Nadstawianie policzka

Posted in ■ aktualności by Maciejewski Kazimierz on 19 lutego 2012

Pan premier − ha! − wyprowadził nowy pijarowski sztych. Na nieoczekiwanej konferencji prasowej oznajmił, że zmienił zdanie w sprawie ACTA i teraz jest przeciw.

Czy z tego sprzeciwu zamierza wyciągnąć jakieś konkretne wnioski? Nie, bo jednocześnie oznajmił − ale półgębkiem i to już nie wszyscy dosłyszeli − że nie widzi możliwości wycofania polskiego podpisu spod tego dokumentu, ale na szczęście układ „nie narzuca obowiązku szybkiej ratyfikacji”. Czyli bez względu, czy premier deklaruje „za”, czy „przeciw”, jesteśmy w tym samym punkcie: dokument podpisany i w dużej części obowiązuje, a pan premier będzie „wstrzymywał ratyfikację”. Ale lizusy władzy z „opiniotwórczych” mediów ile sił w płucach trąbia już przeciwnikom ACTA że odnieśli sukces i mogą w poczuciu zwycięstwa wreszcie się uspokoić. Kto głupi, może uwierzy − jak uwierzył Ruch Palikota w happeningowy wiec „poparcia dla Tuska” w sprawie ACTA, zorganizowany przez „Gazetę Polską”, w śmiertelnie poważnym oświadczeniu potępiające wiecujących za sugestię, jakoby protesty przeciwko ACTA były spiskiem zagrożonych kastracją pedofilów i kiboli. Usilnie, trzeba przyznać, stara się niegdysiejszy dyżurny happener Tuska wkręcić w protesty przeciwko swojemu byłemu szefowi, a jak marzenia się spełnią, to może i przyszłemu koalicjantowi; ale, jak to mówił Marlowe, ciężka praca nie zastąpi talentu.

W każdym razie, protestujący muszą zrozumieć, że żądają niemożliwego. Premier się z nimi zgadza, ale przedstawić układu do ratyfikacji i kazać swoim posłom zagłosować przeciw − co jest jedynym w tej chwili możliwym załatwieniem sprawy − przecież nie może, bo jeszcze z następnego szczytu wróciłby nie poklepany. A to by była dla niego za duża trauma.

Podobnie jest z tymi „konsultacjami” w sprawie podniesienia wieku emerytalnego. Bynajmniej nie chodzi w „konsultacjach” o to, żeby władza mogła się dowiedzieć, co o tym myśli społeczeństwo. Konsultacje polegać mają na wytłumaczeniu społeczeństwu przez władzę − ze strony której zniżenie się do takiego tłumaczenia samo w sobie stanowi wielką łaskę − dlaczego decyzja de facto już podjęta, bo obiecana naszym zachodnim protektorom, jest jedynie słuszna i wszyscy mają się na nią entuzjastycznie zgodzić. Przypomina to „konsultowanie” reform społecznych, jakie uprawiał Jaruzelski. I klasyczną komunistyczną definicję wolności w najlepszym z ustrojów, mówiącą, iż wolność to uświadomiona konieczność. Oto właśnie chodzi, żebyśmy sobie uświadomili, że podniesienie wieku emerytalnego jest konieczne. Inaczej mogłoby zabraknąć kasy na odprawy dla budowniczych stadionów, na pół miliona utrzymywanych przez państwo urzędników i setki tysięcy pasożytów z „biurowej klasy średniej”, których bezproduktywny dobrobyt jest sprawą kluczową dla utrzymania na wysokości sondażowych słupków władzy.

Tak, jak pan premier skłonny jest przyznać, że ACTA jest do bani, tak pan wicepremier Pawlak przyznaje szczerze, że państwowe emerytury to wielka lipa i on nie jest taki głupi, żeby na nie liczyć. Swego czasu zresztą to samo nieco innymi słowy przyznał w TVP Info drugi wicepremier, pan Rostowski. Czy ze swej wiedzy, mówiącej, że prędzej czy później ZUS i tak musi zbankrutować, wyciągną oni jakieś konkretne wnioski? Ludzie uczciwi na ich miejscu powiedzieliby: skoro to się nie może udać, to trzeba ratować co się da dla przyszłych emerytów jak najszybciej. Wiadomo, jak − zlikwidować skazany na bankructwo ZUS, sprzedać te wszystkie marmurowe pałace i rozpuścić legion urzędników, a wypłatę świadczeń przenieść do budżetu państwa, bo i tak to budżet państwa je wypłaca, dopłacając tylko za niepotrzebne pośrednictwo. System kapitałowy zapowiadał się świetnie, ale zdechł, trzeba przejść na system kanadyjski, co obaj urzędujący wicepremierzy publicznie przyznali. (Nawiasem mówiąc − kiedy Kaczyński sadzi babole, jak o skuteczności SB, to jest najbardziej cytowanym politykiem w tej części świata, ale jak mówi mądrze, a w sprawie emerytur tak akurat mówi, to „opiniotwórcze” media nagle go przestają zauważać. Ewentualnie napomkną coś zblazowanym tonem, że PiS nie zajmuje się ważnymi sprawami, tylko w kółko o tym Smoleńsku).

No, ale żaden z wicepremierów nie musi postępować według własnych słów. Liczą na swoje oszczędności oraz, jak sam to żartobliwie nazwał Rostowski, na „czwarty filar”, czyli dzieci. Jak ktoś ma oszczędności albo dzieci wyposażone w obywatelstwo kraju, który nie podpisał paktu fiskalnego, względnie w „zielone karty”, może na cały cyrk z polskimi emeryturami patrzyć ze zdrowym dystansem. A nawet dla jaja urządzić mały teatrzyk na sejmowej trybunie, żeby trafić na wszystkie możliwe pudelki.

A dla pana premiera sprawa podniesienia wieku emerytalnego w roku 2040 stała się sprawą prestiżową. Musi w końcu pokazać Unii, by dowieść, jak bardzo się nadaje na jakieś wysokie stanowisko w Brukseli, że nie rejteruje przed byle pomrukiem niezadowolenia, nie dostaje palpitacji, gdy tylko zachwieje mu się słupek. O nie, pan premier w tym tygodniu wystąpił we wcieleniu stanowczym. Powiedział − sam słyszałem, choć musiałem się mocno szczypać w udo, czy nie śnię − że on nie ma szacunku dla takich polityków, którzy się kierują popularnością, uciekają przed ważnymi reformami, nie podejmują poważnych wyzwań. O nie, on nie jest taki! On − śmiało, byka za rogi! Reformy są konieczne i potrzebne, i on nie ugnie się przed populistami, jak nie ugiął się w sprawie ACTA i żadnej innej.

Mimo sińców od tego szczypania, wciąż nie mam pewności, czy córki nie przełączyły mi telewizora i czy to przypadkiem nie był król Julian z „Pingwinów z Madagaskaru”… Ale chyba jednak Tusk, niestety, chociaż bardzo podobny.

Zadzwonił do mnie znajomy inżynier, czy słyszałem zapowiedź ministra Nowaka, że jeśli się na euro nie uda skończyć nawierzchni na autostradach, to puści się ruch po tym, co będzie. No słyszałem, i co? No to, rwie z głowy włosy on, że to absurd, kretynizm, nonsens, wielomilionowe straty, po paru tygodniach całą budowę trzeba będzie zaczynać od zera!

No i co? Chcieli Polacy, żeby znowu było jak za Gierka − i proszę. Stadion się zrobi jak zapowiedziano na sławną rocznicę, a potem szlag z nim, niech się rozsypie. Koszty się zmniejszy, nie płacąc na razie wykonawcom − zapłaci im się później z odsetkami, jak sprawa przycichnie i powszechna uwaga zwróci się gdzie indziej. No, chyba, że nie będzie z czego. Ale jak nie z ma z czego, to naprawdę, czystym populizmem jest wyskakiwanie do władzy z jakimiś pretensjami, że nie ma z czego wypłacać emerytur. „Cham się uprze i mu daj! No skąd wezmę, jak nie mam?”

Cóż, to już nie te czasy, kiedy ludzie skompromitowani strzelali sobie w głowę. Obecne polskie „elity” (w tym sensie, powtarzam, w jakim elitą PRL była nomenklatura i bezpieka − zresztą to nadal to samo towarzystwo, tylko w kolejnym pokoleniu) tworzą ludzie, którzy w ostateczności, jeśli już, strzelić sobie mogą tylko w policzek. I to nadstawiwszy go i upozowawszy bardzo starannie, aby broń Boże nie porysować sobie szkliwa, i już za parę godzin móc dumnie prezentować świeżego sznyta na nieoczekiwanej konferencji prasowej.

Rafał A. Ziemkiewicz • Rzeczpospolita

Reklama

Możliwość komentowania Nadstawianie policzka została wyłączona

%d blogerów lubi to: