JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA [3] ☚ polecam !

Posted in ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Zborowski Lech by Maciejewski Kazimierz on 9 czerwca 2013

JERZY BOROWCZAK – FUNKCJONARIUSZ KŁAMSTWA

Osoba Jerzego Borowczaka pojawia się w moich wspomnieniach wielokrotnie. Mimo tego, że pisanie o tym człowieku pozostawia nieprzyjemny niesmak, to jest to konieczne dla wykazania anatomii historycznego kłamstwa, którego jest on integralną częścią. Jest on, obok Lecha Wałęsy i Bogdana Borusewicza, dopełnieniem tercetu kłamstwa i manipulacji historyczną prawdą.

Borowczak wdarł się w naszą historię, a właściwie został w nią wepchnięty przez tych, którzy dali mu „kombatancki” życiorys wraz z jasno określonym zadaniem do wykonania. Poświadczyć zakłamany życiorys Wałęsy, którego nie chcieli potwierdzić znający go działacze Wolnych Związków. Wałęsa i jego twór Borowczak, żyją od czasu sierpniowego strajku w symbiozie kłamstwa, które jednakowo służy im obojgu.

Z pomocą Borusewicza stworzyli sytuację wręcz absurdalną, w której Wałęsa, agent komunistycznej bezpieki i patologiczny kłamca,  potwierdza autentyczność całkowicie fałszywego „kombatanctwa” Borowczaka, aby ten z kolei mógł być koronnym świadkiem waleczności „wielkiego wodza”.

Kariera Jerzego Borowczaka jest karykaturalną miniaturą kariery jego idola Lecha Wałęsy. Jest jednak nie mniej szkodliwa. Podobnie jak życiorys Wałęsy tak i prawda o Borowczaku jest powszechnie mało znana. Prawdopodobnie dlatego, że odrzuciwszy to co jest w jego życiorysie zwykłym kłamstwem lub to czym on sam woli się nie chwalić, to zostajemy z jednorazowym wydarzeniem związanym z rozpoczęciem sierpniowego strajku. A i to pozostawia nas z wieloma pytaniami dotyczącymi intencji jego działania.

Poza historią politycznej „kariery” Borowczaka, Encyklopedia Wikipedii podaje tylko dwa fakty z jego życia: „ Należał do aktywnych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża” oraz „Wraz z Bogdanem Felskim, Ludwikiem Prądzyńskim i Bogdanem Borusewiczem zainicjował strajk w Stoczni Gdańskiej”. Nawet z tych dwóch zdań tylko jedno jest prawdziwe, gdyż Borowczak nigdy nie był  aktywnym działaczem WZZW. Wikipedia dorzuca jeszcze jedno zdanie, które jest prawdopodobnie esencją całej jego kariery: „Od tego czasu należy do bliskich współpracowników Lecha Wałęsy”.
Nie wiem czy to właśnie fakt tej bliskiej współpracy z równie bliskim i wieloletnim współpracownikiem komunistycznej bezpieki spowodował, że Borowczak jest dziś stawiany jako przykład polskim dzieciom. Mało kto jednak wie, że uczniowie klas szóstych uczą się dziś „życiorysu” tego człowieka.

On sam, w wielu chętnie udzielanych wywiadach, stworzył tak wiele wersji swych rzekomych dokonań, że jak na kłamcę przystało zaprzecza sobie w każdym możliwym momencie. I było by to zupełnie nieistotne, gdyby chodziło tylko o jego raczej marną postać. Rzecz w tym, że został on wyznaczony do spełnienia roli świadka jednego z najważniejszych fragmentów naszej najnowszej historii.

Historia według Jerzego Borowczaka

Zaczyna się już od niezmiernie intrygującego opisu jego rzekomej drogi do wybrzeżowych WZZów. Wyruszyć w nią miał z dalekiego Egiptu. Pod koniec lat siedemdziesiątych Jerzy Borowczak jako poborowy żołnierz wyjeżdża do Egiptu na tak zwaną misję pokojową. Inne źródła, jak np. Encyklopedia Solidarności podają, że stacjonował na Wzgórzach Golan, co wydaje się bardziej prawdopodobne. Nie wchodzę jednak w te geograficzne szczegóły, gdyż nie ma to większego znaczenia dla omawianego tematu.
Młodszym czytelnikom należy się tu pewne wyjaśnienie. Otóż, w tamtych czasach poborowi jakim był Borowczak, trafiali do komunistycznego wojska w ramach przymusowego naboru. Tak zwana służba wojskowa była w czasach PRLu dwuletnim okresem marksistowskiej indoktrynacji, przerywanej niewolniczym wyzyskiem darmowej siły roboczej. Żołnierzy używano do remontów torów kolejowych, przeładunku węgla na kolejowych bocznicach, ziemniaczanych wykopków, czy jakichkolwiek innych mało atrakcyjnych prac. Większość młodych ludzi uważała ten czas za bezpowrotnie stracony.
Inaczej było w przypadku Borowczaka. Ten załapał się na wyjazd do Egiptu w ramach tak zwanej misji ONZ. Była to, jak na tamte czasy, prawdziwie wyjątkowa fucha. Wyjeżdżający tam żołnierze nie tylko nie wykonywali brudnej niewolniczej pracy, ale za swój pobyt w ciepłym klimacie dostawali pensję. Jak na tamte czasy niezwykle atrakcyjną i do tego płaconą w dewizach. Nie każdy mógł jednak się na taką atrakcyjną formę „służby” załapać. Trzeba było być zakwalifikowanym na podstawie właściwej opinii dowództwa.  A to jak wiemy uwarunkowane było przynależnością do właściwych organizacji i wykazaniem odpowiedniego stopnia lojalności. Borowczak najwyraźniej te warunki spełnił, gdyż pod koniec lat siedemdziesiątych, w czasie kiedy jego rówieśnicy zaganiani byli do remontu torów gdzieś pod Pasłękiem, czy kopania rowów pod Lublinem, on sam znalazł się pod piramidami w charakterze kierowcy wojskowej karetki. Ciekawić może, jakie szczególne kwalifikacje zdecydowały o zakwalifikowaniu Borowczaka do tej wyprawy, bo raczej trudno założyć, że była to jego wcześniejsza krótka kariera traktorzysty w rolniczej spółdzielni produkcyjnej.

Opisując ten swój wyjazd, obok zachwytów nad finansową atrakcyjnością tej fuchy, przywołuje on takie oto wspomnienie: „Jak byłem w wojsku, pojechałem na bliski wschód i poznałem tam oficerów z niebieskich beretów z Gdańska, którzy opowiadali o grudniu 1970 roku, że Skotami jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców. Wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej”.

Zanim odniosę się do końcowej deklaracji Borowczaka, muszę zwrócić uwagę na bardzo zastanawiający i bardzo wymowny język jaki używa on do opisania działań swoich oficerów w wydarzeniach grudnia 1970. Przypomnę więc, że Skoty były wojskowymi pojazdami opancerzonymi używanymi miedzy innymi do ulicznych walk przeciwko demonstrującym robotnikom. Wielu z nas pamięta te pojazdy z czasu późniejszego stanu wojennego. Wspomniani oficerowie w komunistycznej armii byli żołnierzami zawodowymi. To co Borowczak w swej arogancji określa jako „jeździli po ulicach, mając przed sobą stoczniowców” oznacza nic innego jak to, że byli załogą opancerzonych pojazdów tłumiących robotniczy protest. Jest zupełnie prawdopodobne, że mogli wówczas do tychże robotników strzelać i że mają na swych rękach ich krew. Dla Borowczaka jest to jednak zwykłe „jeżdżenie po ulicach”, zupełnie tak jak rodzinne zwiedzanie Gdańska, świeżo umytym „maluchem”. Jeżeli dorzucimy do tego końcowe słowa tego stwierdzenia: „…mając przed sobą stoczniowców” to obraz w naszych oczach zmienia się zasadniczo.

Zaledwie kilka dni po tych wynurzeniach nasz „bohater” udzielił innego wywiadu, w którym w swej bezrozumności przechodzi samego siebie pisząc: „To właśnie w Egipcie od lekarzy i podoficerów po raz pierwszy usłyszałem o Wolnych Związkach Zawodowych w Stoczni Gdańskiej. I wtedy podjąłem decyzję, że po wyjściu z wojska pojadę do Stoczni Gdańskiej”. Myślę że jest to jeden z największych przykładów nie tylko głupoty, ale przede wszystkim obrazy inteligencji Polaków. Borowczak każe nam wierzyć, że wyselekcjonowani wojskowi lekarze i oficerowie komunistycznej armii, ci sami którzy w grudniu ’70 „jeździli Skotami, mając przed sobą stoczniowców”, biegali teraz do poborowego Jerzego Borowczaka, aby go poinformować o istnieniu gdańskiej opozycji(?!) To wyznanie przekracza wszelkie granice obłąkania. Można by oczywiście zadać kilka dodatkowych pytań, jak choćby – dlaczego mowa jest o WZZach w Stoczni Gdańskiej, skoro ta grupa nie była w żadnym wypadku organizacją stoczniową?  Skąd też zawodowi komunistyczni żołnierze mieliby wiedzieć co dzieje się w Stoczni Gdańskiej? Myślę jednak, że wchodzenie w takie szczegóły nie ma większego sensu.

Wydaje się jednak bardzo interesującym wyznanie, że decyzję o zatrudnieniu w stoczni i rzekomym zamiarze dotarcia do WZZów, podjął on właśnie wówczas w otoczeniu tychże komunistycznych oficerów wojskowych. W tej sytuacji szczególnej wymowy nabiera pewna informacja zawarta w książce byłego szefa bezpieki jak również służb wojskowych gen.Kiszczaka. W książce pod tytułem  „General Kiszczak mówi… prawie wszystko” wydanej w 1991 roku, znajdujemy ciekawą informację: „ Powód dla którego międzynarodowe misje pokojowe podlegały akurat wywiadowi jest jasny. Mówi jeden z szefów – jednostki 2000 – gen. Olgierd Darzynkiewicz: – Każdy żołnierz, który przebywał za granicą musiał coś tam dla wywiadu zrobić (!)”.
Zwracam uwagę na słowa „każdy” i „musiał”. Myślę że Jerzy Borowczak, powinien wszelkie opowieści adresowane do Polaków, rozpocząć od wyjaśnienia co on sam dla tego wywiadu zrobił i czy pojawienie się w stoczni, czy w pobliżu Borusewicza, a w konsekwencji na sierpniowym strajku, nastąpiło w ramach tej działalności? Takie pytanie wydaje się przecież całkowicie zasadne.

Dalsze opowieści naszego „bohatera” są tak samo „spójne”. I tak po wcześniejszych zapewnieniach, że o Wolnych Związkach dowiedział się w dalekim Egipcie już w innym wywiadzie stwierdza, że – o WZZW dowiedział się z ulotki otrzymanej w trójmiejskiej kolejce w 1979 roku.
Po powrocie z wojska zatrudnił się co prawda w Stoczni Gdańskiej, ale na działaczy WZZów jakoś tam nie trafił.  Mimo tego, że byli tam: Anna Walentynowicz, Andrzej Kołodziej, Andrzej Bulc, Kazimierz Szołoch, Bogdan Felski, Ludwik Prądzyński i kilku innych.
Swoje doświadczenie ze wspomnianą ulotką Borowczak opisuje raczej konkretnie: „Pewnego dnia, w kolejce z Sopotu do Gdańska, ktoś wręczył mu ulotkę. Przeczytał, że partyjna nomenklatura to złodzieje, oraz nazwisko i adres autora tych słów: Borusewicz, Sopot, ulica 23 Września i numer mieszkania”.
Po tej lekturze Borowczak miał udać się pod wskazany adres. Jest to dość ciekawe stwierdzenie, gdyż Borusewicz nie wydawał ulotek wyłącznie pod własnym nazwiskiem. Tak więc były tam nazwiska rożnych działaczy WZZów. Zastanawiać może więc to, że mimo wcześniejszych postanowień, powziętych rzekomo jeszcze w Egipcie, że będzie poszukiwał kontaktów z WZZami w Stoczni Gdańskiej, nie poszedł do zatrudnionej tam Anny Walentynowicz, do której miał dużo bliżej, a wybrał niepracującego nigdzie Bogdana Borusewicza. Jest to pytanie retoryczne, gdyż każde następne świadectwo Borowczaka jest zaprzeczeniem poprzedniego i zbyt dogłębne analizy mogą tylko przyprawić czytelnika o solidny ból głowy.
Tak więc kontynuuje on swą opowieść o spotkaniu z Borusewiczem: „Zastałem go za drugim razem. Przyjął mnie z rezerwą. Pytał kogo znam? Powiedział że się ze mną skontaktuje”
I dalej w tym samym wywiadzie czytamy: „Na początku listopada 1979 przed oknem stancji Borowczaka przy ulicy Pogodnej zjawia się Borusewicz. Kilka dni później, 11 listopada po mszy w Bazylice Mariackiej rusza duża manifestacja pod pomnik Sobieskiego. Borowczak rzuca ulotki”.
I znów jedno kłamstwo pogania drugie. Już w innym wywiadzie opowiada tą samą sytuację nieco inaczej: „Przyjął mnie z dużą rezerwą. Wypytywał co robię i kogo znam? Potem dał mi zadanie. Miałem rozrzucić ulotki w stoczni”.
Nie ma oczywiście znaczenia, że Borowczak nie wie gdzie miał rzucać swoje pierwsze ulotki, gdyż w rzeczywistości nie robił tego ani pod pomnikiem, ani w stoczni.

Jakby tych wersji drogi do Wolnych Związków było jeszcze mało, to w udzielonym w 2005 roku wywiadzie dorzuca następną mówiąc: „W 1979 roku, gdy już pracowałem w stoczni, usłyszałem w Wolnej Europie o Alinie Pienkowskiej i Andrzeju Gwieździe. Na początku wzięli mnie za ubeka, myśleli, że jestem nasłany. Dopiero po sprawdzeniu mnie, zostałem dopuszczony do bibuły…”
W tym krótkim stwierdzeniu Borowczak jak zwykle potrafi zawrzeć kilka kłamstw jednocześnie.
Przede wszystkim Borowczak nigdy przed strajkiem nie poznał Andrzeja Gwiazdy i nigdy przed strajkiem nie był w jego mieszkaniu(!)
Opowieść o rzekomym sprawdzaniu jest również wytworem chorej wyobraźni Borowczaka. Oto co Andrzej Gwiazda pisze na ten temat w swej książce Gwiazdozbiór w Solidarności: „Każdego kto do nas dołączał, kogo poznawaliśmy traktowaliśmy jako godnego zaufania, ponieważ i tak nie mieliśmy praktycznie żadnych możliwości sprawdzenia człowieka i jego intencji”.
Równie wiarygodnie też brzmi jego twierdzenie o rzekomym dopuszczeniu do bibuły. Przecież w poprzednich wywiadach mówił jasno, że ulotki kazał mu rozrzucać Borusewicz. Całe świadectwo tego „koronnego świadka” historii wygląda tak samo spójnie.

Borowczak nie zapomina oczywiście o sprawie dla niego najważniejszej, czyli swojej rzekomej zażyłej i wieloletniej znajomości z Wałęsą. W jednym z wywiadów stwierdza: „To mój przyjaciel od ’79 roku, razem przygotowywaliśmy strajk, razem robiliśmy wiele, wiele rzeczy”.
I znów kilka kłamstw w jednym zaledwie zdaniu. Chętnie bym się dowiedział, jakich to wiele, wiele rzeczy zrobił z Wałęsą, Borowczak. Chociażby dlatego, że jak już wcześniej pisałem sam Wałęsa niewiele w WZZach zrobił.  Ważniejsze jest jednak to, że wbrew absurdalnemu kłamstwu Borowczaka, Lech Wałęsa nie przygotowywał strajku(!) On sam nigdy nie odważyłby się na takie stwierdzenie chociażby dlatego, że nie mógł by powiedzieć co dokładnie miał by w tych przygotowaniach robić?

Równie ciekawe jest twierdzenie, że Borowczak jest przyjacielem Wałęsy od 1979 roku. W Tygodniku Powszechnym z 2005 roku w informacji o Borowczaku dowiadujemy się: „16 grudnia, w rocznicę masakry sprzed 9 lat, pod murem stoczni po raz pierwszy widzi przemawiającego Wałęsę”.
Jeżeli więc na dwa tygodnie przed końcem dekady lat siedemdziesiątych Borowczak w ogóle nie znał jeszcze Wałęsy, to musiałby się bardzo spieszyć, aby jeszcze w ciągu tych dwóch ostatnich tygodni lat siedemdziesiątych zdążyć się z nim tak serdecznie zaprzyjaźnić.
Kilka zdań dalej dowiadujemy się również, że: „Gdzieś w tłumie stoi też Prądzyński. Obaj są kontaktami Borusewicza w Stoczni, ale jeszcze się nie znają”
Przy tych faktach szczególnie żałośnie brzmi inne kłamstwo Borowczaka. Próbując pokazać się jako przodujący gdański opozycjonista, w jednym z wywiadów mówi: „Kiedy w latach siedemdziesiątych(?) chciałem dowiedzieć się od młodych, kto prowadził spotkanie, to pytałem tylko: Który? Jak z wąsami to wiadomo Wałęsa. Jak z brodą to Andrzej Gwiazda”.
To stwierdzenie jest najlepszym przykładem jak bezczelnym jest kłamstwo  Jerzego Borowczaka i dowodem na to, że ten człowiek nie jest w stanie, lub raczej zwyczajnie nie chce mówić prawdy. Trzeba przy tym przyznać, że chociaż kłamcą jest nieudolnym, to jest w tym zakresie hurtownikiem. W tej trzy zdaniowej wypowiedzi zawarł co najmniej cztery absolutne kłamstwa:
1. Jeszcze na dwa tygodnie przed końcem ostatniego roku lat siedemdziesiątych Borowczak nie znał w WZZach nikogo i nie był działaczem żadnej, jakiejkolwiek grupy opozycyjnej.
2. Tak więc skoro nie był działaczem żadnej opozycyjnej grupy, a WZZów w szczególności, to nie mógł też spotykać i przepytywać wspomnianych już tajemniczych „młodych”.
3. Borowczak nie może oczywiście o tym wiedzieć, ale faktem jest absolutnie niepodważalnym, że Lech Wałęsa czy to z broda czy z wąsami czy zupełnie bez niczego, nigdy nie prowadził żadnego WZZowskiego spotkania(!)
4. Borowczak nigdy przed strajkiem nie poznał Andrzeja Gwiazdy, a ten dowiedział się o jego istnieniu właśnie podczas wspomnianego strajku.

Bardzo charakterystycznie bezczelnym kłamstwem jest inne stwierdzenie Borowczaka. Pytany o podejrzenia działaczy Wolnych Związków wobec Wałęsy mówi: „Tyle spotkań odbyliśmy z Andrzejem Gwiazdą, Lechem Kaczyńskim, Bogdanem Borusewiczem. Nigdy żaden z nich nawet cieniem, grymasem twarzy nie zdradził żadnych pretensji do Lecha Wałęsy”.
Oczywiście, dzisiaj kiedy już nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości co do agenturalnej działalności Wałęsy, Borowczak ciągle pozostaje z ręką w przysłowiowym nocniku. Jest to jednak część jego służby i nie wydaje się aby mu to przeszkadzało. Jednak powyższa wypowiedź jest następnym przykładem perfidnego kłamstwa.
Jak już wspomniałem Borowczak nie poznał Andrzeja Gwiazdy osobiście więc nie mógł mieć z nim żadnych spotkań. Nie może również wiedzieć, że Wałęsa przez wiele miesięcy nie miał wstępu do mieszkania Joanny i Andrzeja Gwiazdy właśnie z powodu braku zaufania. Nie wie też, że Wałęsa został praktycznie z WZZów usunięty na dwa miesiące przed strajkiem, właśnie za sprawą decyzji Gwiazdów.
Nie wiem ile razy Borowczak spotykał się w roku 1980 z Borusewiczem. Niemniej gdyby był tak wtajemniczony w opinie Borsuka, to wiedziałby, że ten zamierzał wraz z Kuroniem już kilka dni po strajku publicznie ogłosić Wałęsę agentem bezpieki, a przynajmniej użyć taką groźbę, aby zmusić go do ustąpienia z pełnionej funkcji.
Najbardziej brudne jest jednak jego powoływanie się na spotkania ze śp. Lechem Kaczyńskim, o którym Borowczak przez całe lata z arogancją opowiadał, że nigdy nic w opozycji nie znaczył i tak naprawdę praktycznie w niej nie był. Kiedy jednak przyszło bronić najbardziej znanego polskiego kapusia i donosiciela bezpieki, Borowczak nie miał żadnych skrupułów, aby się na tego samego Lecha Kaczyńskiego powoływać. Jedyny kontakt Borowczaka z Lechem Kaczyńskim polegał na jego, Borowczaka obecności na jednym lub dwóch wykładach prowadzonych przez przyszłego prezydenta. Ani Andrzej Gwiazda, ani Lech Kaczyński, nie miał powodu spotykania się z nieznajomym Borowczakiem, a tym bardziej informowania go o ich opinii na temat Wałęsy. Ta wypowiedź Borowczaka jest bardzo dobrym przykładem słownej manipulacji i tworzenia całkowicie nieprawdziwych historii.

Jerzy Borowczak nie był nigdy uczestnikiem żadnych WZZowskich spotkań. W takich spotkaniach brali udział tylko aktywni działacze Wolnych Związków i były to spotkania w grupach. Pośród kilkudziesięciu działaczy nie ma ani jednej osoby, która mogłaby potwierdzić obecność Borowczaka na jakimkolwiek spotkaniu! Co więcej, nie ma chyba osoby, pośród tych, którzy na takich spotkaniach bywali, która w tamtym czasie wiedziała o istnieniu Borowczaka. On sam nie mógłby podać ani jednego nazwiska spośród tych osób, którą on sam rzekomo znał, a już tym bardziej, z którą miałby prowadzić jakąkolwiek działalność.
Specjalnością Borowczaka jest posługiwanie się pustymi hasełkami, które niezorientowanym mają dawać wrażenie oczywistości przywoływanych „faktów”. Jedyny kontakt z jakimikolwiek WZZowskimi zgromadzeniami jaki Borowczak miał przed sierpniowym strajkiem, był jego dwukrotny udział w otwartych dla wszystkich wykładach. Nie ma to nic wspólnego ze spotkaniami działaczy Wolnych Związków i ich działalnością.

Lista kłamstw Borowczaka jest tak długa jak lista jego nikczemnych zachowań. Opisanie ich wszystkich wymagało by dużo więcej czasu niż na to zasługuje. Trzeba jednak rozumieć mechanizm działania tych zakłamań. W nieskończonej ilości wywiadów Borowczak rzuca krótkie hasła typu: my działaliśmy w Wolnych Związkach, spotykaliśmy się, konspirowaliśmy, drukowaliśmy, kolportowaliśmy ulotki. Do tego od czasu do czasu dorzuca znane ogólnie nazwisko i przy ciągłym powtarzaniu tych bzdur zostaje to w medialnym przekazie uznane za niepodważalną prawdę. Tymczasem, nic z tych rzeczy nią nie jest i gdyby nie istotna rola jaką ten człowiek odgrywa w zakłamywaniu historycznej prawdy, uznali byśmy jego opowieści za wynurzenia człowieka obłąkanego i nie poświęcali byśmy im ani jednej chwili.

Jak było naprawdę

Całą przygodę Borowczaka z opozycją można by ująć w kilku prostych zdaniach. Nie chodzi mi przy tym aby mu cokolwiek ujmować. Ten człowiek otrzymał na podstawie całkowicie zmyślonego życiorysu całą masę nagród, tytułów, orderów, a przede wszystkim pozycji skutkujących konkretnymi korzyściami finansowymi. I chociaż uważam to za oczywiste zło, to jednak nie jest to przyczyną, dla której mógłbym stracić choćby minutę snu. Nie mogę jednak zaakceptować, aby jego zakłamana biografia pozwalała mu na przyjęcie roli świadka naszej historii i narzucenie nam, a szczególnie ludziom młodym, swojego bezczelnego kłamstwa w zastępstwie niezbędnej prawdy.

Jest prawdopodobne, że Borowczak poznał Bogdana Borusewicza pod koniec 1979 roku. Jest to jednak ich prywatną sprawą, gdyż nawet jeżeli taka znajomość miała miejsce, to nie miała ona nic wspólnego z domniemaną działalnością Borowczaka w WZZW. 
Wiosną 1980 roku pojawił się jako słuchacz na jednym lub dwóch otwartych dla robotników wykładów. W tym – na wykładzie Lecha Kaczyńskiego. Jakiś czas po tym Borusewicz przedstawił Borowczaka, Bogdanowi Felskiemu i Ludwikowi Prądzyńskiemu. Byli oni rzeczywistymi współpracownikami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, przede wszystkim w Stoczni Gdańskiej. Na kilka tygodni przed sierpniem, Felski i Prądzyński zabrali Borowczaka do Słupska, aby na prośbę Borusewicza zapoznał się jak wygląda kolportaż niezależnych ulotek. Zanim się tam udali, Felski pojawił się w mieszkaniu Jana Karandzieja, aby odebrać potrzebne ulotki. Janek zwrócił uwagę na towarzyszącego Felskiemu nieznajomego mężczyznę, którym okazał się właśnie Borowczak. Kilka tygodni później, kiedy Borusewicz postanowił robić swój dziwny strajk poza plecami reszty działaczy WZZów, wybrał on Borowczaka na jednego z wykonawców swego planu, przyłączając go do Bogdana Felskiego i Ludwika Prądzyńskiego. I taka jest historia opozycyjnej działalności Jerzego Borowczaka.
On sam przywołuje jeszcze swój rzekomy udział w spaleniu ulicznej propagandowej tablicy, czego miał dokonać jako członek wałęsowej grupy ze Stogów. Problem w tym, że powołuje na świadków dwóch agentów bezpieki, TW. Bolek i TW. Hela. Osobiście nie dopisuję tego do jego „zasług” zupełnie świadomie i z życzliwości, gdyż ten akt uznaliśmy w WZZach jako ubecką prowokację, którą wspomniani agenci próbowali się uwiarygadniać przed związkowymi kolegami. Dla jego dobra zakładam, że Borowczak w swej nieświadomości nie ma o tym pojęcia, tak więc trudno jest używać to przeciwko niemu.

Jeśli chodzi o epizod strajkowy, najbardziej rozreklamowany i przez to najbardziej znany, to muszę tu wyraźnie zaznaczyć, że jest faktem niezaprzeczalnym, że 14 sierpnia Borowczak przekonał do udziału w strajku grupę pracowników swojego wydziału i razem z nimi wyszedł na zewnątrz hali. Tam przyłączył się do innych i razem z nimi rozpoczął stoczniowy protest. Nie mam żadnego zamiaru ujmować czegokolwiek z tej ówczesnej jego postawy. Jeżeli oczywiście założymy, że jego intencje w tamtym momencie były szczere, to taka postawa wymagała choćby minimum chwilowej odwagi.

Niemniej prawdą jest, że jego znajomość z Borusewiczem, a później za jego sprawą z Felskim i Prądzyńskim, nigdy nie przełożyła się na jakąkolwiek znajomość, a tym bardziej jakąkolwiek bezpośrednią, wspólną działalność z działaczami WZZW. Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża były grupą około 30 – 40 aktywnych działaczy. Ta liczba czasem rosła, czasem zaś malała. Wspierała ich niewiele liczniejsza grupa sympatyków i współpracowników. Nikt z tej grupy nigdy przed sierpniem nie słyszał o istnieniu Borowczaka. Żaden z nas nie znał go i on nie znał żadnego z nas. I z całą pewnością nikt z nas nigdy nie prowadził z nim żadnej wspólnej działalności opozycyjnej!

Wymownym przykładem tej prawdy może być zdarzenie, kiedy Borowczak podając się za działacza WZZW, zapytany został podczas jednego z programów telewizyjnych o Andrzeja Bulca, który był jednym z pierwszych członków komitetu założycielskiego WZZW i jednym z najaktywniejszych działaczy, nie miał żadnego pojęcia o kim mowa. Sytuację tą opisywał w jednym ze swych artykułów dr. Sławomir Cenckiewicz.
W tym świetle co najmniej dziwnie wygląda zapis w Encyklopedii Wikipedii, który przy nazwisku Borowczaka podaje: „Należał do aktywnych działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża”. Natomiast Encyklopedia Solidarności, dając pewien kredyt zaufania wyznaniom Wałęsy i Borusewicza, sprowadza jednak jego historię na właściwe tory stwierdzając: „Od 1980 współpracownik WZZ Wybrzeża”.
Dla pokazania absurdu opowiadań Borowczaka posłużę się taką oto hipotetyczną sytuacją. Wyobraźmy sobie, że na zjazd absolwentów jakiejś klasy, po wielu latach przyjeżdża człowiek, który twierdzi, że był nie tylko uczniem tej klasy, ale wręcz najpopularniejszą i najbardziej znaną postacią w tym gronie. Nikt jednak nie ma pojęcia kim on jest. Nie zna go żaden były uczeń, ani też żaden z nauczycieli. Sam przybysz nie potrafi również rozpoznać nikogo spośród zebranych. Jedynym, który twierdzi, że go pamięta jest ten, który swe szkolne lata spędził w oślej ławce za to, że nagminnie kłamał i oszukiwał.
Taka sytuacja jest dla większości ludzi nie do wyobrażenia, a już na pewno nie do zaakceptowania. Tymczasem każe się nam przyjąć taki absurd za prawdę w sytuacji dotyczącej historycznego świadectwa. A to dlatego, że świadectwo to nie ma być w swym założeniu prawdą. Ma tylko służyć wsparciu stworzonego substytutu tej prawdy.

Borowczak zdaje sobie oczywiście sprawę z tego, że kilka pojedynczych epizodów, które sprawiły wrażenie, że znalazł się na chwilę w pozornie bliższym dystansie do Wolnych Związków, nie mogą uczynić go świadkiem wydarzeń wewnątrz grupy, w której nigdy nie był. Dlatego też od lat z pomocą zakłamanych mediów tworzy wrażenie byłego działacza. Czyni to często w sposób wręcz żałosny i gdyby nie skutki jego poczynań można by to czasem nawet uznać za zabawne.
W jednym z wywiadów Borowczak odnosi się do stwierdzenia Danuty Wałęsy o jej samotności jako żony, mówiąc refleksyjnie: „Ciągle nas nie było, byliśmy w opozycji”.
To porażające głupotą wyznanie jest zupełnie typowym dla jego autora. Czytając takie bzdury można by odnieść wrażenie, że człowiek, który nigdy nie był częścią żadnej opozycji, spędził znaczną cześć swego życia w jakimś oddziale leśnej partyzantki, dla której porzucać musiał rodzinę i środowisko na długie miesiące czy nawet lata.
W innym wywiadzie nasz „bohater” odnosi się do swej znajomości z dzisiejszym prezydentem: „-Bronek Komorowski, mówię tak, bo znamy się ponad 30 lat, z młodych lat opozycji…”
To już zaczyna przybierać kształt obłędu.
W jednym z telewizyjnych wywiadów odnosząc się do zatrzymań i aresztowań opozycyjnych działaczy stwierdza rozbrajająco: „…bardziej to robiliśmy na wesoło”.
I byłoby to może rzeczywiście wesołe, gdyby nie było żałosne, gdyż Jerzy Borowczak nigdy przed sierpniem nie był ani aresztowany ani nawet zatrzymany. Te, wytwory chorej wyobraźni, jakkolwiek żałośnie brzmiące, mają spełniać bardzo konkretne zadanie. Mają stwarzać wrażenie bezdyskusyjności rzekomej opozycyjnej działalności Borowczaka.
Taką samą sugestią ma być informacja, że Jerzy Borowczak podarował muzeum ECS blachy do powielania ulotek. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że Borowczak nie wydrukował w życiu choćby jednej pojedynczej ulotki. Ta sama informacja podaje również, że Borowczak przekazał ECS także pałkę milicyjną i kajdanki, które miał jakoby odebrać zomowcowi podczas jednego ze starć w latach 80tych. No cóż, w tym wypadku nie pozostaje nic innego jak tylko uśmiechnąć się ze szczerym politowaniem.
Dużo mniej zabawnym szczytem bezczelności jest wyznanie Borowczaka odnoszące się do budynku MKZ Solidarność, o którym mówi: „Zajęliśmy 3cie piętro byłego hotelu przy ul. Grunwaldzkiej 103, w pomieszczeniach po klubie – Ster – zrobiliśmy drukarnię”.
Nie wiem kogo Borowczak ma na myśli mówiąc „my”, bo jakby nie było nie miał z MKZem nic wspólnego. Jednak ohyda tego wynurzenia leży w tym, że jedyny związek jaki Borowczak miał później ze wspomnianą drukarnią był fakt, że współorganizował bojówkę by na nią napaść(!) W tym momencie ironicznego znaczenia nabiera określenie „zajęliśmy”. Opisuję to wydarzenie w szczegółach w dalszej części mojej książki.

Kłamstwa Borowczaka dotyczące rozpoczęcia sierpniowego strajku opisałem w innej części tych wspomnień, więc nie będę ich powtarzał. Przypomnę tylko jak wyglądała ich spójność przywołując przykład dwóch wybranych wywiadów Borowczaka. W  2010 roku nasz „bohater” mówi w jednym z wywiadów: „Kiedy razem z Bogdanem Borusewiczem pierwszego dnia, czyli  7 sierpnia się spotkaliśmy i planowaliśmy strajk w Stoczni Gdańskiej, pierwszą osobą, którą wytypował Bogdan Borusewicz był Lech Wałęsa..”.
W tym samym roku(!) w innym wywiadzie Borowczak opowiada: „W niedzielę  10 sierpnia, byliśmy na spotkaniu, na którym świętowaliśmy zwolnienie z aresztu Tadeusza Szczudłowskiego i Dariusza Kobzdeja. Przyszła też Anna Walentynowicz i powiedziała, że zwolniono ją z pracy.(…) Lech Wałęsa rzucił pomysł, że trzeba pani Ani bronić i najlepiej to zrobić strajkiem”.
Nie trzeba chyba tłumaczyć, że jeżeli każe nam się traktować takie świadectwa jako fundament dla ustalania prawdziwości naszej historii, to skazani jesteśmy na jej całkowite zakłamanie.

W tym momencie zwrócę więc uwagę na bardzo wymowną, a jednocześnie nie zauważaną okoliczność życiorysu Jerzego Borowczaka.
Pośród wielu danych w jego biografii znajdujemy z pozoru drobną informację: „Od 8 sierpnia 1980 rozpracowywany przez Wydz. IIIA KW MO w Gdańsku w ramach SOS [sprawa operacyjnego sprawdzenia] krypt. Wojak”. Ta, jak by się mogło wydawać sucha notka o zainteresowaniu bezpieki osobą Borowczaka, staje się intrygującą, kiedy zwrócimy dokładniejszą uwagę na datę.
Przypomnę więc, że 7 sierpnia została zwolniona z pracy Anna Walentynowicz. Natychmiast po tym, bo następnego dnia, 8 sierpnia bezpieka postanawia objąć akcją sprawdzenia człowieka, który nie ma z Anną Walentynowicz nic wspólnego, nie jest aktywnym działaczem żadnej opozycyjnej grupy i nie ma jeszcze w tym momencie najmniejszego pojęcia o dokonanym dzień wcześniej wyrzuceniu pani Ani z pracy w Stoczni. Bezpieka okazuje nagle swe zainteresowanie jego osobą w tym samym czasie, w którym w obliczu wybuchających strajków, nie wykazuje żadnego zainteresowania aktywnymi działaczami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża!
Trudno nie zadać sobie pytania co wzbudziło zainteresowanie bezpieki w osobie Borowczaka, w tym właśnie konkretnym momencie?
Pod jakim kątem postanowiono nagle sprawdzić tego człowieka?
Czy w takim razie wybór Borowczaka przez Borusewicza do wywołania strajku w stoczni był przypadkowy?

Kiedy wrócimy do wspomnianej wcześniej wypowiedzi gen. Darzynkiewicza w odniesieniu do konkretnych oczekiwań wywiadu wojskowego wobec żołnierzy na misjach pokojowych, to takie pytanie wydaje się jeszcze bardziej interesujące.

Czy są granice podłości?

Jerzy Borowczak dostał swoje niewątpliwe piętnaście minut sławy podczas sierpniowego strajku i po jego zakończeniu znalazł się w Komisji Zakładowej Solidarności w Stoczni Gdańskiej. Tak zaczynała się jego kariera, którą ja nazwałbym drogą gwałtownego moralnego upadku. Niemal natychmiast stał się ochoczym wykonawcą najgorszych nawet zamysłów Wałęsy. Od tej pory jego głównym zajęciem stało się aroganckie i bezczelne atakowanie rzeczywistych czy urojonych przeciwników jego idola. Podczas całego okresu istnienia Solidarności Jerzy Borowczak skupiał się na zajadłym zwalczaniu i obrzucaniu najgorszego typu pomówieniami działaczy Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Tych samych, z którymi miał rzekomo tak dzielnie działać. Jako wykonawca wałęsowych zamysłów zwalczał zaciekle Joannę i Andrzeja Gwiazdów i wszystkich, którzy z nimi współpracowali. Stosował przy tym iście odrażające metody.

Jeżeli czytelnikowi wydaje się nieco rażącym wyraźny ładunek niechętnych czy wręcz wrogich emocji jakich nie mogę ukryć w stosunku do tego człowieka, to jestem przekonany, że następujący opis w pełni wyjaśni ich źródło.
Nikt, nigdy nie dowiedział by się o istnieniu Jerzego Borowczaka, gdyby nie rozreklamowany mocno krótki epizod związany z rozpoczęciem sierpniowego strajku w Stoczni. Od samego początku opowiada o tym, jak do przyłączenia się do słynnego strajku pchnęło go uczucie solidarności z prześladowaną Anną Walentynowicz, którą w swej przebieglej hipokryzji określał jako swoją przyjaciółkę.

Tymczasem już krotko po strajku, Borowczak będąc członkiem Komisji Zakładowej Stoczni Gdańskiej, idąc w ślady Wałęsy, rozpętał kampanię oszczerstw pod adresem Anny Walentynowicz. Były to ataki i pomówienia brudne i poniżające. Wkrótce stał się siłą napędową obrzydliwych napaści na nią, obrzucając ją błotem wszelkiego rodzaju fałszywych pomówień i oskarżeń. Kiedy Lech Wałęsa zdecydował się doprowadzić do jej wyrzucenia z prezydium MKZ w Gdańsku, to właśnie Borowczak, jej rzekomy przyjaciel i domniemany WZZowski współkonspirator, podjął się tego brudnego zadania. Tak więc kiedy przy wsparciu bezpieki Wałęsa ogłaszał Annę Walentynowicz za niegodną Solidarności, Jerzy Borowczak nie tylko się pod tą deklaracją podpisał, ale z całym zapałem podjął się roli przewodniczącego komisji dyscyplinarnej, rozpatrującej sprawę Anny Walentynowicz. To właśnie ta komisja pod jego przewodnictwem wydała słynne oświadczenie: „Z uwagi na nie wywiązywanie się z obowiązku członka Prezydium, oraz niegodne reprezentowanie naszego związku(!), odwołuje się natychmiast kol. Annę Walentynowicz z Prezydium MKZ Gdańsk”.

Tak więc, Borowczak, który całą swoją karierę zbudował na wysługiwaniu się kłamcy i agentowi bezpieki stwierdzał teraz, że Anna Walentynowicz była niegodna reprezentowania związku Solidarność. Tego samego, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej powstał ze strajku w jej obronie! Jak szyderczo brzmią w tym momencie słowa Borowczaka, które miał czelność wygłaszać jeszcze w 2005 roku wspominając swój „bohaterski” udział w rozpoczęciu sierpniowego strajku: „A ja wam powiem szczerze, że chodziło mi tylko o naszą przyjaciółkę, Anię Walentynowicz…”.
W tym samym czasie ta sama Anna Walentynowicz, którą tak bezczelnie nazywał swą przyjaciółką, już od lat nie podawała mu ręki i traktowała całkowitym milczeniem. Sam Borowczak nie zakończył na tym swej podłej zdrady. Przez trzydzieści lat po jej wyrzuceniu ciągle prowadził krucjatę obrzydliwych kłamstw i pomówień przeciwko pani Ani. Absolutny szczyt swego upodlenia osiągnął, kiedy po jej śmierci występując na rożnych oficjalnych pośmiertnych uroczystościach, wykorzystywał każdą okazję by budować swą popularność, podając się za jej serdecznego przyjaciela. Opowiadał wówczas o rzekomych wizytach w jej domu, gdzie miał pić herbatę i dyskutować z nią wszystkie możliwe życiowe dylematy. Jednak już trzy miesiące później, w sierpniu 2010 roku, kiedy ona sama nie doczekała się jeszcze prawdziwego pochówku, Jerzy Borowczak w udzielonym wywiadzie mówił: „Było parę osób, które kombinowały już w stoczni, miały jakieś nadzwyczajne ambicje. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Anna Walentynowicz i Gwiazdowie od pierwszych dni budowania Solidarności mieli inną wizję Polski i robili dla tej Polski raczej gorsze rzeczy niż lepsze(!)”. Nie było to ostatnie oszczerstwo jakie w stosunku do niej wypowiadał już po jej śmierci.

Anna Walentynowicz cieszyła się w naszej WZZowskiej rodzinie tak ogromnym szacunkiem, że niełatwo jest zachować spokój wspominając krzywdę, jaką wyrządził jej ten odrażający człowiek. Przez długie lata prześladowana była przez komunistyczną bezpiekę w każdy możliwy sposób. Wielokrotnie więziona i aresztowana, przeżyła próbę otrucia, przyjęła z godnością niezliczoną ilość trudnych do wyobrażenia upokorzeń. Przy całej tej długiej liście prześladowań nie miała zwyczaju narzekać. Przyjaciołom zwierzała się jednak, że najbardziej bolesną krzywdę wyrządzono jej, uznając ją niegodną reprezentowania Solidarności, której dała początek i której poświeciła całe serce. Czuła się oszukaną i zdradzoną.
Do szczegółów wyrzucenia Anny Walentynowicz z MKZ Solidarności w Gdańsku wracam w innej części mojej książki.

Jerzy Borowczak nigdy nie zaprzestał wysługiwać się swym „twórcom” i prowadził kolejne krucjaty oszczerstw. Atakował publicznie Joannę i Andrzeja Gwiazdów, Krzysztofa Wyszkowskiego, śp. Lecha Kaczyńskiego i wielu innych. Jeszcze nie tak dawno, ten mizerny charakter i jednodniowy „bohater” wyrzucał z siebie jad nienawiści wobec Lecha Kaczyńskiego, nazywając go tchórzem. Tego samego, który swą opozycyjną działalność rozpoczynał na długie lata przed tym zanim „dzielny” Borowczak dowiadywać się miał w dalekim Egipcie o Wolnych Związkach, do których mimo deklarowanego zapału nigdy naprawdę nie trafił.
W artykule z 2009 roku pt.”Mistrzowie Manipulacji” jego autor, bloger -Illuminatus- zauważa: „Jednak w osłupienie wprawia dopiero głos Jerzego Borowczaka. Działacza, który pięć minut przed strajkiem i pięć minut po strajku w stoczni, nie był równorzędnym partnerem w dyskusji dla żadnego z braci Kaczyńskich. Borowczak w latach 1980-1981 realizował w Komisji Zakładowej NSZZ Solidarność Stoczni Gdańskiej interesy Wałęsy. Na jego polecenie brał udział w wyeliminowaniu Anny Walentynowicz z władz gdańskiej Solidarności, a następnie przyczynił się do szykanowania działaczki na terenie zakładu”.

Borowczak nie przebierał i wykonywał wszystkie pomysły Wałęsy bez specjalnego namysłu. We wrześniu 1981 roku współorganizował bojówkę i uczestniczył wraz z nią w napadzie na drukarnię ZR Solidarności w Gdańsku. Pod hasłem i pretekstem wyczyszczenia jej z agentów bezpieki, wyrzucał załogę tej drukarni. Obok oczywistego przestępczego charakteru tego przedsięwzięcia, ciekawym może wydać się fakt, że Borowczak nie miał pojęcia, że ludzie, których wówczas z pomocą innych wałęsowych prowokatorów wyrzucał, byli działaczami Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Tymi samymi, z którymi przecież miał rzekomo działać. Historii tego napadu poświęcam osobny rozdział tej książki.

Tą wybitną działalność Borowczaka przerwał dopiero stan wojenny, kiedy to tydzień po jego wprowadzeniu został on internowany w ośrodku odosobnienia w Iławie. W porównaniu z innymi internowanymi został jednak zwolniony nadzwyczaj szybko, bo już zaledwie po trzech miesiącach.
Porównajmy to z sytuacją naszego kolegi Tomka Wojdakowskiego. Tomek był aktywnym i znanym działaczem Wolnych Związków. Został internowany w nocy z 12 na 13 grudnia i jako jeden z pierwszych przewieziony do więzienia w Strzebielinku. Tomek cierpiał w tamtym czasie na poważną wadę serca. Istniało poważne i bardzo realne zagrożenie jego zdrowia. Władze stanowczo sprzeciwiały się jego zwolnieniu. Przez jakiś czas nawet stanowcze działania przedstawicieli episkopatu nie dawały rezultatów. Dopiero bezpośrednie zaangażowanie się w sprawę samego Prymasa pozwoliło wyciągnąć Tomka z więzienia.

Jeden z wielu  życiorysów Borowczaka podaje, że został działaczem podziemnej Solidarności. Jest to kolejny, oczywisty wymysł jego wyobraźni. Borowczak nigdy nie podjął żadnej podziemnej działalności w okresie stanu wojennego. Został co prawda zwolniony ze Stoczni, ale w odróżnieniu do innych działaczy Solidarności nie miał żadnego problemu ze znalezieniem pracy. Znalazł bez trudu zatrudnienie w kilku kolejnych zakładach, pracując nieprzerwanie do roku 1989, kiedy to został przywrócony do pracy w Stoczni Gdańskiej. Od tej pory zaczyna się jego zdumiewająca kariera. Najpierw wspina się po szczeblach kariery związkowca w tej samej Solidarności, którą jego kolega Wałęsa najpierw rozmontował, a potem wraz z komunistami przemianował na nową, pozbywając się po drodze demokratycznie wybranych wcześniej prawdziwych działaczy. Zastąpił ich właśnie ludźmi takimi jak usłużny mu Borowczak.

Po zdradzie okrągłego stołu Borowczak zaczyna drugą cześć swojej kariery. Opisywał ją szczegółowo były radny miasta Gdańsk, Ryszard Śnieżko. Szybko zajął najwyższe stanowiska w przefarbowanym związku. Będąc jego przewodniczącym w Stoczni Gdańskiej, został w tym samym czasie prezesem klubu sportowego Polonia. Była to sytuacja szczególna, gdyż otrzymywał wynagrodzenie za dwa pełne etaty, na których „pracował” jednocześnie w tym samym czasie. Jak podaje Ryszard Śnieżko, Borowczak nie marnował czasu i szybko został członkiem kilku rad nadzorczych rożnych spółek. Jego żona, z zawodu szwaczka po zasadniczej szkole odzieżowej, zasiadła niespodziewanie w radzie nadzorczej w firmie telekomutacyjnej PTK Centertel obok wybitnych francuskich ekspertów z dziedziny informatyki i telekomunikacji. Jak się okazało, nawet nieznajomość języka francuskiego nie okazała się problemem. Po drodze Borowczak otrzymał jeszcze kilka służbowych mieszkań i innych atrakcyjnych dodatków, a przede wszystkim stanowisko dyrektora Fundacji Centrum Solidarności, która pozwoliła mu na dalsze, tym razem jawnie opłacane zakłamywanie naszej historii.

Z czasem rozpoczęła się trwająca do dziś kariera polityczna Jerzego Borowczaka, w której szczegóły nie ma sensu wchodzić. Natomiast należy w tym miejscu zacytować słowa Jerzego Borowczaka wypowiedziane w jednym z telewizyjnych wywiadów. Odnosząc się do swej wydumanej działalności w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, Borowczak powiedział: „Nie robiliśmy tego dla pieniędzy, nie robiliśmy tego dla kariery, bo musielibyśmy być psychicznie chorzy żeby wierzyć, że dożyjemy wolnej Polski”. To krótkie wyznanie jest całkowicie charakterystyczne dla Jerzego Borowczaka. Z jednej strony przyznaje się do robienia czegoś, czego nigdy nie robił, z drugiej zaś odżegnuje się od czerpania korzyści, co robi na naszych oczach od wielu lat.

Czego jednak możemy oczekiwać od człowieka, który jeszcze niedawno udzielając wywiadu powiedział wprost: „Dzisiaj musimy zapomnieć o Solidarności z lat osiemdziesiątych(!)”.

Wspomniany Ryszard Śnieżko podsumowuje osobę Jerzego Borowczaka jednoznacznie, stwierdzając: „J.S. Borowczak jest synonimem: cwaniactwa, prywaty, układów, kolesiostwa, niekompetencji i protekcji i używając słów pani prof. Staniszkis należy do tzw. klasy pasożytniczej(…) Nie bez powodu, w prasie nazwano go; solidarnościowiec bez solidarności”.

Jerzy Borowczak  jest typowym zapiekłym aktywistą, przypominającym do złudzenia partyjnych klakierów z czasów głębokiego PRLu. Jest w swych wrednych poczynaniach zajadły do tego stopnia, że nie sposób nie zastanawiać się, czy przyczyną tych działań są tylko skromne intelektualne możliwości i braki charakteru, czy też coś więcej. I chociaż poklask, nagrody, odznaczenia, a przede wszystkim pozycje i korzyści materialne wydają się wystarczającą przyczyną dla takiego zachowania, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że powód może być jeszcze inny.

Lech Zborowski
fot.facebook.com/jerzy.borowczak/photos

fot. Maciej Kosycarz – kfp.pl (źródło: jerzy-borowczak.pl)

Przeczytaj pozostałe części:

Advertisements

Możliwość komentowania JAK DOSZŁO DO SIERPNIOWEGO STRAJKU CZYLI ODDZIELMY PRAWDĘ OD KŁAMSTWA [3] ☚ polecam ! została wyłączona