Legalnie czy w konspiracji

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 12 lutego 2012

Iść do konspiracji („walczyć zbrojnie”), czy w zgodzie z prawem rozsyłać głosy protestu, które, jak się wielu zdaje, nie mają większego znaczenia niż mysie piski? Wchodzić do ciał, gdzie jest się w mniejszości i nie ma szans na wygraną?

Wiele osób tak spostrzega dylematy, przed którym stoją dziś w Polsce ludzie, dostrzegający zagrożenie co najmniej swobody życia publicznego, wolności słowa, działania opozycji, uczciwego śledztwa i wielu innych fundamentalnych spraw dla narodu (lub jak kto woli społeczeństwa).

Ludzie, gotowi „coś zrobić”. Walczyć zbrojnie zapewne mało kto ma ochotę, dziś krew upływa pokojowo, w emigracji coraz liczniejszych zastępów młodzieży, bo dziś oni mają wyjście. Choć zaczynam podzielać zdanie Giedroycia, że niepodległość zazwyczaj wymaga krwi. Kiedyś wydawało mi się, że to jego oczekiwanie wobec nas tu w kraju, że to ja mam bić się „do krwi ostatniej”, a on sobie tam w Paryżu będzie zajadał ostrygi; dziś rozumiem, że opisywał naturę rzeczywistości i że ofiara krwi Wielkich Księży PRL-u i młodych ludzi (Emil Barchański i Grzegorz Przemyk z Warszawy, Bogdan Włosik z Krakowa, Mieczysław Poźniak, Andrzej Trajkowski i Michał Adamowicz z Lubina i tylu innych) nie wystarczy. Krew oznacza prawdziwą determinację, a tej zabrakło 22 lata temu.

Bloger „beeł” napisał tak na portalu niezalezna.pl pod informacją o proteście Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przeciwko sądzeniu red. Doroty Kani z art. 212, grożącego więzieniem
(cytuję w skrócie): „Pani Dorota staje się ofiarą zaniechania w walce z komunizmem, ofiarą dopuszczenia komunistów w momencie kiedy powinni byli być rozstrzelani lub osadzeni w więzieniach (według zasług). Ten moment trwa i nic nie stoi na przeszkodzie by wrócić do tego co zapoczątkował niedawno wspominany „Łupaszko” i inni Żołnierze Niezłomni.

Papierowe protesty nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji. Aby powstrzymać przed ruchem oporu (tak, tak – celowo używam tego określenia) umożliwia się wirtualne protesty. Czasami też jakieś zgłoszone władzom demonstracje byle tylko odsunąć chęć podjęcia walki z systemem. Nawet wymianę władz pod tzw. wpływem nacisków społecznych, ale tylko w pewnym zakresie, bez konsekwencji.” http://niezalezna.pl/23322-dziennikarze-w-obronie-doroty-kani Tyle bloger „beeł”.

Jestem przekonana, że może się jednak nagle okazać, że „walka zbrojna” w jakimś zakresie nie jest to całkiem wymyślona opcja, i jeżeli władza nie ustąpi w ważnych społecznie sprawach, co najmniej staniemy w jej obliczu jako widzowie, a niektórzy jako uczestnicy.
Jeżeli jednak zgłoszone legalne demonstracje doprowadzają do choćby częściowej wymiany władz, a przecież doprowadzają, to już jednak jest coś. Róbmy legalne demonstracje, manifestujmy, nie bójmy się prowokacji, którymi celowo się nas straszy.

Jeżeli mysie piski protestów publicznych przynoszą od czasu do czasu wyniki, a przecież przynoszą, i to coraz częściej, choć nie zawsze i nie we wszystkim – to piszczmy, prychajmy, piszmy, podpisujmy, rozsyłajmy, zapraszając do podpisywania możliwie wielu ludzi dobrej woli a nawet ludzi bezmyślnej choć dobrotliwej bierności. Pisk pięciu milionów myszy – to dopiero jest pisk!

W zarządach, ciałach społecznych, gremiach nawet mało decyzyjnych, ale widocznych publicznie należy moim zdaniem uczestniczyć, jeżeli to możliwe, dopóki nie wykorzystują one naszego głosu do uwiarygodniania łajdactwa i świństwa. Pokazujmy ludziom z tych gremiów, co jest dla nas ważne, zmuszajmy ich do podjęcia tematów, których sami nigdy nie podejmą. Jednocześnie twórzmy własne instytucje, które pokażą, że tamtych w każdej chwili jest kim zastąpić. „Drugi obieg” jest potrzebny, żeby „pierwszy obieg” czuł jego oddech na plecach.

Piszmy i podpisujmy protesty w ważnych sprawach, gdy zawodzą mechanizmy demokratyczne a patologia władzy deformuje nieznośnie życie społeczne, jak to bywa w totalitaryzmach. Siła miliona kilkuset tysięcy podpisów pod protestem w sprawie Telewizji Trwam nie tylko pozwala nam „policzyć się” (a tak naprawdę jest nas wielokrotnie więcej), ale może doprowadzić do kryzysu, do zmiany ustawy o RTV, a przynajmniej wymiany składu Krajowej Rady RTV. Zobaczycie.

Takie publiczne protesty to również sposób na poinformowanie o ważnych sprawach społeczeństwa, zapatrzonego w telewizję, ludzi odciętych od informacji, której nie ma w oficjalnych przekaziorach.

To także zachęcanie bezmyślnych biernych do działania, a przynajmniej do zmiany sposobu myślenia. By odważyli się przestać stać i czekać na mannę z nieba.

Teresa Bochwic • niezalezna.pl

Reklama

Możliwość komentowania Legalnie czy w konspiracji została wyłączona

%d blogerów lubi to: