Bolszewia groźna drzewem genealogicznym

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 17 stycznia 2013

… gdy psa do budy zaczniem chować, to po czasie i sam będzie do niej właził. …

Miałem ci ja wizję. Już dzień miał się skończyć powszednim końcem, aż tu nagle, ni stąd, ni zowąd, przyszedł mi z pomocą sam redaktor Piasecki i mi go odmienił. Oburzył się On bowiem na tekst Cezarego Gmyza, w którym to pan od artykułu co to hajdarowiczowy prezent od władzy w powietrze wysadził, w krótkiej nocie przedstawił wynik procesu skanowania drzewa genealogicznego rodziny Tuleyów. Uznał ów redaktor z RMF FM, że „trotylowy wywrotowiec” jak nikt inny jest ekspertem w „szczypaniu powiązaniami rodzinnymi”, zwłaszcza – jak podkreślił – „jak trzeba”! Ładne mi szczypanko, można by rzec, szczypanko niby, a po efekcie widać, że na nogi postawiło nie byle jakie monstrum, nie byle jaką bestię.

Otóż jak tylko sprawa się rozeszła wiadomymi kanałami, w sukurs za redaktorem Piaseckim – tu trzeba zaznaczyć, że nie na jego prośbę przecież – ruszyła znienacka, wielka postępowa machina tropiąca mentalny bolszewizm, w postaci zakompleksionych z sadystycznym instynktem kłamców żyjących tylko i wyłącznie dla organizowania przemysłu pogardy.

Tak, tak, drodzy Państwo. Jest w tym kraju takie środowisko, które taką machinę na swoim wyposażeniu posiada i nie waha się, gdy trzeba jej użyć. Machina ta, od ponad dwudziestu lat, jest tak pieczołowicie pielęgnowana i utrzymywana tym samym w najznakomitszym stanie, że gdy już odpali, to nie ma żartów, wióra lecą, kości trzeszczą, a i prawie że krew tryska.

Warto też zaznaczyć, że maszyna ta, to istny absolut. W ciągu tych dwudziestu lat potrafiła sama się nauczyć bardzo istotnej cechy, mianowicie czegoś, co można nazwać „autoreakcją”, reakcji, która zgoła inna jest od tej na prośbę lub zamówienie. Opieka wynajętych doń serwisantów była tak ambitna i tak profesjonalna, że ani się serwisanci nie obejrzeli, a postępować technologicznie zaczęła sama z siebie, bez niczyjej pomocy. I czemuż się tu dziwić ?

Od dawna wiadomo, że gdy psa do budy zaczniem chować, to po czasie i sam będzie do niej właził. Tak też było i tym razem. Jako że machina nie lubi siedzieć cicho, być na „off”, a jedno w tygodniu uruchomienie jej nie wystarcza do zaspokojenia własnych potrzeb, to od czasu do czasu prowadzona siłą chciejstwa, rozgląda się tu i ówdzie, by wytropić zagrażający jej bolszewizm.

Tym razem dzieło jednego z faworytów oszołomskich siepaczy, pseudonim „trotylowy podpalacz”, rozsierdziło machinę tak, że wbrew swoim codziennym obowiązkom postanowiła, że musi niezwłocznie włączyć się w proces obrony siebie samej i wszystkich, którzy są tak jak ona zagrożeni przed – i tutaj hit, machina ma wyobraźnię – „owadami łajnolubnymi”(!).

Jedno na pewno jest zaskakujące. Uznała machina, że do tej potyczki nie musi się zbytnio wysilać. Tym razem postanowiła, że zaledwie sześć, sześć(!), pocisków wystarczy na to obskurne tałałajstwo. Więc ci, wyobraźcie sobie, odpaliła.

Pierwszym pociskiem machina, ze znanym sobie wdziękiem, rozprawiła się z tałałajstwa mentalnością. Według niej rzecz jest oczywista. Ktoś, kto próbuje światu przedłożyć pokrewieństwo istotnych dla status quo państwa osób z funkcjonariuszami systemu, który, tak dla żartów tylko przecież, był pokłosiem wdrożenia bolszewizmu, a z którym machina dzisiaj tak szumnie walczy, musi mieć, a tam musi, ma(!), bolszewicką mentalność. I boleje ów „urządzonko” nad tym, że po czterdziestu pięciu latach od 1968 roku, praktyka przedkładania takiej wiedzy ma się dobrze.

Przecież to skandal! Jak można – myśli sobie zapewne machina – sądzić, że biografia przodków może mieć wpływ na nasze postawy i wybory w teraźniejszości ? No, a taki Adolf, to tysiącletnią Rzeszę chciał upichcić. Jej ciągłość miała być zapewniona, dzięki swobodnym wyborom w sferze ideologicznej i nic a nic nie trzeba było tej sfery wśród potomków owej Rzeszy utwardzać. Mogła być giętka jak żelki Haribo, a i tysiąc by trwała. W ogóle! Jakim trzeba być intelektualnie „łajnolubnym owadem”, by wierzyć, że po 1968 roku ktokolwiek myślał, by swoich pociech mentalność kształtować według modelu wskazanego przez ówczesną władzę, której na domiar, jako funkcjonariusz państwa, się służyło!?

Przecież to absurd! Zagrożenia w ogóle nie ma! Nie ma podstaw, by się bać, o to, że UB-ek wychowa UB-eka. Zwłaszcza że pójście tą linią w danej chwili zapewnia dobrobyt i karierę na przyszłość.

Syn UB-eka z lat sześćdziesiątych dwadzieścia lat później bez problemu zostanie UB-kiem, sędzią, ministrem, gensekiem, mimo że ma kompletnie inną wizję ideologiczną świata, niż ta która obowiązuje i obowiązywać ma jeszcze do końca świata, a jej wdrażanie i realizowanie jest podstawą bytu panującej władzy.

Ci piromani zasłużyli sobie na więcej.

Drugi pocisk szybko i sprawnie obnażył skłonność bolszewii do posługiwania się najniższymi z możliwych instynktów, do zadawania bólu swym ofiarom. „Dowalić rodzinie”, to motto bolszewii i jedna z podstawowych technik walki z postępowym światem. Gdy walimy w rodzinę, to boli. Machina to wie doskonale. Sama przecież przechodziła kursy, a jej pracą doktorską, weryfikującą jej dotychczasowe kontakty z programem nauczania kształtującego wybitnych postępowców, była rozprawka o przodku – najgorszego z najgorszych – „ober-bolszewików”, Jarosława „Dinozaura” Kaczyńskiego. W tej pracy machina dość wyraźnie pokazała, jak bolszewicka technika jest trafna w swoim założeniu. Swoja droga trzeba przyznać, że machina zasługuje na słowa uznania. Tak dobitnie wczuć się w rolę, że człowiek o niemal był pewny, że czyta rasowego bolszewika, to nie lada sztuka. Profesjonalizm w każdym calu. Myli się ten, kto myśli, że to monstrum choć przez chwilę odpoczęło.

Gdy tylko drugi pocisk dotarł do celu, z armaty od razu sunął trzeci. Zajął się kompleksami szarańczy. Kompleksami, z których ów szarańcza moc i siłę bierze do niszczenia, zadeptywania wręcz wroga. Pewnie myślicie, że to coś niepojętego z kompleksów robić tak skuteczny oręż w walce. Niby kompleksy, synonim słabości, a miażdżą, niszczą. Nie, nie, moi mili. To bolszewia. Ona wszystko, co ma w ręku, jest zabójcze, a kompleksów machina bała się w tej walce najbardziej. Stąd te sześć pocisków, bo jako że kompleksy to słabość, to jak najbardziej przeciw niej trzeba użyć twardej amunicji. W takiej sytuacji sprawdzają się właśnie tylko i wyłącznie „łajnoluby”, różnego rodzaju „robactwa” czy „sadystyczne instynkty”, a używanie ich, to najwyższej klasy postępowość i antonim pogardy.

Przy czwartym machina się nie patyczkowała. Tutaj z grubej rury poszło. Obrała taktykę uderzania w przeciwnika jego arsenałem. Wie machina, wie na sto procent, że bolszewia przodków posiada, a jak jest bolszewią, to przodków od samej bolszewii gorszych mieć musi. Tutaj nie trza wskazywać, bo postępowa prawda zawsze na wierzchu, a postępowa prawda mówi, że gdy kogoś nazwiemy zakompleksieńcem o „sadystycznym instynkcie”, to oczywiste jest, że zrodził się z jeszcze gorszego „owada”. Gdy bolszewik wspomni o czyimś wątpliwym pochodzeniu i podeprze to konkretnym dokumentem, to bolszewik jest wstrętny, jest „łajnolubny”. Machina nie musi żadnych dokumentów, żadnych weryfikatorów. Machina zrodziła się przecież z wyższej klasy panującej i machinie można wszystko. Jak nie potrafi tego mentalny bolszewizm pokapować, to tym bardziej go jak robaka!

Piąty pocisk, ten to miał zadanie. Obnażyć jedną z najbardziej zwierzęcych wad „owada”, za pomocą jego trzech zalet, to najtrudniejsza ze sztuk zastosowanych w tej walce. Wyobraźcie sobie Państwo, że mentalny bolszewizm pod miłością do narodu, uwielbieniem swej ojczyzny i kłanianiem się Bogu ukrywał swój „sadystyczny instynkt”! Ha!? I kto jeszcze śmie wątpić w zatrważające niebezpieczeństwo jakim uderza w nas bolszewickie tałałajstwo ? Na domiar złego, ci wstrętni organizatorzy przemysłu pogardy gromadzą te zalety w bagażu z kompleksami, którymi przecież potrafią miażdżyć i zadeptywać wroga. Tak, tak, Panowie i Panie. Miłością do narodu, uwielbieniem ojczyzny i posługą Bogu też można miażdżyć, też zadeptywać i niszczyć. Tego bać się winniśmy w pierwszej kolejności. Najcięższym i najniebezpieczniejszym orężem tych pogardliwych kłamców są uczucia powszechnie uważane za godne pochwały. Tu ciągle nie ma żartów, bolszewia, to bolszewia.

I po szóste. Żebyście nie myśleli, że mistrzem pogardy jest ten, który sześcioma pociskami, pełnymi inwektyw niepodpartymi niczym, szkalującymi kalumniami, retoryki knajaka, który za formę przedstawiania argumentów obiera sobie język typowej dla tchórzy erystyki. Taki mówca to prawdziwa sól tej ziemi, postępowiec i elita.

Tak bardziej serio ? Jest pytanie.

Skąd się wzięła w 2013 roku rzeczywistość, w której musimy uczestniczyć w wojence nad lustracją, weryfikowaniem przeszłości ludzi na stołkach, ich przodków, pod kątem kontaktów z minioną władzą i zaciętości sposobu w ich utrzymywaniu ?

Dzięki komu, dzięki czyim postawom, biernościom i zaniechaniom ponad dwadzieścia lat od okrągłego stołu wciąż jest to jeden z najbardziej robiących hałas mur ?

Kto w czasie zadymy o lustrację w 1992 roku potrafił ograniczyć się do żarcików na korytarzu sejmowym, miast zgodnie z rolą do jakiej powołani są dziennikarze, służyć własnymi możliwościami do oddzierania rzeczywistości z kłamstw, czy przekrętów władzy ?

Kto rozsiadłszy się w fotelu wygodnie z prompterem lub kartką przed oczyma udawał, że nic się nie stało i kontynuował w zakłamaniu swą karierę na najwyższych półkach, a kto wolał zostać oszołomem ?

Kwiczycie, plujecie, drwicie, dezawuujecie, a przecież za to, co wam tak przeszkadza, jesteście tak samo odpowiedzialni, jak ci, co czynnie uczestniczyli w propagowaniu i utrzymywaniu przy życiu tego kłamstwa.

Ciężkie ci to czasy, gdy hipokryzja staje się cechą bohaterów.

Christopher Ziyo • salon24.pl
rys. Andrzej Krauze

Reklama

Możliwość komentowania Bolszewia groźna drzewem genealogicznym została wyłączona

%d blogerów lubi to: