My też byliśmy kiedyś młodzi, naiwni i ostatecznie głupi

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 7 stycznia 2013

O tym, że w Polsce nic i to dosłownie – nic nie działa prawidłowo, wiemy od dawna, a przynajmniej tego się domyślamy.

Nie da się też ukryć faktu, ze kolejne lata przynoszą ze sobą kolejne ograniczenia, zapisane w kolejnych ustawach, czy też w rozporządzeniach do tych ustaw.

Polska staje się krajem o wirtualnej gospodarce i wirtualnych finansach. Do tego dochodzą zjawiska do tej pory nie obserwowane w innych dziedzinach życia.

Trwa wirtualna walka rządu z deficytem budżetowym, a nagie fakty i tak mówią same za siebie. Zamrożenie płac w sferze budżetowej oraz zmiany w waloryzacji emerytur ( wskaźnik inflacji) są przewidziane jako działania, które rząd musi podjąć w przypadku przekroczenia drugiego progu ostrożnościowego zapisanego w Konstytucji. By tego jednak nie ujawniać opinii publicznej, zrezygnowano na razie z kolejnej podwyżki podatku VAT, rekompensując to sobie dla niepoznaki wpływami z tzw. „fotoradarów”, przez które ponoć nawet przysłowiowa mysz się nie prześlizgnie.

Najwyższą troską rządu jest zaś takie „przeliczenie” wskaźników, by przed Brukselą wykazać spadek naszego deficytu finansów publicznych. Tego nie da się jednak robić w nieskończoność, gdyż faktyczny stan gospodarki nadal się pogarsza, a to ostatecznie doprowadzi do realnego „odbioru” sytuacji gospodarczej kraju przez społeczeństwo.

Pierwsze oznaki takiego stanu rzeczy zaobserwowaliśmy już w IV kwartale ubiegłego roku – spadek popytu wewnętrznego, wzrost bezrobocia, niewydolność ochrony zdrowia, zapaść finansów samorządowych.

W nowy rok weszliśmy nie tylko z kolejnymi zapisami fiskalnymi w ustawie budżetowej. Nowy rok to także drastyczne podwyżki podatków lokalnych, a wraz z nimi podwyżki cenowe wszystkich usług na rzecz obywateli świadczonych przez gminy. Do przysłowiowej komunikacji miejskiej dojdzie w połowie roku nowa taryfa „śmieciowa”.

O ile część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy z powagi obecnej sytuacji, to trudno uwierzyć, że Rząd nie wie w co się bawi.
Ktoś może zapytać – no dobrze, i co dalej ?
Plan rządu wydaje się być prosty jak przysłowiowy drut.

Receptą na utrzymanie władzy i odwleczenie krachu w postaci bankructwa państwa, ma być jak najszybsze wstąpienie do strefy euro, co wiąże się z kolejnym zastrzykiem gotówki wziętej oczywiście na kolejny kredyt. Tym razem z EBC, do którego dziś nie mamy dostępu.
Takie myślenie można by pokrótce nazwać jako wyjątkowo naiwne, ale cóż mają powiedzieć Tusk z Rostowskim, gdy w końcu wszystkie możliwości dalszego zwodzenia społeczeństwa ulegną wyczerpaniu ?

Problem obu wymienionych powyżej panów polega więc dziś na przekonaniu Brukseli, by złagodziła kryteria przyjęcia Polski do Eurolandu wbrew stanowi faktycznemu naszej gospodarki. Wbrew pozorom Bruksela może się na to zgodzić, gdyż apetyt eurokratów na wchłonięcie kolejnej i to dużej gospodarki europejskiej, z jednym z największych rynków wewnętrznych w Europie ciągle rośnie.

Polska z pozycji potencjalnego bankruta staje się łakomym kąskiem dla wielkich gospodarek unijnych – tym bardziej, że Polska nadal posiada niskie koszty pracy oraz niewysoki poziom wynagrodzeń. Eksport naszego kraju, a tym bardziej związana z nim konkurencja na rynku unijnym nie stanowi jakiegokolwiek zagrożenia dla większości krajów Eurolandu.

Tak więc bankrutująca Polska w obecnej sytuacji ekonomiczno – gospodarczej jest łakomym kąskiem – nie wymagającym zbytnich starań – do „przejęcia unijnego”.

Polska, która zajmuje 4 miejsce od końca w przeliczeniu PKB na mieszkańca w Unii Europejskiej, jest krajem biednym i porównywalnym bardziej z Bułgarią i Rumunią niż z chociażby z Czechami.

W dobie globalizacji, gdy konkurencja cenowa stała się elementem wtórnym, nader pożądanymi cechami towarów w eksporcie są jakość i innowacyjność. Nie można w takich realiach bazować na niskich cenach produktów, bo one nie są już ani konkurencyjne cenowo, ani też atrakcyjne ze względu na rozwiązania techniczno – technologiczne.

Wysoką konkurencyjność swoich produktów można dziś osiągnąć posiadając swoją własną walutę. To warunek konieczny dla państw określanych jako „gospodarki wschodzące”. Myślę, że tego nie trzeba udowadniać, bo przykładów mamy aż nadto poczynając od Korei Pd, a kończąc na Chinach. Piszę oczywiście o gospodarce jako o globalnym rozwiązaniu, a tak przecież dziś trzeba myśleć.Warto też dodać, że żadna z wielkich gospodarek światowych nie obeszła się bez „szczypty” interwenconizmu państwowego. Bez tego nie byłoby potęgi ani USA,Niemiec,Japonii i Chin. To wtedy właśnie, gdy trzeba było, liczyła się własna waluta. W Polsce interwencjonizm, czyli ingerencja państwa w gospodarkę jest tematem zakazanym, a nawet w kręgach neoliberalnych swoistym bluźnierstwem. Tej doktrynie – zaprzeczenia idei interwencjonzmu państwowego -hołduje Donald Tusk wraz z ministrem Rostowskim. Nic bardziej szkodliwego dla Polski.

Reasumując – Polska gospodarka nie jest gospodarką na tyle atrakcyjną, by rezygnować z własnej waluty. Przed nami jeszcze długa droga. Szkoda tylko, że marnujemy kolejne lata.

Przed nami nowe niebezpieczeństwo w postaci nieodpowiedzialnej polityki rządu Donalda Tuska. Wprowadzanie dziś Polski do strefy euro tylko po to, by politycznie spełnić oczekiwania Niemiec i Francji, jest aktem skrajnej nieodpowiedzialności, a nawet szkodnictwem najwyższej próby.

Polska już dziś ponosi wyrzeczenia porównywalne z tymi ponoszonymi przez Greków. Kwestią istotną jest zaś to, na ile zgodzi się polskie społeczeństwo. Na ile uzna, że to co robi z Polską Donald Tusk, jest do przyjęcia.

Jedno już się udało Tuskowi.
Udało mu się zredukować oczekiwania Polaków do minimum.
Komu zaś się nie podoba, to wypad.

I pomyśleć, że Gierek „przejechał” się na kilogramie cukru,
kromce chleba posmarowanej margaryną i obłożoną salcesonem spod lady.

Nam wtedy wydało się to… za drogo.

Że też byliśmy tak naiwni.

Zebe • naszeblogi.pl

Reklama

Możliwość komentowania My też byliśmy kiedyś młodzi, naiwni i ostatecznie głupi została wyłączona

%d blogerów lubi to: