Wracamy do gry. Polska nas potrzebuje

Posted in ■ aktualności, ■ historia by Maciejewski Kazimierz on 1 Maj 2012

Czy jeszcze to pamiętacie? Lato i jesień 1980 r., gdy trzeba było wstać, rozprostować plecy i powiedzieć głośno: mamy was dość, czerwone pachołki, wasz czas się kończy. 

Pamiętacie ten strach, który jeszcze trzymał za gardło, ale i tę wściekłość, że już dłużej tak być nie może? I łzy, gdy w grudniu 1980 r. pokazywali w telewizji nasz pomnik z trzema krzyżami w Gdańsku. Wtedy widzieliśmy to jasno: oni boją się jeszcze bardziej niż my i nic już nie zatrzyma fali, która nas niesie do zwycięstwa.

Droga do wolności

Tak było. Ale potem przyszedł bydgoski marzec i stanęliśmy u progu rewolucji. Cały kraj zatrzymał się na cztery godziny powszechnego strajku. Mówiliśmy: teraz albo nigdy i wielu z nas było gotowych na wszystko. 14 mln robotników, urzędników, rolników, studentów, nawet licealistów wzięło udział w tym największym polskim proteście. Na 31 marca zapowiedziano bezterminowy strajk generalny. Albo my, albo komuniści. Parę lat później Jacek Kuroń tak wspominał wiec w Ursusie w jeden z tych chłodnych marcowych dni:

„Przemawiałem do ludzi na halach. Od maszyn skupione, poważne oczy. Już nie było krzykaczy, byli ludzie świadomi sytuacji. I zdeterminowani. Wstała tam w pewnej chwili pani w średnim wieku, bardzo zniszczona.
– Ja się boję – mówiła – bardzo się, proszę pana, boję.  Ale wiem, że muszę przemóc ten lęk. Już dość. Mam dzieci, wnuki. Oni nie mogą przeżyć życia w tym upokarzającym strachu. Trzeba to przełamać, trudno, trzeba pójść i uderzyć. I nie był to głos odosobniony. Ludzie szykowali się jak do powstania”.

Porozumienie, które potem podpisano, bolało jak policzek. Może były za tym jakieś racje, może zimna kalkulacja narzucała kompromis. Ale aż do stanu wojennego Solidarność nie była już w stanie zmobilizować swoich zwolenników do ponownego zrywu.

A pamiętacie wybory w czerwcu 1989 r.? Nie wszystko było do wygrania, ale czuliśmy się wtedy, jakby słońce zaświeciło po wiosennej ulewie. Chciało się żyć, chociaż aż kręciło się w głowie od pytania: co dalej? Wydawało się, że wszystko jest w zasięgu ręki.

I chociaż cieszyliśmy się, gdy powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, to już kilka miesięcy później zbieraliśmy się pod sztandarem przyspieszenia. W kampanii wyborczej Wałęsy żądaliśmy rozliczenia bezpieki, odebrania zawłaszczonych majątków, dymisji generałów na sowieckim żołdzie, delegalizacji komunistycznej partii, wtedy już pod zmienioną nazwą. Wygraliśmy te wybory, ale Wałęsa zaraz potem porzucił obóz wolności na rzecz politycznych krętaczy.

Zlekceważona szansa

Tak się zaczęła wolna Polska. Chociaż powstała z naszego trudu i uporu, mieliśmy trochę takie wrażenie, jakby spadła nam z nieba. Jakby ją ktoś wytargował dla nas ponad naszymi głowami. Pokolenie II Rzeczypospolitej szanowało niepodległość, za którą zapłaciło własną krwią. Nas wolna Polska nie kosztowała zbyt wiele, więc lekceważyliśmy darowaną szansę.

Pamiętacie tamte lata? Kiedy obalili rząd Olszewskiego i kiedy komuna wygrała wybory? Kiedy Kwaśniewski był magistrem, a agenci obsadzali ministerialne fotele? Kiedy Solidarność paliła opony na ulicach Warszawy i latami wlokły się procesy zbrodniarzy?

Mówiliśmy wtedy: my już zrobiliśmy swoje. Teraz młodzi muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Nie potrzebowaliśmy wiele. Wystarczył skromny dostatek, trochę świata oglądanego z wycieczkowego autokaru, zimne piwo w barze na rogu, siedmioletni samochód z Zachodu, czasem trochę wzruszeń, gdy w telewizji pokazali czasy naszej młodości. Cieszyliśmy się, gdy odsłaniano pomniki naszych bohaterów, ale równocześnie przekonywaliśmy, żeby gorzką przeszłością nie zatruwać beztroskich lat naszych dzieci. Nie chcieliśmy być weteranami, dumnie odrzucaliśmy kombatanckie profity, nie potrzebowaliśmy orderów ani rocznicowych gali. Nie narzucaliśmy się z naszą historią, chcieliśmy polską młodzież uchronić od sporów i rozczarowań.

Owszem, widzieliśmy drani, którzy dorabiali się na przedawnionych przestępstwach, umorzonych pożyczkach, ukradzionym pierwszym milionie. Ale uważaliśmy, że takie są koszty „transformacji”. Widzieliśmy ludzi bezpieki ulokowanych w tajnych służbach, w mediach czy w dyplomacji, ale uważaliśmy, że lepiej niech się zajmą czymś pożytecznym, niż mieliby spiskować przeciwko Polsce. Widzieliśmy, jak komunistyczni aparatczycy i tajni współpracownicy robią kariery na uczelniach i jak wychowują kolejne pokolenie oportunistów i spryciarzy, ale mówiliśmy, że musi minąć wiele lat, zanim ostatecznie uwolnimy się od brzemienia PRL.

Pozwoliliśmy rozpanoszyć się w Polsce cwaniactwu, kłamstwu, nieuczciwości. Pozwoliliśmy rządzić pozbawionym skrupułów nieukom, pozwoliliśmy drwić z prawa złodziejom i łapówkarzom. Wzruszaliśmy ramionami, gdy sprzedawano narodowy majątek. Pogodziliśmy się nawet ze śmiercią naszego Prezydenta.

Znów załopoczą sztandary

I gdzie jesteśmy dzisiaj? Doszło do tego, że jesteśmy mieszkańcami peryferyjnego państwa, z którego młodzież emigruje za tanią robotą. Dla podtrzymania władzy pazernych nieudaczników zaciągnięto długi, które będziemy spłacali przez pokolenia. Staliśmy się pośmiewiskiem Europy – państwem, które nie potrafi poradzić sobie z budową dróg i naprawą kolei, którego rząd buduje najdroższe na świecie stadiony, ale z braku pieniędzy zamyka szkoły i ciężko chorym odbiera nadzieję na wyleczenie.

Teraz okazuje się także, że ostatnie wolne media są zagrożone, że machiny państwa używa się do wyplenienia patriotyzmu, że za głodowe emerytury będziemy pracowali tak długo, jak to możliwe, równocześnie dopłacając greckim emerytom, żeby mieli za co spłacać pożyczki zaciągnięte w niemieckich bankach. Za chwilę Kościół zostanie pozbawiony wszelkich podstaw funkcjonowania, a religia – ostatni azyl dla zasad godnego życia – wyrugowana ze szkół.

Oglądamy w telewizji migawki z marszów wolności i chociaż ich obraz jest wykoślawiany przez dziennikarskie szumowiny, to jednak dziwimy się, że tylu ludzi zebrało się jeszcze pod starymi sztandarami. A my? Dlaczego nie wychodzimy z domów? Dlaczego nie przystępujemy do konfederacji wolnych Polaków? Dlaczego nie wyciągamy z dna szuflady wypłowiałych biało-czerwonych opasek i nie dzwonimy do starych kolegów, z którymi chodziło się na manifestacje, a potem na zebrania nieistniejących już organizacji? Na co czekamy?

To właśnie teraz znów jesteśmy potrzebni. Zanim będzie za późno, zanim okaże się, że na następną niepodległość znów trzeba będzie czekać 120 lat. Musimy tak jak w 1980 i 1989 r. jeszcze raz zdobyć się na polityczną mobilizację. Musimy jeszcze raz potrząsnąć Polską. Musimy dokończyć tamtą pracę.

I nie łudźmy się, że będzie łatwo. Wrogowie zrobią wszystko, żeby nas podzielić, rozdrobić, skłócić. Chorzy ambicjonerzy, polityczni pieniacze i zwyczajni agenci będą wołali, że łatwiej wygramy osobno niż razem. Telewizje, które na co dzień obrzucają nas błotem, teraz z troską poświecą nam swoją uwagę i będą zapraszały wszystkich, którzy będą przekonywali, że aby się zjednoczyć, najpierw trzeba się podzielić.

3 maja znów łopoczą sztandary. Kiedyś było nas 10 mln. W Solidarności, w „S” Rolników, w NZS, w Federacji Młodzieży Walczącej. W Porozumieniu Centrum było kilkadziesiąt tysięcy ludzi, tysiące w Porozumieniu Ludowym, w Ruchu Odbudowy Polski, w Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym. I w kilkudziesięciu innych partiach i organizacjach, o których dziś już mało kto pamięta. Jeszcze raz zbierzmy się razem. Gdy ruszymy, za nami pójdą młodzi.

Maj to miesiąc nadziei. Zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Polska nas potrzebuje.

Ryszard Terlecki • Gazeta Polska Codziennie
Autor to były opozycjonista. Od 1977 r. współpracował ze Studenckim Komitetem Solidarności, a następnie z Komitetem Obrony Robotników. W 1980 r. wstąpił do NSZZ „Solidarność”. Poseł Prawa i Sprawiedliwości.

fot. Jarosław Kruk; creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/deed.pl


Advertisements

Comments Off on Wracamy do gry. Polska nas potrzebuje