kazimierz on 13 grudnia 2011

LECH ZBOROWSKI

O stanie wojennym pisano już dużo. Moim zdaniem jest to jednak temat, który nie może zostać zamknięty upływem czasu. Ten mroczny okres naszej najnowszej historii dotyczył w równym stopniu wszystkich, niezależnie od miejsca, z którego przyszło nam to wszystko obserwować i przeżywać. Niezależnie od tego, czy jest to historia ojca piszącego listy z więzienia, matki opłakującej śmierć syna, młodego człowieka z rękami brudnymi od kamieni i petard, chorego do którego nie dotarła karetka, opowieść studenta, który zamiast książek niósł w plecaku ulotki, ludzi marznących w sklepowych kolejkach, czy zwyczajnie kogoś, kto nie potrafił pogodzić się z niesprawiedliwością tamtych dni, pewnym jest, że bez tych pojedynczych świadectw, obraz stanu wojennego nie byłby pełny. Mam nadzieję, że moje wspomnienie stanie się równie przydatną cząstką tej całości.

WSPOMNIENIE STANU WOJENNEGO

Początkowo zamierzałem zacząć moje wspomnienia od pamiętnej nocy z 12go na 13go grudnia 1981 roku, kiedy to rozpoczynał się czas równie ciemny i ponury, jak tamta grudniowa noc. Jednak bez przypomnienia klimatu poprzedzających go dni nie byłby to kompletny obraz tamtego dramatycznego okresu. Przecież dla wielu, stan wojenny nadchodził powoli i był tylko kolejnym etapem całego ciągu wydarzeń. Jak nie pamiętać wszechobecnych w radiu i telewizji gróźb rozprawy z nieposłusznym społeczeństwem. Nachalna propaganda komunistycznej władzy od dłuższego już czasu nie pozostawiała żadnych wątpliwości, co do zamiarów partyjnych bonzów. Nie było chyba domu, w którym nie dyskutowano by na temat wiszącej w powietrzu burzy. Pod koniec roku, nie było już chyba nikogo, kto miałby jakiekolwiek wątpliwości, że coś się niedługo wydarzy.

Mało kto używał określenia „stan wojenny”. Jednak o możliwym stanie wyjątkowym – mówiło się niemal przy każdym stole. Już od polowy roku krążyły w solidarnościowym środowisku listy osób, przeznaczonych do aresztowania. Jak się później okazało listy były jak najbardziej prawdziwe i dokładne. To według nich dokonywano późniejszych aresztowań. Już listopadowe wieczory wypełnione były pełnymi emocji dyskusjami na temat tego, co miało nastąpić. Przez pewien czas dominowało przekonanie, że władze nie odważą się uderzyć przed nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia. Zastanawiano się czy w razie stanu wyjątkowego wojsko stanie po stronie ludzi, czy władzy? Rozprawiano na temat ewentualnej reakcji Solidarności. Oczywiście nie mogło zabraknąć sporów na zawsze obecne pytanie : wejdą czy nie wejdą? Dla mnie, na ironię, były to pierwsze chwile od bardzo dawna, kiedy miałem wreszcie trochę czasu na własne życie osobiste i oczywiście wieczorne dyskusje. Po pełnym wrażeń okresie Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i sierpniowym strajku przyszedł czas „Solidarności”, a z nim praca w drukarni gdańskiego Zarządu Regionu, która nie tylko pełna była przeżyć i emocji, ale również absorbowała cały niemal czas. Kiedy więc nadszedł grudzień, a ja wraz z resztą drukarzy siedziałem już trzeci miesiąc na przymusowym urlopie, będącym wynikiem równie dramatycznych wydarzeń jak te, które miały właśnie nastąpić, marzyłem o świętach i w wszystkim tym co z sobą niosą.

Groźbę nadchodzących zmian zapowiadało również inne zjawisko ówczesnej codzienności. Masowe wyjazdy na zachód, które powodowały, że nie było dnia, abyśmy nie dowiadywali się, że ktoś znajomy wyjeżdżał w pospiechu za granice. Hasło zamykających się szybko drzwi, pojawiało się równie często, jak temat możliwego napadu na społeczeństwo. Nawet ci, którzy nie chcieli do końca wierzyć w groźbę stanu wyjątkowego, nie mieli wątpliwości, iż odwilż w polityce paszportowej skończy się szybko i gwałtownie. Wyjeżdżało więc wielu. Jedni chcieli tylko zobaczyć świat, który tak długo był dla nich zamknięty, inni widzieli szansę zarobku i poprawienia swojej życiowej sytuacji. Wszyscy czuli jednak, że czas nagli. Pociągi w każdym możliwym kierunku jechały zapełnione już od wielu tygodni. Dla większości marzących o podróżach koniec roku wydawał się również końcem wszelkich możliwości. Żegnałem więc wielu przyjaciół, zazdroszcząc im często czekającej ich przygody.

Jakże gwałtownym przebudzeniem stała się nieoczekiwana decyzja o wyjeździe mojego brata Marka. Nagle to wszystko, co przed chwilą było tylko tematem towarzyskich rozmów, stało się przypomnieniem ponurej peerelowskiej rzeczywistości. Marek był osobą niepełnosprawną. Urodził się z poważną wadą serca przez, którą każdy dzień jego życia był nieustanną walką o następny. Wyjeżdżał, gdyż w kraju, który kochał, nie było miejsca dla takich jak on. Komunizm nie miał litości dla ludzi niepełnosprawnych. Jego sytuację pogarszał fakt, że przy całej swej fizycznej niedoskonałości posiadał niezwykłą wrażliwość na sprawy, którym przyszło mu się przyglądać w ponurych realiach PRLu.

To właśnie ta wrażliwość zaprowadziła go jeszcze w roku 1979 do trójmiejskich Wolnych Związków Zawodowych. Mimo ograniczonych fizycznych możliwości, był nieocenioną pomocą. Kiedy z niemałym trudem pojawiał się na WZZtowskich spotkaniach, czy akcjach ulotkowych. Bezpieka uznała za stosowne przekonać go, by tej działalności zaprzestał. Jeszcze w 1980 roku jakiś oficer SB zdenerwowany nieugiętą postawa Marka wrzeszczał mu prosto w twarz, że : ” takim jak on to w tym kraju może przytrafić się coś tragicznego „. Teraz ten dwudziestosiedmioletni człowiek szykował się do wyjazdu, a my przyglądaliśmy się temu z nieukrywanym smutkiem.

W Gdańsku gościł przyjaciel naszej rodziny, mieszkaniec Berlina Wschodniego, Dieter. Szykował się właśnie do powrotu. Marek skorzystał z zaproszenia i jednego mroźnego dnia ruszyli mocno już wysłużoną Skodą w stronę granicy. Mój brat zamierzał dojechać do Berlina, a następnego dnia ruszyć do Wiednia. Po wielu godzinach dotarli do przejścia granicznego. Było już późno i mroź zaczynał dawać się we znaki. Wydawało się, że za chwilę całe doświadczenie z naszą krajową rzeczywistością zamieni się w początek pełnej nadziei przygody. Obaj podróżni okazali paszporty. Strażnik zabrał je i zniknął w malej budzie służącej za punkt kontroli. Po jakimś czasie przekazał je strażnikowi bratniego narodu niemieckiego. Ten wysadził Marka z samochodu i oddał paszport z powrotem polskiemu funkcjonariuszowi. Ten znów zniknął w budzie. Tymczasem Dieter dostał polecenie przekroczenia granicy, któremu musiał się podporządkować. Przejechał więc i postanowił czekać po drugiej stronie. Polski służbista ciągle jednak nie wracał. Mijające minuty zamieniły się w godziny.

Nie było żadnego pomieszczenia, w którym Marek mógłby się schronić. Przez kilka godzin stał więc na trzaskającym mrozie. Wielokrotnie prosił o możliwość wejścia do środka by się ogrzać. Za każdym razem odmawiano mu, tłumacząc się jakimiś ważnymi przepisami. Po wielu godzinach przemarznięty Marek gotowy byl zrezygnować z paszportu na rzecz możliwości dotarcia w jakiekolwiek miejsce gdzie mógłby się schronić przed nieludzkim zimnem. Był środek nocy i żaden samochód nie przekraczał granicy w kierunku Polski. Kiedy więc nad ranem oddano mu wreszcie paszport, jego sytuacja nie zmieniła się w żadnej mierze. Dederowcy nie zamierzali go tej nocy przepuścić, rodacy nie pozwalali się ogrzać, a możliwość dotarcia do jakiegokolwiek miasteczka nie istniała. Kiedy zaczęło widnieć, Dieter ruszył do Berlina, by zawiadomić nas telefonicznie o sytuacji. Wczesnym rankiem wyczerpany i przemarznięty Marek złapał wreszcie okazję i dotarł do Szczecina. Nie zamierzał się jednak poddać i następnego dnia z pomocą życzliwych ludzi znalazł się w pociągu do Berlina. Stamtąd z dwudniowym opóźnieniem i jak się okazało ciężkim zapaleniem płuc, udało mu się dotrzeć do Wiednia.
Następne dni upływały nam więc na wyczekiwaniu każdej wiadomości o stanie jego zdrowia. W tym momencie walczył o życie. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, że walka ta trwać będzie ponad cztery miesiące.

Marek zmarł 4go maja 1982 roku na skutek powikłań po zapaleniu płuc.

Tymczasem w krótkim czasie po jego granicznych przejściach stan wojenny odciął nas od wszelkich informacji o nim. Pierwszy i jedyny list z wielu, które wysłał z wiedeńskiego szpitala znalazł drogę do nas dwa miesiące później. Tak wiec w podłym nastroju, czekając na jakakolwiek wiadomość patrzyliśmy na to co zaczynało się dziać wokół nas.

Nadeszła noc z 12go na 13go grudnia. W Stoczni Gdańskiej zebrali się delegaci Komisji Krajowej Solidarności, by dyskutować napiętą sytuację. Chyba właśnie ten fakt utwierdzał wielu w przekonaniu, że nic nie wydarzy się zanim zapadną jakieś ustalenia. Nie wszyscy jednak to przekonanie podzielali. Od kilku dni widać było przemieszczanie się kolumn zomowskiego sprzętu i ludzi. Zwłaszcza nocą. Przemykali się pod osłoną ciemności, jak hieny unikając spojrzeń tych, których niebawem mieli “przywoływać do porządku“. Grupa młodych ludzi pracujących w tym czasie w siedzibie gdańskiej Solidarności zorganizowała punkty obserwacyjne w okolicach milicyjnych koszar i siedziby bezpieki.

Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę obserwowali oni aktywność wokół zomowskich koszar. Prowadzili też nieprzerwanie nasłuch zomowskich radiostacji. Wiadomości były niepokojące i nie pozostawiały zdanych wątpliwości. Już na kilka dni przed zebraniem Komisji Krajowej wiadomo było, że szykuje się ostateczna rozprawa z Solidarnością. Wieczorem 12 grudnia był w tej grupie nasz przyjaciel Wojtek Bubella. Do niedawna był on częścią naszej grupy drukarzy gdańskiego MKZ Solidarność. Już od kilku dni przekazywano kierownictwu związku informacje o szczególnym poruszeniu w zomowskich szeregach. Wojtek dzwonił do nas poprzedniego dnia, mocno zdziwiony małym zainteresowaniem tymi informacjami.

Ten wieczór zaczął się dla mnie podobnie jak wiele ostatnich. W gronie przyjaciół dyskutowaliśmy jak zawsze gorąco aktualne tematy. Siedzieliśmy w mieszkaniu rodziców Ani Sosnowskiej. Do niedawna była sekretarką drukarni gdańskiego MKZtu. Tam się poznaliśmy i od kilku zaledwie miesięcy byliśmy małżeństwem. Z okna mieszkania przy ulicy Rzeźnickiej widać było siedzibę gdańskiej bezpieki. Mimo późnej pory, w większości okien paliły się światła. Dochodziła północ, kiedy w przedpokoju zadzwonił telefon. Wojtek wyraźnie podekscytowany mówił o tym, że ZOMO wyjeżdża z koszar i, że nie ma najmniejszych wątpliwości, że właśnie nadszedł moment, którego wszyscy tak bardzo się obawiali.

Zdążył jeszcze wykrzyczeć abyśmy natychmiast wyszli z mieszkania i czekali na niego w bramie sąsiedniego bloku. Rzuciłem słuchawkę i pobiegłem do pokoju. W kilku słowach opowiedziałem co się dzieje i wróciłem do telefonu by zawiadamiać innych. W słuchawce była już jednak przeraźliwie głucha cisza. Od telefonu Wojtka minęło zaledwie kilkadziesiąt sekund.W ciągu następnych kilku godzin mieliśmy przekonać się, jak wiele szczęścia mieliśmy tej nocy.
Wojtek przyjechał kilka minut później. Sytuacja nie dawała czasu na wyrażenie ogromnego zdziwienia tym, co zobaczyliśmy. Duży Fiat kombi, którym przyjechał po nas Wojtek, przypominał jeżdżący slup solidarnościowych ogłoszeń . Po chwili pędziliśmy przez gdańska starówkę samochodem oblepionym solidarnościowymi znakami od kol po dach. Nawet boczne okna nie były wolne od jaskrawych nalepek. Fiat należał do Suwalskiej Solidarności, której przedstawiciele obradowali właśnie w Stoczni. Kierowca Leszek, jeden z członków delegacji, choć mocno zdenerwowany dobrze radził sobie z wąskimi uliczkami nieznanego mu przecież miasta. Dopiero po latach uświadomiłem sobie, iż w tym całym zamieszaniu, nigdy nie poznałem jego nazwiska.

Już kilka minut później wyskakiwaliśmy w pospiechu na tyłach kamienicy przy ulicy Św. Ducha. Na pierwszym piętrze mieszkał nasz przyjaciel Andrzej Butkiewicz, drukarz gdańskiego MKZtu i znana postać przedsierpniowej opozycji. Ten adres znany był doskonale gdańskiej bezpiece. To tam odbywały się często WZZtowskie spotkania. Tam właśnie bezpieka przeprowadzała jedną rewizję za drugą i stamtąd tak często wyprowadzała jego gospodarza. Wbiegliśmy na piętro i zapukaliśmy do drzwi. Nie musieliśmy czekać. Jak się okazało, Ala żona Andrzeja, nie zdążyła jeszcze odejść od drzwi, które przed chwila zamknęła za swoim mężem i zgrają esbeków, którzy go właśnie wywlekli z domu skutego w kajdany. Zapłakana tłumaczyła, że była przekonana, iż to właśnie esbecy wrócili się po coś. Prawdopodobnie gdybyśmy nie wjechali na podwórko od tylu, to pewnie widzielibyśmy odjeżdżający samochód bezpieki. Z łamiącym się sercem odchodziliśmy w pospiechu. Nie było czasu na kilka choćby słów pocieszenia. Mieliśmy nadzieję dotrzeć do innych, zanim wyprzedzi nas w tym bezpieka. Ruszyliśmy więc w stronę Oliwy, gdzie mieszkała znaczna grupa naszych opozycyjnych kolegów. Chwilę potem gnaliśmy aleją Grunwaldzką, próbując w pospiechu ustalić najbardziej sensowną kolejność adresów. Nasz kierowca uznał słusznie, iż przestrzeganie limitów prędkości nie ma żadnego sensu i pędził ile tylko trzeszczący w szwach Fiat mógł wytrzymać.

W pewnym momencie, na wysokości Politechniki Gdańskiej, natknęliśmy się na konwój zomowskich ciężarówek i gazików. Jechali w kierunku Wrzeszcza co oznaczać mogło tylko jedno; jechali pacyfikować siedzibę Solidarności. Wyprzedzaliśmy więc jedną ciężarówkę za drugą. W ich ciemnych oknach rysowały się zarysy nieruchomych sylwetek w hełmach. Widok takiej masy przyczajonych bandziorów w środku zimowej nocy, był jednocześnie ponury i przerażający. Musieli mięć wielkie oczy, patrząc na wyprzedzający ich z wielką prędkością samochód Solidarności. Wydawało się, że kolumna nie ma końca. Jej początek był już nie dalej niż kilometr od celu.
W momencie kiedy cały ten ponury konwój zostawał z tylu, przed nami widać już było siedzibę Zarządu Regionu Gdańskiego Solidarności. Wiedzieliśmy, że mamy nie więcej niż dwie minuty czasu. Postanowiliśmy wbiec do znajdującej się na parterze drukarni i zabrać z niej cokolwiek, co mogłoby się później przydać. Zakładaliśmy ją i przepracowaliśmy w niej ponad rok, więc znaliśmy każdy jej zakątek. W nerwowym pospiechu próbowaliśmy podzielić role.

Wyskakiwaliśmy z samochodu niemal w biegu.Na pierwszy rzut oka budynek wydawał się pusty. Odnosiło się wrażenie, iż zomowska wojna była jeszcze w odległości kilkudziesięciu sekund. Zdążyliśmy zrobić zaledwie kilka kroków w stronę drzwi, kiedy te otworzyły się i w ich cieniu pojawiły się sylwetki w mundurach. Zanim zdążyliśmy wyrwać się z ogromnego zaskoczenia, mundurowi ruszyli z krzykiem w nasza stronę. Mieli polowe mundury milicji i czapki. Nie mieli hełmów i żadnego typowego dla ZOMO dodatkowego sprzętu. Wydawali się być bardziej zdenerwowani niż my sami. Ku naszemu zdziwieniu zupełnie nie obchodziło ich kim jesteśmy i co tam robimy. Za nami w odległości kilkuset metrów podjeżdżała już kolumna ZOMO. Milicjanci biegali jak opętani gestykulując i wrzeszcząc niezrozumiale. Kilku z nich wybiegło na środek jezdni. Ten najbliżej naszego samochodu podbiegł do niego i tłukąc pięściami w maskę wrzeszczał : “ jazda stad, jazda! “. Najwyraźniej byli tam, by przygotować przyjęcie kolumny. Wskakiwaliśmy do cofającego się już samochodu, a mijające sekundy wydawały się ciągnąć w nieskończoność.

Chwilę później patrzyliśmy, przez tylną szybę naszego Fiata, na dziki tłum zomowców wysypujących się na chodnik przed centrum krajowej Solidarności. Jeszcze niedawno przed ten sam budynek zajeżdżały ekipy telewizyjne i dziennikarze z całego świata. To tam przychodzili ludzie szukający pomocy. Teraz, kiedy większość Polaków spała, w tym samym miejscu zaczynała się brutalna rozprawa z chwilową namiastką wolności i budynkiem, który miał być jej symbolem. Myśleliśmy o naszej drukarni, w którą włożyliśmy tyle serca, a w której nie mogliśmy być, aby chociaż jej cześć uratować. Jechaliśmy teraz w milczeniu i choć emocje rozpierały od środka, przez dłuższą chwilę nikt nie miał odwagi tego milczenia przerwać. Wkrótce mieliśmy się dowiedzieć, że opętani szalem zomowcy tłukli wszystko co napotkali na swojej drodze. W drukarni nie została cała, jedna choćby maszyna. Co jednak było najgorsze, okazało się, że w budynku była też grupa pracowników. Wszyscy zostali aresztowani.

Czas uciekał nieubłaganie, a my dojeżdżaliśmy dopiero do Oliwy. W tym momencie nie widzieliśmy żadnych milicyjnych samochodów. To dawało nadzieję, że może uda nam się bezpiekę wyprzedzić i dotrzeć do niektórych przyjaciół na czas. Mieliśmy na swojej liście co najmniej kilkanaście osób, które chcieliśmy zastać bezpieczne za wszelką cenę. Jedną z nich był Janek Karandziej. Janek był nie tylko naszym przyjacielem, ale przede wszystkim motorem działania naszej małej grupy kolporterów – jeszcze w czasach Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, na długo przed pamiętnym sierpniem. Zaczynał się czas, kiedy tacy ludzie i takie przyjaźnie były na wagę przysłowiowego złota. Jeżeli dane było nam powrócić do podziemnego drukowania i działania, to chciałem to robić z kimś, z kim już trzy lata wcześniej rozumiałem się w tym temacie bez słów. Zadanie odszukania go w środku nocy okazało się trudniejsze, niż się mogło wydawać. Janek po raz kolejny zmienił właśnie miejsce zamieszkania. Przeniósł się wraz z rodziną do mieszkania swojej teściowej i nikt z nas nie znał dokładnego adresu. Wydawało się nam, że rozpoznamy podwórko, na którym byliśmy raz przez krotką chwilę. Leszek okazał się fantastycznym kierowcą i wjeżdżał z piskiem opon we wszystkie wskazane zakamarki. Czas leciał nieubłaganie, a my nie mogliśmy rozpoznać żadnego miejsca. Trudno powiedzieć, czy była to sprawa nerwów, czy fakt iż było to gdzieś w głębi podwórka, którego nikt z nas nie mógł rozpoznać w środku nocy. Mieliśmy przemożne uczucie , że jesteśmy bardzo blisko. Musieliśmy jednak pędzić dalej. Jedynym pocieszeniem była myśl, że jeśli nie możemy go znaleźć my, to może nie uda się także bezpiece. Janek nie był w tym miejscu zameldowany. Później okazało się, że nasze życzenie się spełniło. Bezpieka rzeczywiście nie trafiła do Janka tej nocy.

Następnego dnia rano udało mu się bezpiecznie opuścić mieszkanie. Niestety nie mieliśmy okazji się o tym dowiedzieć, a tym bardziej nacieszyć. Dwa tygodnie później Janek wpadł w ręce bezpieki, zanim udało się nam wzajemnie odnaleźć. Został aresztowany i przewieziony do wiezienia w Strzebielinku. Wiadomość dotarła do nas już po nowym roku. Jadąc dalej nie traciliśmy nadziei. Może uda się dotrzeć do innych. Zaledwie kilka minut dalej mieszkał Tomek Wojdakowski. Również drukarz Zarządu Regionu Solidarności i działacz przedsierpniowych Wolnych Związków. Tomek miał już długą listę doświadczeń z bezpieką i z całą pewnością dużą teczkę w ich archiwach. Nie ulegało więc wątpliwości, że bezpieka nie będzie czekać zbyt długo z jego aresztowaniem. Kiedy stanęliśmy w drzwiach jego mieszkania potwierdziły się nasze złe przeczucia. Tomek został zabrany z domu jeszcze o północy. Nie mieliśmy żadnych szans by dotrzeć do niego przed bezpieką. Później okazało się, iż był on jednym z pierwszych więźniów w Strzebielinku. Za sprawa zaangażowania żony Tomka, Joli oraz jego mamy, ich mieszkanie stało się później naszym najważniejszym punktem kontaktowym i źródłem niezbędnych informacji. Stamtąd też wielokrotnie nadawała podziemna radiostacja Solidarność. W pospiechu umawialiśmy sposób późniejszych kontaktów z Jolą i za chwilę znów siedzieliśmy w samochodzie.

Zaczynaliśmy zdawać sobie sprawę z faktu, iż minęła już ponad godzina od chwili, kiedy bezpieka rozpoczęła swoją wojnę. Wojnę, o której tak niewielu jeszcze wiedziało. Ruszyliśmy dalej. Przejazd przez tory i znaleźliśmy się na Żabiance, na której mieszkałem przez wiele lat. Dwa bloki od mieszkania moich rodziców mieszkał Piotr Kapczyński. Piotr był podporą podziemnej poligrafii w przedsierpniowych Wolnych Związkach i miał w esbeckiej kartotece solidne miejsce. Jadąc windą nie miałem większych nadziei. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem w drzwiach jego zaspaną twarz. Mieliśmy szczęście. Nie było jednak chwili do stracenia. Piotr kończył ubierać się w ciemnej klatce schodowej. Ustaliliśmy kontakt i Piotr zniknął w pustych osiedlowych zakamarkach. Jak łatwo było przewidzieć, w krótkim czasie, uruchomił on sieć drukarni tak doskonale zakonspirowanych, że przetrwały wielokrotne rewizje lokali , w których się znajdowały. Ponownie stał się filarem podziemnej poligrafii. Bezpieka przyszła po niego godzinę później.

Ruszyliśmy dalej w nieco już lepszym nastroju. Dobre samopoczucie z powodu spotkania z Piotrem szybko jednak prysło, gdy okazało się, że dalsza jazda stawała się coraz trudniejsza z każdą mijającą chwilą. Na pustych ulicach zaczęły pojawiać się milicyjne patrole, a nasz samochód, aż się prosił, by zwrócić na niego uwagę. Z dużym trudem odwiedziliśmy jeszcze kilka adresów, aby po trzeciej nad ranem wylądować w Sopocie. Piotr był naszym jedynym sukcesem tej nocy. Pocieszaliśmy się tym, że informacje o tym co się działo przekazywane były do stoczni już od początku obrad. Byliśmy pewni, ze prędzej czy później spotkamy tam wielu z tych, którzy tam tej nocy obradowali.

Tymczasem mieliśmy do pokonania całkiem poważny problem. Dalsza jazda stawała się coraz trudniejsza z uwagi na coraz większą ilość milicyjnych patroli na ulicach. Musieliśmy znaleźć niemal natychmiast schronienie dla czterech osób. Trzeba też było zdecydować, co zrobić z samochodem. Mieliśmy tylko dwie opcje. Albo porzucić auto, albo je ukryć. Powrót do zakamarków Oliwy, którą znaliśmy od podszewki wydawał się w tym momencie niemożliwy. Postanowiliśmy więc spróbować szczęścia i szukać pomocy u mieszkających w Sopocie państwa Sztompków. Doktor Waldemar Sztompka to historia sama w sobie, a jego zdecydowany antykomunizm był powszechnie znany. Wraz z żoną panią Teresą byli mocno zaskoczeni niespodziewaną wizytą w środku nocy. Tłumaczyliśmy w pospiechu co się właśnie stało. Doktor Waldemar pomógł ukryć samochód na tyłach kamienicy, a pani Teresa szykowała dla nas miejsca do spania. Tej nocy nikt jednak nie zasnął. Zastanawialiśmy się nad następnym krokiem. Z tych rozważań wyrwało nas dopiero poranne przemówienie Jaruzelskiego, ogłaszające wprowadzenie stanu wojennego. Cała ostatnia noc wydała się nagle tak bardzo realna.

Zaczęła się niedziela, a my pochłonięci byliśmy układaniem planu co dalej? Tymczasem nasz nowy znajomy z Suwałk miał w tym momencie tylko jeden cel. Chciał jak najszybciej znaleźć się w pobliżu swojej rodziny. Wsadziliśmy Leszka w pociąg i nie wiedząc jeszcze jak wygląda nowa rzeczywistość mogliśmy tylko trzymać kciuki za jego bezpieczną podróż.
Już tego dnia przyszło nam przekonać się , że ta rzeczywistość będzie mocno inna od tej do której przywykliśmy. Kilka godzin po ogłoszeniu stanu wojennego w radiu i telewizji, w drzwiach mieszkania państwa Sztompków pojawiła się sąsiadka z drugiej kamienicy stwierdzając, że jeśli natychmiast nie usuniemy ukrytego pod plandeką samochodu to ona zawiadomi milicję. Z jednej strony dobrze się stało, że postanowiła przyjść najpierw do nas, z drugiej był to sygnał, że od tej pory musimy do wszystkiego podchodzić ze szczególną ostrożnością. Zdzieranie solidarnościowych nalepek i napisów z samochodu zabrało trochę czasu. Sąsiadka jednak milicji nie zawiadomiła. Podziękowaliśmy więc wkrótce naszym gospodarzom, wdzięczni za nieoceniona pomoc i ruszyliśmy w stronę Gdańska. Tam mieliśmy możliwość ukrycia samochodu. Co jednak było w tym momencie najważniejsze, to fakt, że tam mieliśmy też największe szanse znaleźć tych, którym mogło się udać uniknąć aresztowania.

Znalezienie przyjaciół było w tym momencie bezwzględnie najważniejsze. Kiedy wreszcie udało nam się ukryć samochód było już późno. Na ulicach duży ruch. Odnosiło się wrażenie, że każdy kogoś szuka. Przy niedziałających telefonach osobiste odwiedziny były jedyną formą sprawdzenia sytuacji swoich bliskich. Ludzie przemierzali więc ulice jak zapracowane mrówki.

Tego dnia zostało niewiele czasu na poszukiwania i nie byliśmy zaskoczeni, iż nie udało nam się odnaleźć nikogo. Zadanie było o tyle trudne, że jeśli nawet ktoś przetrwał bezpiecznie noc, to wiadomo było, że następnego ranka nie wróci już pod stały adres. Odwiedzaliśmy wiec punkty kontaktowe z czasów WZZtowskiej opozycji. Musieliśmy też zawiadomić nasze rodziny, że jesteśmy bezpieczni i ustalić jakieś formy kontaktów. Odwiedziliśmy więc przyjaciół, którzy mogli takie wiadomości przekazać.

Nadchodził wieczór i zbliżała się godzina milicyjna. Trzeba było znaleźć schronienie. Znaleźliśmy najlepsze z możliwych. Za sprawa wielkiej życzliwości Ani Chranickiej i Andrzeja Wrońskiego. Mama Ani była przez długie lata kustoszem Muzeum Narodowego w Gdańsku. Mieszkali w oddzielonej ścianą części mieszkalnej muzeum. Trudno było domyśleć się, że jest tam mieszkanie. Wejście do muzealnego kompleksu od ulicy Rzeźnickiej prowadziło przez dużą żelazną bramę i duże zabytkowe drzwi. Strome schody w wąskim i ciemnym korytarzu przypominały bardziej tylne wejście do jakiegoś zamku niż drogę do czyjegoś mieszkania. To była wymarzona kryjówka. Muzeum znajdowało się blisko siedziby gdańskiej bezpieki, co w myśl zasady “ pod latarnią najciemniej “ dawało dodatkowe poczucie bezpieczeństwa.

Przechowywanie trzech dodatkowych osób nie było jednak sprawą prostą. Codzienna rutyna niemożliwa była do utrzymania. Mimo niemałych kłopotów związanych z naszą tam gościną, od pierwszego momentu staliśmy się niemal częścią rodziny. Gościnność pani Chranickiej, Ani i Andrzeja trudna jest do opisania.
Z trudem doczekaliśmy następnego dnia. Rano ruszyliśmy na dalsze poszukiwania. W tym momencie jeden tylko adres wydawał się właściwy. Ruszyliśmy więc prosto do stoczni. Mimo sporego tłumu, dojście do bramy stoczni okazało się nie takie trudne. Okazało się też, że w stoczni ogłoszono strajk okupacyjny. Ludzie wydawali się bardzo zdecydowani. Można było słyszeć rozmowy o obronie stoczni w razie ataku. Czuło się jednak wyraźny niepokój. Nas interesowało w tym momencie przede wszystkim, gdzie są ci, których spodziewaliśmy się tutaj zastać? Pytaliśmy przede wszystkim co stało się z Komisją Krajową, która obradowała w stoczni jeszcze dwie noce wcześniej i gdzie są jej przedstawiciele?

Przeżyliśmy prawdziwy szok, kiedy usłyszeliśmy iż poza pojedynczymi wyjątkami, aresztowano zdecydowaną większość przedstawicieli KK. Nie mogliśmy w żaden sposób zrozumieć, jak mogło do tego dojść. Chociaż nie wiedzieliśmy jeszcze w tym momencie, że Wałęsa posiadał szczegółowe informacje o stanie wojennym z pierwszej ręki, czyli od komunistycznych władz, to przecież informacje o tym co się działo w godzinach poprzedzających aresztowania, przekazywane były do stoczni wiele razy z rożnych źródeł. Takie same informacje przekazywał Aleksander Hall, oraz kilka innych osób bezpośrednio do Wałęsy, jeszcze podczas obrad w nocy z 12go na 13go. Relacje z tych obrad dotarły już do strajkujących. Wydawało się, iż większość była w stanie dużego szoku. Rzecz jednak w tym, że zaskoczenie nie wynikało z działań komunistycznych władz, których większość się przecież spodziewała. To czego nikt nie mógł zrozumieć to fakt, że pomimo tych oczekiwań i całej masy konkretnych informacji szef dziesięciomilionowego związku „Solidarność” postanowił nie podzielić się tymi wiadomościami i pozwolić na aresztowanie wszystkich przywódców związku.

TO PRZECIEŻ BYŁA ZDRADA ! I TO ZDRADA NAJGORSZEGO TYPU BO ZDRAJCA BYŁ PRZYWÓDCĄ, A NIE SZEREGOWYM CZŁONKIEM ZWIĄZKU.

Według późniejszych relacji, Wałęsa wiedząc o tym, że prowadzono z narodem nie wypowiedzianą wojnę, nie uprzedził delegatów o zaistniałej sytuacji. Tej nocy prawie nie zabierał głosu. Przewodniczący związku wracał spokojnie do domu – wieziony przez swojego nadwornego esbeka Wachowskiego – w czasie, kiedy pacyfikowano budynek zarządu regionu i kiedy brutalnie wywlekano z domów wszystkich, znajdujących się na esbeckich listach.
Kiedy on zasiadał do spóźnionej kolacji, bezpieka zamykała tych, z którymi jeszcze kilka chwil wcześniej siedział na jednej sali, a których teraz z całą świadomością oddawał w łapy bezpieki. Liderzy związku aresztowani zostali w swoich pokojach hotelowych lub na dworcu, oczekując na pociąg.

Jeszcze krótko po pierwszej w nocy, w mieszkaniu Wałęsy na Zaspie, zjawili się działacze RMP potwierdzając wszystkie posiadane przez wodza informacje. Wałęsa wysłuchał ich z całym spokojem i jak sam twierdzi … położył się spać. Kilka godzin później został zabrany samolotem na rozmowy z przedstawicielami rządu jako gość, do jednej z rządowych willi. Dopiero z czasem zmieniono jego status na internowanego, przewożąc do ośrodka w Arłamowie. Nie wiem jak wyglądała by przyszłość, gdyby Wałęsa zrobił to, do czego był zobowiązany. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, gdyż w tej sytuacji przewodniczący miał jeden tylko obowiązek. I nie było nim przybranie roli dobrowolnego ” męczennika ” w komfortowych warunkach rządowego ośrodka wczasowego. Wałęsa miał obowiązek pozostać z tymi, którym miał przewodzić i którzy teraz narażali się na drastyczne represje, domagając się jego uwolnienia.

Wódz nie wysilił się nawet pozostawić związkowcom zaleceń, co do sposobu oporu wobec wojny, przed którą sam się właśnie chował.
W tym momencie nie znaliśmy jeszcze wszystkich szczegółów zachowania Wałęsy, ale informacje jakie już zdążyły dotrzeć do strajkujących były prawdziwie szokujące.
Szczególnie perfidnym wydaje się fakt, że swej judaszowej zdrady Wałęsa dopuścił się w tej samej sali stoczni, z której pamiętnego sierpnia 1980 roku wynosili go na ramionach ludzie, których właśnie sprzedał.

Znalezienie odpowiedzi na pytanie jak mogło do tego dojść, okazało się niemożliwe nie tylko w tym momencie, ale również przez następnych dwadzieścia kilka lat. Informacje, które zdobywaliśmy z każdym upływającym dniem, w żaden sposób nie pomagały zaakceptować sytuacji. Dzisiaj nie jestem pewny by wyjaśnienia wodza były komukolwiek potrzebne. Żelazna logika i fakty, które stały się ogólnie znane w czasie tych niemal trzydziestu lat, mówią same za siebie. Dla nas ta smutna prawda była niestety niemal oczywista już w tamtych dramatycznych chwilach. Trudno sobie wyobrazić by tacy ludzie, jak chociażby Andrzej Gwiazda wiceprzewodniczący związku, czy cała masa prawdziwych regionalnych działaczy pozostawiła dziesięć milionów związkowców bez przywództwa do którego się zobowiązali.
Jest prawdziwą hańbą, że przywódca związku wypinał pierś, kiedy przychodziło mu korzystać z danych mu przywilejów, a kiedy należało stanąć po właściwej stronie barykady, wódz najzwyczajniej w świecie schował się pod pierzyną.

Stojąc tam w stoczni i słuchając opowieści o tym, co się właśnie stało, przypomniałem sobie zdarzenie z czasów przedsierpniowych Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Kiedy podczas opowieści o swojej walecznej przeszłości Wałęsa wygadał się jednego dnia, że rozpoznawał na esbeckich zdjęciach i filmach, swoich stoczniowych kolegów w roku 1970 , został zapytany: dlaczego to robił? Odpowiedział wówczas, że jeden z oficerów bezpieki podprowadził go do okna pokazując duże ilości sprzętu do tłumienia manifestacji. Wałęsa opowiadał, że zrobiło to wówczas na nim wrażenie tak ogromne, iż uznał, że jakikolwiek opór nie miał sensu.

Ponad dziesięć lat wcześniej do zdrady kolegów skłonił go widok zomowskiego wyposażenia. Teraz sprzedawał swoich związkowych kolegów i miliony związkowców, za których bezpieczeństwo odpowiadał, zanim jeszcze ten sprzęt zobaczył na własne oczy.
Strach sprzed kilkunastu lat musiał więc być przeogromny. Oczywiście miał prawo się bać. Tak samo jak my wszyscy. Miał jednak obowiązek – jak prawdziwy dowódca – pozostać ze swoja związkową armią.
Nie mogąc znaleźć w stoczniowym zamieszaniu nikogo z bliskich przyjaciół, zdecydowaliśmy się ruszyć na dalsze poszukiwania. Odchodziliśmy z uczuciem niedowierzania, że taka sytuacja mogła mieć miejsce. Mieliśmy nadzieję, że ktoś z naszych kolegów będzie miał jakieś informacje, które pomogłyby zrozumieć, jak mogło do tego dojść.

Tego dnia spotkaliśmy na ulicy pierwsze znajome twarze. Kilka osób pracujących w gdańskim Zarządzie Regionu. Nie mieli niestety żadnych nowych informacji i sami wydawali się mocno zagubieni.
Następnego dnia postanowiliśmy wrócić do stoczni. Tym razem, już przed bramą na placu jak i na pobliskich ulicach, zastaliśmy olbrzymie tłumy. Pośród tysięcy ludzi, czołgi i wozy opancerzone, a w nich żołnierze. W lufach kwiaty. W tłumie panował całkowity spokój. Ludzie rozmawiali z żołnierzami. Niektórzy przynosili im ciepłą strawę. Te nieco cieplejsze uczucia szybko jednak prysły, kiedy dowiedzieliśmy się, że poprzedniej nocy oddziały ZOMO wtargnęły na teren stoczni i siłą wyprowadziły strajkujących. Nie było wątpliwości, w kim pokładały swe nadzieje komunistyczne władze.

Przepchnęliśmy się pod bramę i zaczęliśmy wypytywać o znajomych. Ucieszyliśmy się bardzo, kiedy okazało się, iż do stoczni przedostał się Bogdan Borusewicz, który dołączył do grupy liderów odrodzonego strajku. Bogdan był nie tylko przyjacielem, ale przede wszystkim jednym z działaczy w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża jeszcze w końcu lat siedemdziesiątych. To on organizował tam techniczną stronę większości akcji ulotkowych. To on zajmował się wówczas działaniem podziemnych drukarni, czy planowaniem transportów bibuły. I chociaż wiele lat później – zdarzyło nam się nie zgadzać, w opiniach na przeróżne tematy – to jednak w tamtym momencie cieszyliśmy się wzajemnie z naszego spotkania. Mieliśmy za sobą znaczny czas wspólnego działania i sprawa wzajemnego zaufania nie była czymś, nad czym trzeba było się zastanawiać. „Borsuk” był zabiegany i otoczony stale sporą grupą ludzi. Każdy miał jakieś pytania.

Okazało się, iż w stoczni znalazło się wiele znajomych twarzy. Wśród nich Zenek Kwoka, którego późniejsza historia stała się niemal symbolem tego, co miało się wkrótce wydarzyć. Znaleźliśmy naszą przyjaciółkę, związaną z KPN Tamarę Sochacką. Byli studenci z UG. Zjawił się też ” Pistolet ” czyli Michał Wojciechowicz. Michał był synem znanej działaczki trójmiejskiej opozycji i naszej przyjaciółki z Zarządu Regionu, Joanny Wojciechowicz. „Pistolet” był pełnym rozpierającej go energii młodym chłopakiem, który za sprawą swojej mamy, wyrastał w opozycyjnym środowisku. Jeszcze jako kilkunastoletni chłopak, podczas sierpniowego strajku, w tej samej stoczni pomagał nam drukować i kolportować strajkowe ulotki. Miło było widzieć wiele znajomych twarzy. Rozmawialiśmy dużo i pochłanialiśmy łapczywie każdą informację.

Atmosfera była jednak daleka od optymistycznej. Strajkujący wyraźnie cieszyli się, tak dużą ilością ludzi przed bramą. Niewytłumaczalne aresztowanie niemal całego kierownictwa związku odbijało się jednak wyraźnie na nastroju wśród strajkujących. Nie można było też nie odczuwać wyraźnego niepokoju. Zomowski napad poprzedniej nocy nie pozostawiał złudzeń, co do intencji władz. Kończył się dzień i nieuchronnie zbliżała godzina milicyjna. Tłumy na placu zaczynały się rozchodzić.
Bogdan nie miał żadnych złudzeń. Był przekonany, że tej nocy nastąpi zdecydowany atak. Jego przewidywania zaczęły nabierać realnych kształtów, kiedy zaczęto wycofywać z okolicy wojsko, a pod stocznią pojawiły się olbrzymie ilości zomowców. Stoczniowcy wystawiali warty, wzmacniali barykadę pod bramą i przygotowywali się do obrony. Było zimno i cała sytuacja w niczym nie przypominała pamiętnego sierpnia ’80.

Tymczasem Bogdan nalegał, abyśmy opuścili stocznię i zaczęli organizować się do działania na dłuższa metę. Chciał abyśmy wykorzystali wcześniejsze doświadczenie i organizowali małe, niezależne grupy, tak jak to robiliśmy w WZZtach. Omawialiśmy szczegóły i ustalaliśmy przyszłe kontakty. Tymczasem zbliżała się godzina milicyjna i trzeba było podjąć jakaś decyzję. Stocznia była już w tym momencie otoczona kordonem zomowców. Stali w bliskiej odległości od bramy w kilkumetrowych odstępach. Dogadywaliśmy jeszcze ostatnie szczegóły, kiedy do Bogdana przyszedł stoczniowiec mówiąc, że właśnie pakują w plastikowe worki jakieś powielacze, by je zatopić w stoczniowym kanale. Mieli zamiar wyłowić je później, po nadchodzącym napadzie ZOMO. Pobiegliśmy nad kanał i wkrótce staliśmy ponownie pod brama zastanawiając się, co zrobić ze stojącym przed nami powielaczem. Był zupełnie nowy.

Do godziny milicyjnej zostało zaledwie piętnaście minut. Czas naglił. “Borsuk” był przekonany, iż władzy zależy, aby jak najwięcej ludzi opuściło stocznię, więc jego zdaniem, istniało duże prawdopodobieństwo, że zomowcy nie będą próbowali nas zatrzymać. Wyglądało na to, że miał rację, zważywszy, że jakiś czas przedtem kilka osób wyszło ze stoczni, przechodząc bez kłopotu obok stojących zomowców. Cenne minuty uciekały, a my próbowaliśmy wymyślić, jak zabrać sporych rozmiarów maszynę. Ktoś przyniósł kawał starej plandeki. Wycięliśmy z niej szybko długi pas, położyliśmy na nim powielacz i wycinając na końcach plandeki otwory do jej uchwycenia, stworzyliśmy prymitywne nosidło. Nie było już czasu budować jakiegoś przykrycia. Zarzuciliśmy więc tylko na wierzch jakaś starą szmatę i stanęliśmy gotowi do wyjścia. Była nas teraz czwórka. Do naszej trojki dołączył “Pistolet”. Chwycił on jeden uchwyt, ja złapałem drugi koniec nosidła i za chwilę byliśmy już za bramą. Bogdan nakazał trzymać furtkę otwartą tak, abyśmy w razie kłopotów mogli wbiec z powrotem do środka.

Ania i Wojtek ruszyli przodem, by zająć uwagę najbliżej stojącego zomowca. Ten jednak zobaczył już duży pakunek i skoncentrował na nim całą swą uwagę. Był jednak niezdecydowany, nie wiedząc, co ma z tą sytuacją zrobić. Rozglądał się wyraźnie za swoim dowódcą. Ten jednak był zajęty rozmową kilkanaście metrów dalej. Przeszliśmy więc szybkim krokiem obok zomowca i chwilę później brama stoczni została daleko za nami. Przed nami był jednak do pokonania spory problem. Właśnie rozpoczęła się godzina milicyjna, a my maszerowaliśmy ulicą, niosąc na płachcie całkiem niemały i do tego ciężki powielacz. Postanowiliśmy więc dotrzeć do pobliskiego kościoła Św. Brygidy i pozostawić tam nasz pakunek, by go odebrać drugiego dnia. Po kilku minutach pukaliśmy już do drzwi zakrystii. Otworzył nieznany nam ksiądz. Był mocno poddenerwowany i nie chciał zgodzić się na przechowanie maszyny. Twierdził, że ksiądz Jankowski jest właśnie na przesłuchaniu w bezpiece i on nie może takiej decyzji podjąć.

Słowne przetargi trwały kilkanaście minut i ksiądz zdawał się być nieprzejednany. Jego postawa była zrozumiała, bo przecież nie mógł wiedzieć, czy nie jest to jakaś esbecka prowokacja. Rzecz w tym, że my nie mieliśmy już w tym momencie żadnego wyboru. Ksiądz sam stwierdził, iż kościół jest pod obserwacją. Nie było więc możliwości, abyśmy mogli w tej sytuacji bezpiecznie przenieść maszynę w inne miejsce. Postanowiliśmy zablefować i stwierdziliśmy, że w takim razie zostawiamy maszynę pod drzwiami.
Ksiądz dał w końcu za wygrana i nakazał przeniesienie powielacza do pomieszczenia z darami z zagranicy. Przyrzekliśmy, że odbierzemy niewygodny pakunek z samego rana i ruszyliśmy w dalsza drogę. Trochę okrężną drogą dotarliśmy do naszej „kryjówki” w muzeum.

Następnego dnia rano zrobiliśmy ze starych toreb prymitywne zakrycie dla naszej zdobyczy i poszliśmy ją odebrać. Na ulicach był już spory ruch, co pomagało nam w całym przedsięwzięciu. Wiedzieliśmy już, że Bogdan miał niestety rację. Nad ranem, po naszym wyjściu, nastąpił atak zomowskich oddziałów na stocznię. Czołg staranował bramę i banda rozjuszonych zomowskich zwyrodnialców wpadła na teren stoczni.To był bardzo brutalny napad. Bito kogo popadło. Szczególnie brutalnie pobito Zenka Kwokę, który jak wielu strajkujących, nie zamierzał poddać się bez walki. Myśleliśmy o naszych znajomych i wszystkich, którzy zostali po tamtej stronie bramy.
Informacje, które zdążyły do nas dotrzeć, były bardzo smutne i niepokojące.

Spieszyliśmy się więc, by jak najszybciej przenieść naszą maszynę w bezpieczne miejsce, by wreszcie mogła zacząć spełniać swoje zadanie. Stawała się dla nas w tym momencie swego rodzaju symbolem stoczniowego oporu. W drodze z kościoła Św. Brygidy musieliśmy przeciąć starówkę. Tam było wiele wąskich przejść pomiędzy kamienicami, które dawały dobre schronienie. Nie spodziewaliśmy się większych problemów. Tych jednak nie udało się uniknąć. W pewnym momencie znaleźliśmy się przy kościele Mariackim i musieliśmy przejść przez ulicę Piwną. W odległości około stu metrów znajdował się komisariat milicji. Wchodziliśmy właśnie na jezdnię, gdy dokładnie po przeciwnej stronie, zauważyliśmy przyglądającą się nam postać. „Pistolet” zatrzymał się mówiąc „to ubek, ja go znam”. Ten tymczasem zorientował się, że go rozpoznaliśmy i rozpaczliwymi gestami zaczął przywoływać stojących przed komendą tajniaków.

Chwile później cała ich grupa biegła już w naszą stronę. Odwróciliśmy się i wbiegliśmy do kościoła Mariackiego. Przeszliśmy pod sam ołtarz i zastanawialiśmy, co robić dalej. W kościele był duży ruch. O dziwo więcej ludzi chodziło dookoła, niż siedziało czy klęczało w ławkach. Wyglądało jakby ludzie szukali się wzajemnie. Staliśmy tak jakiś czas gdy w pewnym momencie podszedł do nas ksiądz. Przez chwilę przyglądał się nam uważnie, po czym pokazując na pakunek zapytał krotko :”a to co?”. Odpowiedziałem równie krotko:”powielacz”. Ksiądz patrzył na nas jeszcze jakaś chwilę, po czym kazał iść za sobą. Otworzył konfesjonał i kazał tam wstawić pakunek.
„To musi dzisiaj stad zniknąć” powiedział. Chciał już odejść, ale zatrzymaliśmy go tłumacząc, że nie możemy wyjść głównym wyjściem. Ksiądz zniknął na chwile, by wrócić z pękiem kluczy. Dłuższą chwilę walczył z zamkiem bocznych drzwi, wychodzących na ulicę Św. Ducha. „Dawno ich nie otwierałem” powiedział. W końcu stary zamek pościł i ksiądz uchylił lekko drzwi. Wiedzieliśmy, że esbecy krążą prawdopodobnie wokół kościoła i ktoś musi ściągnąć ich uwagę.

Przypadła mi więc rola „zająca”. Postanowiłem już w kościele nabrać rozpędu i kiedy wybiegałem głównym wyjściem esbecy nie mieli już żadnych szans. Przez kilka chwil słyszałem jeszcze tupot butów biegnących za mną ludzi. Nie miałem jednak zamiaru oglądać się i sprawdzać co się dzieje. Wkrótce dotarłem do naszego muzealnego mieszkania. Tymczasem pozostała trójka rozbiegła się w rożnych kierunkach. Wkrótce w domu pojawili się Wojtek i „Pistolet”. Brakowało jednak Ani. Wróciła dopiero późnym popołudniem. Okazało się, że uciekając przed esbekami niefortunnie skręciła nogę w kolanie. Udało jej się wbiec do jakiejś klatki schodowej, gdzie spędziła resztę dnia, aż w końcu po kilku godzinach ból zelżał i mogla z niemałym trudem dotrzeć do domu.
Jeszcze tego samego wieczoru, na krótko przed godziną milicyjną, przenieśliśmy w końcu powielacz w bezpieczne miejsce. Żałowaliśmy jednak, że nie udało nam się poznać nawet imienia tego wspaniałego księdza. Wiedzieliśmy, że wiele mu zawdzięczamy.

Mieszkanie w muzeum było wspaniałą kryjówką dla nas. Niestety z rożnych powodów nie mogliśmy umieścić tam maszyny i rozpocząć druku. Postanowiliśmy więc szukać nowego miejsca z przeznaczeniem na drukarnię. Przed nami było jeszcze wiele, z pozoru tylko, drobnych problemów. Trzeba było znaleźć papier, farby i matryce . Następne dni przelatywały więc na odszukiwaniu kontaktów i gromadzeniu niezbędnych materiałów. Zwłaszcza to drugie nie było sprawą prostą. Nawet jeżeli udawało nam się dotrzeć do kanałów, jeszcze z czasów WZZtow, to na wszystko potrzebne były pieniądze, których nie mieliśmy i nie mogliśmy w żaden sposób zarobić.
Tymczasem już tego dnia zaczęły się prawdziwe walki na ulicach miasta. Zapach gazów stawał się właśnie częścią codziennej rzeczywistości. W czwartek 17go, w walkach brały już udział czołgi, a zomowscy bandyci użyli broni maszynowej. Później dowiedzieliśmy się, że tego dnia zginał dwudziestoletni chłopak. Dziś wiadomo, że nazywał się Antoni Browarczyk i nie brał nawet udziału w starciach. Kilka osób zostało rannych.
Uliczne starcia miały być od teraz nierozerwalna częścią gdańskiego krajobrazu.

Pomiędzy organizowaniem się i ulicznymi wojnami w stale obecnym smrodzie gazów, doczekaliśmy Świąt Bożego Narodzenia. Jakże innych od tych, które znaliśmy. Nasze myśli obracały się wokół informacji, a częściej domysłów, co dzieje się z naszymi aresztowanymi przyjaciółmi. Z całej, długiej listy znajomych i przyjaciół o wielu nie mieliśmy jeszcze żadnych informacji. Zdecydowaliśmy jednak, że nie pozwolimy komunie odebrać nam tych najważniejszych świąt i postanowiliśmy, że przy wigilijnym stole będziemy pamiętać o tych, którzy nie mogli przy nim siedzieć. Nasz gospodarz Andrzej kupił największą choinkę jaką w życiu widziałem i ustawił ją w olbrzymim muzealnym pokoju. Obchodziliśmy święta skromnie, ale prawdziwie i nawet grzejący silniki czołg, stojący całą noc pod oknami, nie był w stanie tych świat zepsuć. Andrzej zanosił codziennie gorącą herbatę stojącym na mrozie żołnierzom. Obserwowaliśmy z okna jak jakaś starsza pani podeszła do nich z wigilijnym opłatkiem. Początkowo, z wyraźną obawą przed dowódcą, nie wiedzieli jak się zachować. Kobieta nie ustępowała, więc powoli jeden po drugim przyjmowali opłatek.
Jakże dziwne to były chwile.

Po świętach zaczęliśmy spotykać coraz więcej rożnych znajomych. Początkowo cieszyliśmy się, bo każdy miał jakieś informacje, które zbierane w jedna całość pozwalały czasem ustalać fakty. Szybko jednak okazało się, że taki nawal informacji wprowadzał również spore zagrożenie. Krążyły wiec informacje prawdziwe i ważne, ale pośród nich również zwykłe, niesprawdzone często plotki. To co jednak było najbardziej niebezpieczne, to cala masa zwykłych prowokacji, dokonywanych przez znajome twarze Solidarności, a faktycznie agentów bezpieki. Jedna z takich prowokacji spowodowała, że musieliśmy pożegnać się z „Pistoletem”. Charakterystyczny dla niego temperament sprawiał, że nie zawsze był on tak ostrożny jak powinien. Nawiązywał całą masę, mniej lub bardziej przypadkowych, kontaktów. Zaraz po świętach pojawił się, nie mogąc ukryć prawdziwego podekscytowania. Opowiadał o jednym ze znanych działaczy gdańskiej Solidarności, który zgromadzić miał duże ilości broni i teraz zbierał grupę młodych ludzi, która miała prowadzić walkę zbrojną. „Pistolet” ignorował nasze ostrzeżenia i angażował się w tą sprawę coraz bardziej. Nie dawał się przekonać, więc nie mieliśmy innego wyboru, jak ograniczyć kontakt. Michał zniknął po jakimś czasie. Okazało się potem, iż razem z innymi młodymi ludźmi dał się wciągnąć w prowokację i został aresztowany.

Sprawdzanie napływających informacji było niełatwym zadaniem. Problemem były też często spotykane oskarżenia o agenturalność. Spotykaliśmy kogoś z MKZtu i dowiadywaliśmy się, że jakiś inny nasz znajomy jest z „całą pewnością” agentem. Po jakimś czasie trafialiśmy na kogoś innego i okazywało się, że agentem jest „na pewno” ktoś inny. W tamtych warunkach, była to zapewne sytuacja normalna, niemniej z czasem okazało się, iż w wielu przypadkach wszystko zaczynało się od zwykłej prowokacji podstawionych przez bezpiekę ludzi. Ponadto często podstawa posadzenia było zwykłe założenie, że jeśli ktoś jest na wolności, podczas gdy inni siedzą w wiezieniu, to niewątpliwie jest on agentem. Wiedzieliśmy, że podlegamy tej kategorii i zakładaliśmy, że wiele rożnych informacji o nas może w środowisko krążyć. Dlatego tez postanowiliśmy trzymać się naszych sprawdzonych i ustalonych wcześniej kontaktów.

Takim kontaktem była dla nas Jola Wojdakowska. Jola była w tym czasie w widocznej ciąży. Wykorzystywała tą sytuację kilkakrotnie jako wymówkę, kiedy w czasie godziny milicyjnej trzeba było kogoś ostrzec o nadchodzącym zagrożeniu. Było to jednak niebezpieczne, gdyż zomowcy posługiwali się swoistym „systemem wartości ” i nie zawsze szanowali to, co dla innych było święte. Jola miała niejedną okazję przekonać się o tym sama. Jednego dnia Jola przyniosła wiadomość, że Bogdan Borusewicz uniknął aresztowania w stoczni i teraz będzie kierował działalnością podziemnej Solidarności w naszym regionie. Dla nas była to w tym momencie najlepsza informacja. Bogdan przygotowywał już dla nas teksty i informacje do druku.

Tymczasem całkiem niespodziewanie rozwiązał się problem lokalu na drukarnię. Znajomy mojego ojca, Benedykt Szumilewicz, zgłosił się do niego z propozycją, abyśmy wprowadzili się do jego domu. Nie tylko nie miał nic przeciwko powielaniu, ale też deklarował pomoc w przepisywaniu tekstów na matryce. To była fantastyczna wiadomość. Nie mogliśmy marzyc o lepszej lokalizacji. Dom stal przy malej ulicy w Oliwie, na obrzeżach osiedla Żabianka, na którym wyrosłem i gdzie znalem ludzi i wszystkie zakamarki. Przy ulicy stało tylko kilka jednorodzinnych domów. Wszystkie po jednej i tej samej stronie. Przed domkami była otwarta przestrzeń, aż po tory kolejki elektrycznej. Mogliśmy łatwo ustalić jakiś sygnał widoczny z okien kolejki i w ten sposób uniknąć ewentualnego zagrożenia. Najważniejszym był jednak fakt, że właściciel domu prowadził w nim studio nauki języków obcych, co było doskonałą przykrywką dla ewentualnego pojawiania się tam rożnych ludzi o rożnych porach.

Wyglądało na to, że towarzyszące nam od pierwszej nocy stanu wojennego szczęście, ciągle nam sprzyja. Gospodarz oddal nam do dyspozycji duży pokój na poddaszu, gdzie mogliśmy korzystać z dużej wygody i sporej dozy prywatności. Cała ta sytuacja wydawała się wręcz wymarzona. Przewieźliśmy więc powielacz i rozgościliśmy się na dobre. Nikt z naszej trojki nie pracował, toteż tak przyziemne sprawy jak jedzenie czy transport pokrywały w tym momencie skromne, ale wystarczające pieniądze przekazywane przez nasze rodziny. Naszym gospodarzom Benkowi Szumilewiczowi i jego żonie staraliśmy się odwdzięczać jak tylko mogliśmy. W końcu mieli dużo do stracenia, a jednak nigdy nie chcieli rozmawiać o ryzyku, które w naszych oczach nie było małe. Wojtek prezentował więc swój prawdziwy talent kulinarny gotując obiady. Ja zabierałem na sanki najmłodsza córeczkę państwa Szumilewiczów. Wykonywaliśmy wszystkie domowe prace, do których mogliśmy się nadawać.
Brakowało nam tylko jednego. Bogdan miał już dla nas gotowe do druku teksty, a my ciągle nie mogliśmy znaleźć możliwości dorobienia brakującej w powielaczu części. Nawet nasz gospodarz wydawał się przejawiać niecierpliwość, czekaniem na jakieś zadanie. Na razie czas leciał na dyskusjach i politycznych rozważaniach.Po kilku dniach cześć dotarła do nas wreszcie. Dorobił ją jeden z moich osiedlowych przyjaciół. Był prawdziwie zimowy styczeń ’82 roku.

Ustalaliśmy z Bogdanem sposób przekazywania tekstów i odbioru wydruków. Kontakt z Bogdanem był w tamtym momencie cenny również dlatego, że spośród WZZtowskich przyjaciół byliśmy nielicznymi, którzy pozostawali na wolności. W tym czasie nie mieliśmy wiele okazji na wymianę informacji z kimś, komu mogliśmy ufać. Te kontakty były jednak również przyczyną dużego dla mnie niepokoju. Bogdana poszukiwała cała bezpieka. Gdyby stały się przyczyną jego wpadki, to byłaby to rzecz trudna do zaakceptowania. Bogdan wydawał się jednak cieszyć z tych kontaktów na równi z nami.
Jednego razu poinformowaliśmy go, ze od niedawna mieszkamy w domu Benedykta Szumilewicza. Bogdan zareagował wielką radością i dużą dozą ekscytacji. Okazało się, że nasz gospodarz był ulubionym nauczycielem Bogdana w Liceum Plastycznym w Gdyni kilkanaście lat wcześniej. Teraz Bogdan ukrywał się w mieszkaniu innej emerytowanej już nauczycielki z tej szkoły, jednocześnie koleżanki Benka. Borsuk cieszył się niezwykle z tego zbiegu okoliczności. Uważał, że nadszedł czas, by zmienił miejsce pobytu. Uznał, że przeniesienie się do domu ulubionego nauczyciela, gdzie byliśmy już my, byłoby rozwiązaniem doskonałym. Bardzo się do tej decyzji zapalił.

Żaden z nas nie wiedział jeszcze, jak niecodziennym zbiegiem okoliczności miała się wkrótce okazać ta cała sytuacja.
Bogdan planował już przygotowania do przeprowadzki. Mówił dużo dobrych rzeczy o swoim nauczycielu i naszym gospodarzu. Benedykt Szumilewicz był już w tym czasie pracownikiem Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie cieszył się takim samym szacunkiem i popularnością, jak wiele lat wcześniej w gdyńskim liceum.
Podczas gdy „Borsuk” czynił przygotowania, by skontaktować się w tej sprawie ze swoim byłym nauczycielem, ja zastanawiałem się nad faktem, że kiedy rozmawialiśmy o aktualnych wydarzeniach i padało nazwisko Bogdana jako lidera podziemnej, wybrzeżowej Solidarności, nasz rozmówca nigdy nie wspomniał, że zna go osobiście z czasów pracy w gdyńskim liceum.
Nie wiedziałem, czy traktować to jako oznakę doskonałych talentów konspiratorskich naszego gospodarza, czy tez oznakę czegoś zupełnie innego. Podzieliłem się więc tą refleksją z Bogdanem.

Następnego dnia Bogdan spotkał się z współpracującym od lat z opozycja oficerem bezpieki, kapitanem Hodyszem. W rozmowie zdecydował się zapytać o osobę ulubionego nauczyciela. Jakież było jego zdumienie, gdy w odpowiedzi dowiedział się, iz Benedykt Szumilewicz był już od lat aktywnym agentem bezpieki. Bogdan był przyzwyczajony do faktu, iż donosili na niego rożni agenci bezpieki. Szok byl porażający przede wszystkim dlatego, że ta informacja wyjaśniała pewną zagadkę z przed kilkunastu lat.
Otóż w marcu 1968 roku Bogdan ,będąc uczniem Liceum Plastycznego, wykonał kilka ulotek wyrażających poparcie dla protestujących wówczas studentów. Jedną z tych ulotek podał koledze ze szkolnej ławki, drugą swemu ulubionemu nauczycielowi. Ten ostatni przyjął ulotkę, wykazując swoje uznanie. Następnego dnia kilkunastoletni zaledwie Bogdan został aresztowany i skazany na trzy lata wiezienia. Przez całe następne lata przekonany był, że do wiezienia zaprowadziła go nieostrożna gadatliwość szkolnego kolegi. Teraz wszystko nagle zaczynało układać się w zrozumiałą całość.

Bogdan przesłał natychmiast wiadomość do Joli, która nie wiedząc, czy tego dnia pojawię się w jej mieszkaniu, postanowiła ratować sytuację własną pomysłowością. Nie wiedziała ona, w którym z kilku domów mieszkaliśmy. Pamiętała jednak, z jednej z naszych rozmów moją uwagę o tym, że ulica jest tak cicha, iż słychać w domu każde trzaśniecie zamykanych drzwi, rzadko zatrzymujących się samochodów. Jola nie czekając, wynajęła taksówkę i kazała zawieźć się na wskazaną ulicę. Tam złożyła zdumionemu taksówkarzowi ofertę, której z całą pewnością nigdy w swoim życiu nie słyszał. Za dobrą, dodatkową opłatą, kazała mu przystawać przed każdym z domów i kilkakrotnie trzaskać drzwiami jego samochodu. Niestety mimo pomysłowości i niewątpliwego szoku taksówkarza, nic z tego planu nie wyszło. Po prostu dlatego, że w tym momencie nie było nas w domu.
Ostrzeżenie odebrałem dopiero następnego dnia. Wiadomość Bogdana była dla nas prawdziwym szokiem. Bogdan zawiadamiał nas, że w domu jest prawdopodobnie podsłuch i zalecał, aby zostawić wszystko i natychmiast uciekać.

Napisałem na kartkach papieru odpowiednie informacje dla Ani i Wojtka i pobiegłem ich ostrzec. Byli zdumieni wiadomością, którą właśnie przeczytali. Pisząc na kartkach wymieniliśmy potrzebne informacje i korzystając z nieobecności gospodarza postanowiliśmy kolejno opuścić „gościnne” progi.
Nie zamierzaliśmy jednak zostawiać żadnych materiałów, ani tym bardziej maszyny. Nie było czasu na organizowanie samochodu. Wsadziliśmy więc wszystko na sanki i przykrywając kocami przewieźliśmy w bezpieczne miejsce.
Tymczasem nikt z nas nie wiedział jeszcze, że w momencie kiedy Bogdan wysyłał do nas wiadomość, Benedykt Szumilewicz, a właściwie tajny współpracownik „Aram”, przekazał już bezpiece zdobytą gdzieś informację o miejscu jego pobytu. W nocy po naszym wyjściu z domu Szumilewicza, bezpieka dokonała najścia na mieszkanie państwa Markowskich na Zaspie, w którym ukrywał się Bogdan. „Borsuk”zdołał jednak uciec po dachach budynku. Tymczasem bezpieka dopadła tam innego działacza gdańskiej opozycji Ryszarda Pusza. Został on aresztowany i skazany na trzy lata wiezienia.

Zachowany donos TW”Arama” mówi, ze w zamian za wydanie nas wszystkich w ręce bezpieki otrzymał on talon na 40 litrów benzyny!

Być może rozpisywanie się o Szumilewiczu nie miałoby szczególnego sensu, gdyby nie fakt, że jak wielu innych równie podłych współpracowników bezpieki,, nigdy nie miał z tego powodu najmniejszych choćby kłopotów. Kiedy w roku 2008 zmarł, gazeta Uniwersytetu Gdańskiego, którego był pracownikiem, zamieszczając notatkę biograficzną Benedykta Szumilewicza pisała : „W okresie stanu wojennego ukrywał pięć konspirujących osób. W jego domu znajdowała się drukarnia, kolportująca ulotki i materiały informacyjne Solidarności”. Tymczasem, nawet po ujawnieniu faktu jego agenturalnej działalności, nie skorzystał z wielu stwarzanych mu możliwości przeprosin.
Szukając stałego miejsca na drukarnię, przenosiliśmy się z jednego lokalu do drugiego.

Naszym największym problemem w tym momencie było jednak zdobywanie potrzebnych materiałów. Do tej pory papier zbieraliśmy poprzez znajomych w rożnych instytucjach trójmiasta. Czasem było to kilkadziesiąt kartek, kiedy indziej kilka całych ryz. Niezwykłą pomocą w tym czasie byli dla nas pracownicy Gdańskiego Towarzystwa Naukowego, którzy zapewniali stałe dostawy. Farbę uzyskiwaliśmy przez wcześniejsze kontakty, jeszcze z czasów działalności w WZZtach. Taki rodzaj zaopatrzenia pochłaniał jednak wiele czasu, jak również stwarzał dodatkowe zagrożenie gdyż kursowaliśmy stale po mieście z mniejszą czy większą ilością materiałów.
Prawdziwym zbawieniem okazał się w tym momencie nasz serdeczny przyjaciel Witek Merkel. Przed stanem wojennym był pracownikiem drukarni Gdańskiego MKZ Solidarności. Był tam odpowiedzialny za zaopatrzenie w materiały. Witek był najlepszym organizatorem jakiego znaliśmy. W najtrudniejszych chwilach potrafił wydobyć ” spod ziemi ” niemożliwe, jak się mogło wydawać, rzeczy. Wkrótce przyjął on tez na siebie rolę kuriera i często odbierał gotowe wydruki, by dostarczyć je pod właściwy adres. Witek miał też rozlegle powiązania z rożnymi grupami opozycyjnymi na wybrzeżu. Przynosił więc wiele cennych informacji, które nieraz pomogły uniknąć problemów. Organizacyjny zmysł Witka pozwolił tez uzyskać pomoc żywnościową z jednej z przykościelnych grup pomocy, właśnie wtedy gdy było nam najtrudniej.

Kiedy wydawało się iż sprawy zaczynają się układać po naszej myśli, nagle przyszło nam pogodzić się z nieoczekiwaną porażką. Straciliśmy nagle Wojtka. I chociaż nie trafiła na niego bezpieka, to jednak znalazła go armia. Nie wiedzieliśmy, że wojsko poszukiwało go, jako powołanego do rezerwy.
Tak więc jednego dnia znalazł się on nieoczekiwanie w jej szeregach.
Początkowo byliśmy tym faktem załamani, zwłaszcza, że przydzielono go jak wielu innych do rezerwowych oddziałów milicji obywatelskiej. Uważaliśmy to za szczególną perfidię. Z czasem jednak cala sytuacja zaczęła przybierać korzystniejszy obrót. Wojtka przydzielono do patrolowania ulic Gdańska. Byl częścią trzyosobowego patrolu. Poza nim był tam inny przymusowo wcielony młody człowiek, oraz regularny zomowiec, który był zarazem dowódcą patrolu. Wojtek szybko zorientował się , że może tę sytuację dobrze wykorzystać. Nie było zaskoczeniem, iż zomowiec nie przepadał za chodzeniem po ulicach, a za to kochał alkohol i to w dużych ilościach. Wojtek wraz z drugim „towarzyszem niedoli” zabierali zomowca do rożnych przyjaciół na ustawione kilkugodzinne popijawy. Podczas gdy ten pił i bawił się w najlepsze, Wojtek spotykał się z nami, przkazując nam wiele ciekawych informacji, w tym te, odnośnie metod działania zomowskich patroli. Zdarzało się, że wychodząc od nas zabierał pod kurtkę świeże wydruki, by podrzucić je w inne miejsce. Dla osoby w mundurze ryzyko kontroli prawie nie istniało.
Kiedyś przysłużył się nam asekurując nas, kiedy po raz kolejny przyszło nam przenosić powielacz w nowe miejsce.
Od samego początku, jeszcze w czasie kiedy drukowaliśmy w trojkę, postanowiliśmy podpisywać nasze wydruki „LAW”, co było zlepkiem pierwszych liter naszych imion : Leszek, Ania, Wojtek. Tak już zostało do końca, nawet wtedy, gdy Wojtek zmuszony został do noszenia tak znienawidzonego munduru.

Nadszedł maj, a z nim zapowiadane manifestacje. Pierwszy maj wymknął się najwyraźniej komunistom spod kontroli. Oficjalny pochód okazał się całkowitym niewypałem. Tymczasem niezależny pochód okazał się potężnym marszem wielotysięcznego tłumu, przez cały Gdańsk, aż na Zaspę. W olbrzymim tłumie widać było na twarzach to zapomniane już prawie uczucie solidarności. Dla nas była to rzadka okazja poczucia się częścią wspólnoty, jak i okazja do spotkania wielu znajomych twarzy. To był tak bardzo potrzebny oddech. Nie mieliśmy złudzeń co do układu sił, ale ta jednodniowa wymuszona „odwilż” była w tym momencie prawdziwym, tak niezbędnym paliwem na dalsze dni.
Trzeci maj przyniósł jednak gwałtowne przebudzenie. Wrócił smród gazów, armatki wodne i pały wściekłych zomowców. Wróciły barykady i palone milicyjne samochody. Prawdziwe walki trwały do późnych godzin nocnych.
I znów przekazywane z ust do ust informacje o rannych i aresztowanych, którym urządzano słynne już „ścieżki zdrowia”.
Nasz i tak ponury nastrój pogorszyła wiadomość o brutalnym pobiciu młodego chłopaka, który dostarczał dla nas żywnościowe paczki na jeden z punktów kontaktowych. Dowiedzieliśmy się, ze chłopiec został pobity tak mocno, że z trudem dotarł do miejsca, gdzie mógł uzyskać pomoc. Miał zaledwie 14 lat.
Napad na niego nie miał najprawdopodobniej nic wspólnego z nami, gdyż oficjalnie dostarczał paczkę dla samotnej starszej osoby. Jak się okazało był bardzo aktywny w przykościelnej grupie pomocy, co najwyraźniej ściągnęło na niego niechęć esbeckich zwyrodnialców.

Postanowiłem więc szukać możliwości zarobku, by móc pokryć koszta utrzymania i wyeliminować potrzebę korzystania z paczek. Dzięki pomocy przyjaciół, życzliwy rzemieślnik z Sopot zgodził się dać mi pracę przy produkcji plażowych klapek. Tak więc już dwa dni później stałem przy jakiejś maszynie, wyciskając plastikowe podeszwy. To była pierwsza praca od wielu miesięcy i tak potrzebna namiastka normalności.
Cieszyłem się bardzo, mogąc oderwać się na chwilę od powielacza. Przymykałem oczy i wyobrażałem sobie, że kiedy skończy się dzień, wrócę do własnego mieszkania, gdzie po obiedzie zajmę się jakimś ulubionym hobby. Moje marzenia trwały zaledwie cztery godziny.

I właśnie wówczas dotarła do mnie wiadomość , że dwa dni wcześniej zmarł w Wiedeńskim szpitalu mój brat Marek. Zmarł po przeszło czterech miesiącach walki z ciężkimi powikłaniami po zapaleniu płuc, którego nabawił się podczas pamiętnej nocy na granicy. Nie było jednak czasu na refleksje. Był środek stanu wojennego. Wiadomość była już dwa dni spóźniona. Austriacy zamierzali pochować Marka na jakimś pod wiedeńskim cmentarzu w ciągu najbliższych dni. Idiotyzmy przepisów stanu wojennego czyniły kontakt prawie niemożliwym. Moi rodzice ruszyli więc już następnego ranka do MSW w Warszawie z nadzieja, na otrzymanie paszportów na wyjazd. Dzięki pomocy wielu życzliwych ludzi udało się uzyskać miejsce w samolocie odlatującym późno tego dnia. W warszawskiej bezpiece o życzliwości nie mogło być jednak mowy. Zaczęła się typowa chora gra, równie chorych kreatur. Moich rodziców trzymano tak długo aż było pewnym, że nie mogli zdążyć na samolot. Wówczas to jakiś zadowolony z siebie esbek wręczył paszport mojemu ojcu stwierdzając ironicznie, że ma nadzieję iż ten zdąży na samolot. Moja matka została na korytarzu, a kiedy upomniała się, że ona również chciała pochować syna ten sam esbek stwierdził z zadowoleniem, że: „skoro mu się w socjalistycznej ojczyźnie nie podobało, to dobrze że on zdechł „. Ojciec nie mógł czekać i podjął desperacką próbę dotarcia na lotnisko. Esbecki bandzior pomylił się jednak. Samolot miał opóźnienie i mój ojciec zdążył w ostatniej chwili. Moja matka otrzymała paszport już po odlocie samolotu. Ubek wyszedł z pokoju i bez słowa rzucił go na posadzkę korytarza.

Mój brat nie żył już od kilku dni, a peerelowskie macki ciągle nie zamierzały mu dać spokoju.
Dzięki pomocy całej rodziny jak i sporej grupy przyjaciół, udało się zorganizować sprowadzenie Marka do kraju. W myśl polskich przepisów w drewnianą trumnę musiała zostać złożona inna, aluminiowa i obie zaplombowane w polskim konsulacie we Wiedniu. Po spełnieniu tych warunków, została jednego wieczoru przywieziona do Gdańska. Następnego ranka udałem się na cmentarz by tam załatwić potrzebne formalności. Drewniana trumna rozbita była łomem w kilku miejscach, a aluminiowa, mocno poniszczona, wytrzymała wyraźne wielokrotne podejścia. Pracownik cmentarza próbował opowiadać historię o jakimś rzekomym tajemniczym krewnym, który miał poprzedniego wieczoru pojawić się i żądać otwarcia trumny. Kiedy moje nerwy w końcu puściły i stało się jasne, że za chwilę dojdzie do konfrontacji, mężczyzna przyznał, że w nocy pojawiła się służba bezpieczeństwa i zmusiła go do rozbicia trumny. Czego tak panicznie bali się esbecy, aby rozbijać trumnę plombowana przez ich kolegów w konsulacie?
Jest raczej oczywiste, ze to co przytrafiło się mojemu bratu nie było wynikiem jakiejś zaplanowanej esbeckiej akcji przeciwko niemu, a raczej obrazem rzeczywistości, w której przyszło wówczas żyć. Niemniej pochowaliśmy go z nadzieja, ze cały ten bandycki system zostawi go wreszcie w spokoju.

Ostatnie przeżycia, dłuższy czas nie pozwalały wyrwać się z nastroju przygnębienia. Uznaliśmy więc, że najlepszą odpowiedzią na esbeckie szykany będzie wzmożona wydajność naszej dwuosobowej drukarni. Nieco wcześniej, na krotko przed dniami pełnymi tych osobistych przeżyć, udało nam się znaleźć wymarzone miejsce na kontynuowanie tych zamierzeń.

Za sprawą Pawła Miekusa, wówczas studenta medycyny, znaleźliśmy się w górnym Sopocie w domu przy ulicy Kasprowicza. To miejsce okazało się tak doskonałą lokalizacją, że pozostało naszą drukarnią i mieszkaniem do końca naszej działalności. To był dom pełen życia i młodych ludzi. Głownie studentów medycyny. Obok Pawła medycynę studiowała wówczas jego siostra Kasia. Dzisiaj jest ona znanym lekarzem, a Paweł słynnym kardiochirurgiem. W tamtym czasie ryzykowali wiele. Ich marzenia o karierze lekarzy mogły skończyć się w jednym krótkim momencie. Nie zastanawiali się jednak ani chwili, proponując nam pomoc. Pani Irena Miekus przyjęła nas jak członków własnej rodziny. Jej życzliwość i nieustanna pomoc w każdym szczególe codziennych zmagań z przeróżnymi problemami, czyniły nasze zadanie o wiele łatwiejszym. Powielacz wylądował w specjalnym pokoju, przyłączonym do garażu. Polożenie domu było wprost idealne. Ponadto od dawna było to miejsce, w którym spotykali się studenci. Tak więc nikogo nie dziwiła ciągła obecność młodych ludzi. Wszyscy członkowie rodziny pomagali jak mogli odsuwając często na dalszy plan ważne sprawy życia codziennego.
Pośród całego szeregu osób, których pomocy i życzliwości doświadczyliśmy podczas dni stanu wojennego, pani Irena i jej rodzina zajmują szczególne miejsce w naszej pamięci i wdzięczności.

Drukowaliśmy więc tak dużo, jak tylko się dało. Powielacz pracował niemal na okrągło. Do liderów gdańskiego podziemia docierało coraz więcej informacji o wydarzeniach w kraju, jak również o ludziach przetrzymywanych w wiezieniach. Nie brakowało więc informacji do przekazania mieszkańcom trójmiasta. Wszystko zaczynało pracować coraz lepiej. System kolportażu działał coraz lepiej i wydajność zwiększała się z dnia na dzień.

Lato znów przyniosło manifestacje, uliczne walki, zapach gazów i brutalne represje bezpieki. 31go sierpnia, w rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, starcia z milicja przypomniały, że mimo krótkich okresów pozornego spokoju, wojna komunistycznej władzy z narodem trwa i jest tak samo brutalna, jak kilka miesięcy wcześniej, kiedy pierwsze czołgi wyjeżdżały na ośnieżone ulice, by przypomnieć jak wygląda rozmowa „Polaka” z Polakiem.

Jesień przyniosła pierwsze zwolnienia internowanych, przeplatane wiadomościami o surowych wyrokach, na zatrzymywanych działaczy podziemia. Cieszyliśmy się jednak, witając od czasu do czasu, wracających do domu przyjaciół. Niestety zbyt często jednak radość nie trwała długo. Coraz częściej zmuszani okolicznościami wyjeżdżali z kraju z paszportem w jedna stronę. Zdarzało się więc, że witaliśmy kogoś bliskiego po prawie rocznym niewidzeniu po to, by kilka tygodni później zegnać ich na zawsze. Żegnaliśmy wielu z tych, których tak desperacko poszukiwaliśmy pamiętnej pierwszej nocy stanu wojennego. Wraz z rosnącą wokół nas pustką, pojawiła się pierwsza myśl o wyjeździe. Radziliśmy sobie z nią, zanurzając się w drukowanie.
Było jednak coś, co sprawiało, że cale to działanie nabierało powoli innego , nie do końca zrozumiałego wymiaru.

Docierające do nas już od pewnego czasu informacje z otoczenia Wałęsy, stawały się coraz bardziej niepokojące. Wódz, siedząc w rządowym ośrodku wczasowym, określał coraz częściej wszelką działalność podziemną na zewnątrz, jako szkodliwą. Bogdan wydawał się być tą sytuacją mocno zaniepokojony, chociaż początkowo podejrzewał on, rozbijackie działanie bezpieki. Niebawem jednak powrót Wałęsy do domu, potwierdził nasze złe przeczucia. Potwierdzały się informacje o składanych przez niego komunistycznym władzom obietnic powstrzymania podziemnej działalności. Już wkrótce po powrocie, wódz zaczął pozbywać się ze swego otoczenia tych, dla których ta działalność była jedyną godną formą odpowiedzi na zamordyzm komunistycznej władzy. Bogdan coraz częściej opowiadał o torpedowaniu przez Wałęsę wszelkich działań podziemnych władz związku. Przekonywaliśmy się jak mogliśmy, że Solidarność, to nie Wałęsa i staraliśmy się nie tracić zapału. Nie mogliśmy jednak zrozumieć, jak to możliwe, by o przerwaniu podziemnej działalności decydował ktoś, kto jej nigdy nie podjął, a kiedy pamiętnej grudniowej nocy podejmowali ją inni, on sam po prostu położył się spać ? Zadawaliśmy sobie pytanie, jaki sens ma narażanie się na aresztowanie drukując materiały, które zwalczała bezpieka, a których nie chciały zdominowane już przez Wałęsę władze związku?

Z upływem dni „Borsuk” wydawał się coraz bardziej przygnębiony i choć zapewniał, że w swoim działaniu nie jest ograniczany, to jednak fakty mówiły same za siebie. Teksty, które dostawaliśmy do druku miały coraz mniejsze znaczenie. Jednego dnia Bogdan przyniósł nam do druku przemówienie Romaszewskiego, które ten wygłosił niemal rok wcześniej, zaraz po ogłoszeniu wprowadzenia stanu wojennego. Bogdan nie mógł wytłumaczyć, jaki związek z sytuacją mogło ono mieć i kogo mogło interesować. Ludzie czekali na informacje. Ryzykowanie aresztowania, drukując stare przemówienia, wydało nam się nie mieć sensu. Zwłaszcza, że jedynym argumentem Bogdana było stwierdzenie, iż przemówienie jest po prostu dobre.
Nie mieliśmy wątpliwości, iż były to działania Wałęsy, który w tym czasie wiązał ręce liderom podziemnej Solidarności.

Dla nas był to moment przełomowy. To właśnie wówczas wróciła skrywana decyzja o wyjeździe z kraju.
Przemówienie Romaszewskiego było ostatnim tekstem, który wydrukowaliśmy.
Wkrótce z bólem serca przekazywaliśmy maszynę w ręce tych, którzy zostawali. Oddaliśmy ukrywany samochód suwalskiej Solidarności i zaczęliśmy przygotowywać się do najsmutniejszej podróży.
Załatwiliśmy odpowiednie formalności i niebawem trzymaliśmy w ręce, nieosiągalny dla nas przedtem, paszport. Ten jednak pozwalał na podroż w jedną tylko stronę.
Polskie prawo pozwalało wyjeżdżającym na wymianę 10ciu dolarów na osobę . Jednego zimowego dnia, w lutym 83 roku, udaliśmy się do banku PKO w Gdańsku, by dokonać tej niezwykle „hojnej” transakcji. Z banku wychodził właśnie Wałęsa z pokaźną świtą swoich „doradców”. Zatrzymał się przechodząc obok nas i z typową sobie „roztropnością” zapytał co my tam robimy? Nie odpowiedzieliśmy, bo co mogliśmy temu człowiekowi powiedzieć?

Kilka dni później siedzieliśmy w pustym pociągu do Berlina Zachodniego. Kiedyś marzyłem o chwili, kiedy z młodzieńczą ciekawością wyruszałbym w nieznany mi świat. Teraz nie było, ani ciekawości, ani radości. Był smutek i żal. Wyjeżdżaliśmy z uczuciem porażki. Jedno było dla nas pewne, to nie komuna nas pokonała.

LECH ZBOROWSKI

Reklamy

Możliwość komentowania WSPOMNIENIE STANU WOJENNEGO została wyłączona