Bagno zaczyna płynąć ☚ ★

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 22 marca 2013

Ruscy szachiści obstawiający duży pałac, jak wiadomo, nigdy nie grają na jednego konia.

Nie jestem politycznym „insiderem”, nie mam więc dostępu do ekskluzywnych informacji, nowinek i plotek. Mimo to zauważam, podobnie jak wielu Polaków interesujących się polityką, że idzie nowe. Że coś się święci. Analogia z tym, co widać za oknem, nasuwa się sama — niby śnieg dowalił i mrozik trzyma, ale zaczyna się czuć wiosnę. Ptaszyska mordy drą i koty dostają coraz większego kręćka. W przyrodzie zaczyna się ruch, ruch też zaczyna się w polityce. Ale nie Ruch winiarza z Biłgoraja — ten akurat wydaje się kończyć, to jednak dygresja.

Ostatnie zawirowania z Piotrem Dudą, jego medialną podpórką Kukizem i powstającymi ad hoc stowarzyszeniami ludzi w taki czy inny sposób pokrzywdzonych przez III RP zdają się być w dużej mierze zasilane medialnie, jednak są zwiastunem szerszych przymiarek do przebudowy sceny politycznej. Przymiarek związanych, być może, z antycypacją ostatecznego rozpadu obecnego układu rządzącego. Jak się wydaje, większość sił niezwiązanych bezpośrednio z koalicją usilnie pracuje nad podkopaniem stabilności tej ekipy, a przynajmniej nad wyzyskaniem jej coraz bardziej oczywistego upadku. Pracuje nad tym PiS — to oczywiste, ale pracuje też ośrodek prezydencki — i to najwyraźniej na dwóch frontach. Praca ta ma przygotować scenę polityczną na wybory, które mogą zostać ogłoszone wcześniej, niż wynika to z kalendarza politycznego.

Ruscy szachiści obstawiający duży pałac, jak wiadomo, nigdy nie grają na jednego konia. Dlatego i patronują lub przynajmniej usiłują objąć patronatem dwie opcje. Z jednej strony błagorodnych narodowców, a z drugiej — roszczeniowo-populistycznych dudziarzy czerpiących swą siłę ze struktur związkowych. Wpisuje się to w szerszy kontekst budowy przyszłej koalicji (pod patronatem dużego pałacu), która miałaby stanowić przeciwwagę dla niemrawego PiSu i niejako skraść mu dotychczasowy monopol na tradycyjnie rozumiany patriotyzm i społeczny konserwatyzm. A może i katolicyzm, są bowiem hierarchowie, którzy patrzyliby na to przychylnie.

Po lewej stronie również trwają gorączkowe, ale jak się zdaje, mało efektywne próby odnowienia wizerunku i tym chocholim tańcem cyklistów nawet nie chce mi się zajmować — te same ryje, ta sama udawana lewicowość, wciąż te same uwikłania obyczajowo-towarzyskie. Nuda i siermięga.

Jednak to, co dzieje się bardziej na prawo, zasługuje na uwagę. Na scenę polityczną wkracza bowiem Piotr Duda, który chyba uwierzył wreszcie, że już dojrzał do ról pierwszoplanowych. Jest to z jego strony trochę taka razwiedka bojam i łatwo może skończyć się jak występy Poncyliuszów i Ziobrów, niemniej jednak trudno nie zauważyć, że Duda ma od nich znacznie większy ciężar gatunkowy i niebagatelnie poważniejsze poparcie dołów. Przy tym nie ogranicza się do uprawiania polityki przez telewizor, ale wyraźnie zmierza do przekształcenia swej bazy związkowej w terenie w bazę polityczną.

Przykładem takich działań są umizgi lokalnych polityków i niektórych posłów PiS (w tym przypadku — tych stopniowo tracących pozycję w partii i szanse na reelekcję) do co bardziej zdezorientowanych organizacji zakładowych czy powiatowych Solidarności. Co interesujące, trzecim uczestnikiem tych zalotów bywają działacze samorządowi kojarzeni dotąd z PO. Czyżby poszła fama o rychłym zakończeniu projektu zbudowanego na trupie nieboszczki Unii Wolności? Fakt, rządy Tuska zużyły Platformę do szczętu, a przecież rozżarci politycy PO wszystkich szczebli nie zamierzają rozstawać się z miłymi apanażami i ciepłymi stołkami, bo większość z nich wracać nie bardzo miałaby dokąd.

Jeszcze większa rozpacz ogarnia PSL, które trzyma się w kupie chyba już tylko dzięki temu, że jego działacze zupełnie nie mają dokąd zmykać i żyją nadzieją, że bez nich trudno będzie komukolwiek ogarnąć władzę na wsi. Podłączą się więc z ulgą do każdej inicjatywy, która zapewni im przetrwanie na kluczowych pozycjach w terenie.

Zreasumujmy więc — projekt PO to już wrak, niby wciąż żyje i toczy wokół wściekłym okiem, jak głowa rodziny na łożu śmierci, ale po kątach kuzyni coraz mniej dyskretnie negocjują podział schedy i tylko patrzyć, kto pierwszy wyrwie delikwentowi poduszkę spode łba. Na tym trupie mogą wyrosnąć dwa ugrupowania, jednako kontrolowane przez służby, ale odgrywające swoje role charakterystyczne na scenie politycznej przed ogłupiałym narodem. Wezmą one władzę w koalicji pod światłym patronatem Bronisława, do której to koalicji ewentualnie dokooptują Pawlaków, na kolejne dwie kadencje domykając układ władzy. Palikot został zużyty, jego menażeria dostanie na piwo i wróci do tych nor, z których wypełzła. Lewica będzie dalej żwawo fermentować, ale poza dojmującym smrodem niewiele z tego wyniknie — może najwyżej jeden czy drugi zostanie przygarnięty do szerokiej piersi prezydenta.

A co z PiS? Cóż, PiS może sobie nawet i wygrać wybory, byle niewielką przewagą. Zostanie to wykorzystane do dalszego gnojenia Jarosława przez media, ale układ prezydencki będzie kontent, bo jeśli wszystko się ułoży jak opisałem, to PiS nie będzie miał możliwości zbudować żadnej koalicji. Schudnie jedynie o kolejną grupę posłów i działaczy, zapewne tych przeszczepionych swego czasu wraz z Markiem Jurkiem, którzy teraz i tak jedną nogą są już poza partią, a starzy pecetowcy jeszcze bardziej zaskorupią się w swoim gderliwym nieróbstwie.

A jeśli PiS wygrałby dużą przewagą? Cóż, wówczas wojna tylko przybierze na sile — prezydent będzie miał narzędzia utrudniające powołanie pisowskiej rady ministrów, nawet jeśli jakimś cudem utrzymałby się projekt rządu profesorskiego (zależy to głównie od determinacji prezesa Kaczyńskiego, bo nie wierzę, by stojący w drugim szeregu politycy po tak upragnionym zwycięstwie chętnie ustąpili ministerialne stołki politycznym amatorom spoza partii).

Taka jest diagnoza, a jakie mogłoby być remedium? Jak PiS może zneutralizować plany dużego pałacu, zakładając, że Duda działa w złej wierze i jego niechęć wobec PiS nie jest tylko wybiegiem marketingowym, a rozmowy z prezydentem — grą polityczną? Po pierwsze — i powtarzam to do znudzenia — trzeba otworzyć partię od dołu. Miejscami próbowano to zrobić, może niekonsekwentnie i na pół gwizdka, ale jednak. I przyniosło to zmiany na dobre — zdołano odświeżyć i wzbogacić niektóre struktury terenowe i pozbawić układ rządzący wpływu na ich działanie (przynajmniej częściowo).

Jednak nie ma lekko i nie słyszałem o okręgu, w którym zmiany te przeprowadzono w pełni konsekwentnie i skutecznie. Tymczasem prawda jest taka, że PiS musi skończyć z samoograniczaniem, musi stawać się partią masową. Nie na hurra i nie bezmyślnie, jak w pierwszych latach swego istnienia, ale jednak. Bez przemyślanej reformy wewnętrznej umożliwiającej stopniowy rozwój struktur nie wygra wyborów samorządowych, nie wprowadzi ludzi do sejmików wojewódzkich, a bez tego — nie ma szans na skuteczne przejęcie władzy i efektywne rządzenie. Nawet gdyby zdobył połowę miejsc w Sejmie.

Partia konsekwentnie stojąca w opozycji wobec wielopokoleniowego, zaskorupiałego i skorumpowanego układu władz wszelkich szczebli potrzebuje poparcia społecznego. Ale przede wszystkim nie tego poparcia, które uzyskuje się raz na parę lat przy urnie wyborczej, lecz tego, które wyraża się w systematycznej pracy politycznej i społecznej w podstawowych strukturach terenowych. To jest diabelnie trudne i dla zawodowych partyjniaków dość dolegliwe, przy tym obarczone ryzykiem wewnątrzpartyjnej rywalizacji. Dlatego kierownictwo PiS powinno uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie — czy partia ma istnieć i pracować dla państwa i narodu, czy też stać się przedsiębiorstwem nastawionym na zakonserwowanie pozycji politycznej już zdobytej przez swoje kadry.

Żadna skrajna odpowiedź na to pytanie nie jest dobra — to trzeba wypośrodkować, zbalansować. Potrzebny jest i dopływ świeżej krwi i poszanowanie hierarchii wypracowanej sukcesami politycznymi, doświadczeniem i lojalnością. Nie jest łatwo taki balans wypracować, szczególnie wówczas gdy brakuje benefitów władzy. Nie jest łatwo także dlatego, że do partii opozycyjnej, która nie może oferować szybkiej kariery, niechętnie przychodzą ludzie asertywni i żądni skucesu — a więc zdolni do jego odniesienia. Częściej przychodzą zawiedzeni rzeczywistością i pokrzywdzeni, szukający w ten sposób, jeśli nie pomocy, to wsparcia moralnego, potwierdzenia słuszności swych postaw, ale nie zawsze zdolni do samodzielnego działania i praktycznego, skutecznego rozwiązywania problemów. Ma więc o czym myśleć prezes Kaczyński, bo choć naszą sytuację polityczną często przyrównuje się do bagna, to w rzeczywistości od czasu do czasu staje się ona jak rwący potok. I wówczas wymaga szybkich i zdecydowanych reakcji.

Tomasz Nowicki • naszeblogi.pl
fot. Rafał Guz / PAP

Reklamy

Możliwość komentowania Bagno zaczyna płynąć ☚ ★ została wyłączona