Równi i równiejsi

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 5 lutego 2012

Człowiek potrzebuje dwóch lat, by nauczyć się mówić. I pięćdziesięciu, by nauczyć się milczeć (jak przekonywał swoich fanów Hemingway). Dorzućmy do tego trzecią prawdę: większości z nas życia nie starcza, by nauczyć się myśleć.

Oto kontekst, w jakim protesty przeciwko ACTA, chętnie owijane w cynfolię „pragnienia wolności”, budzić mogą gorzki śmiech. Nie ma to, tamto: w tych wydarzeniach człowiek rozumny dostrzega tłum niewolników, zrywających się do oporu, bo łańcuchy przykuwające ich ciała do ścian wydłużono znienacka o sto dwudzieste ósme ogniwo. Wydłużono, o zgrozo, bez uprzedniej „konsultacji” ze zniewolonymi. Poprzednie 127 ogniw tego samego łańcucha jakoś niewolnikom nie przeszkadza.

POKARM DLA ARMAT

Ech, młodzi, młodzi. Kiedy państwo zabiera im pieniądze (te wszystkie podatki, akcyzy, zusy, srusy etc.) – wówczas nie protestują, najwyraźniej przekonani, że ktoś inny właściwiej rozdysponuje ich „szmal” niż oni sami. Kiedy ogranicza się ich prawo do wiedzy, zmuszając do oglądania rzeczywistości wedle jednej perspektywy – milczą, zatopieni w facebookach. Jak sami przekonują: „nie kumają czaczy”. No, nie kumają. Jak niby mają kumać, skoro ich nadwątlone, wirtualne niemalże rozumy nie obejmują ani związków przyczynowo-skutkowych subtelniejszej natury niż uderzenie-ból, ani tym bardziej konsekwencji własnych postępków, o ile owe konsekwencje odkładają się w czasie dalej niż jedno-dwa kliknięcia komputerową myszką.

Bez cienia wątpliwości (nie, nie warto się zakładać) ów protest zostanie wykorzystany wbrew najszczerszym intencjom protestujących. Tłum ciągle jest taki sam, zmieniają się tylko cele i metody tych, którzy wyprowadzają tłum na ulice. Jak zwykle w historii, przeciwnicy ACTA staną się mięsem armatnim sił, o których protestujący pojęcia nie mają, bo tych sił nikt nie pokazuje im w telewizorach.

A propos siły. Jak sądzę, warto przy tej okazji zwrócić uwagę na rodzime siły, odrobinę innej, jak by to powiedzieć, proweniencji. Mianowicie nadwiślańskie siły nowoczesności i postępu. Siły te, jakby odrobinę zmęczone trajkotaniem medialnych małp, właśnie z westchnieniem ulgi nabierają powietrza do płuc, by swobodnie odetchnąć. A to, ponieważ jazgotliwie obchodzony „Dzień Judaizmu”, powiązany kalendarzowo z „Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holocaustu”, już za nami.

AMBITNE CELE

Za nami, zatem pod adresem polskiej etny bez popadania w poznawczy dysonans znowu można warczeć, że przeszłość nie liczy się. Że nikczemników za ich nikczemność sprzed dekad powinni rozliczać historycy, nie sądy. Że odpowiedzialność za zbrodnie nie istnieje, a pamięć o Ofiarach podobnie jak żądanie sprawiedliwości to synonim oszołomstwa. Że historią interesuje się wyłącznie niedorozwinięta umysłowo banda cudaków plus nieliczne (a jakże inaczej) środowisko moherów. I że krew i groby naszych przodków nie mają znaczenia (wyjąwszy krew i groby należące do etny żydowskiej), bo należy wybierać świetlaną przyszłość pod sztandarem Unii Niemieckiej. To jest, oczywiście Europejskiej (oczywiście, oczywiście).

Wybiera nam zatem nasz ukochany premier tę przyszłość, a ta ino skwierczy. Ostatnio zaskwierczała na brukselskich salonach, albowiem przed europejską międzynarodówkę rzucił premier Tusk nadzwyczaj twarde słowa: „nie wyrazimy akceptacji dla paktu fiskalnego w kształcie, który naszym zdaniem zagraża wspólnotowemu charakterowi podejmowania przyszłych decyzji”.

Zaiste, mocne słowa mocnego człowieka. I dodał nasz premier (oby żył wiecznie): „dlatego wy mi dacie krzesło, na którym będę mógł sobie usiąść, obserwując, jak dzielicie Europę”.
Na takie dictum Francja zgodziła się, by Polacy mogli przysłuchiwać się obradom współczesnych europejskich demiurgów – jeśli tylko rozmowy nie będą dotyczyły eurolandu (a które nie będą?), bądź też o ile „nie pojawią się szczególne okoliczności”. Bo jeśli się pojawią (i znowu: a jakie okoliczności, do diabła, nie są dziś „szczególne”?), kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy będą mogli zwołać szczyt bez nas. Nam zostanie mydlana piana na ustach tuskoidów plus groźne kiwanie premierowym palcem w bucie. Co bloger „Wyrus” ujął nader zręcznie słowami: „prawdziwie mocni politycy Tuska na drzewo wysłali, co będzie skutkować tym, iż Tusk nie będzie miał nic do gadania w kwestii tego, w jaki sposób prawdziwi politycy będą Polskę kroić”.

***

Tak oto nasza rewelacyjna dyplomacja (rewelacyjna, ponieważ we wszechświecie całym powszechnie znana z odnoszenia imponujących sukcesów), zanotowała na swym koncie kolejny sukces, równie fascynujący co wszystkie pozostałe. Zatem „poobserwujemy” sobie Europę pierwszej prędkości z poziomu, można powiedzieć, dezintegracji, jednocześnie radośnie świergoląc „żeśmy som w głównym nurcie europejskiej polityki”. Co z prawdą tyle będzie miało wspólnego, ile mikrofon Moniki Olejnik z obiektywizmem.
Doprawdy brakuje słów, by skomentować obłudę naszych „elit”. Powiedzmy więc: „niech nam żyje i umacnia się paneuropejska solidarność”, zaś kto chce, niechaj sobie w tę upiorną ględźbę nadal wierzy.

Krzysztof Ligęza • goniec.net
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl

Reklama

Możliwość komentowania Równi i równiejsi została wyłączona

%d blogerów lubi to: