Przekraczanie bariery dźwięku, czyli III Rich and Pretty ☚

Posted in ■ aktualności, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 23 czerwca 2013

Ponieważ czas PIT-olenia, czyli wypełnienia i wysłania zeznania podatkowego upłynął z końcem kwietnia, wizyta  listonosza, zapowiadającego wiadomość ze skarbówki, mogła być tylko zwrotem nadpłaconego podatku. Zresztą, prawie nieodczuwalnego, bo tylko za ulgę internetową. Ale byłam w błędzie. Otrzymałam list polecony, w którym naczelnik Urzędu Skarbowego w piśmie (numery łamane przez litery) informuje mnie, na podstawie trzech  artykułów, w związku z dwoma artykułami ustawy „Ordynacja Podatkowa”, o niezwłocznym stawiennictwie w urzędzie  (osobistym lub przez pełnomocnika), w terminie siedmiu dni, celem korekty deklaracji podatkowej, która podobno zawiera błędy, a właściwie nie błędy, tylko puste miejsce w rubryce: dochody z praw autorskich. Urząd prosi również o okazanie oryginałów informacji o uzyskanych dochodach, które, jak się orientuję, przesyłane są do Urzędu Skarbowego przez pracodawcę. Od kilku już lat wysyłam e-deklaracje PIT i tę formę sobie chwalę. Eliminuję dzięki temu nie tylko kalkulator (program sam liczy), ale i ograniczam do zera kontakty z paniami ze skarbówki, a one, jak wiadomo, nigdy nie przebaczają, choć słyszałam i czytałam, że nie wszystkim.

Zaletą e-deklaracji, przy założeniu, że spisuje się dokładne dane z PIT-ów od pracodawców, jest też otrzymanie przez użytkownika systemu – po prawidłowym wypełnieniu i przesłaniu formularza e-deklaracji – Urzędowego Poświadczenia Odbioru, czyli UPO z Ministerstwa Finansów. Byłam więc pewna, że żadnego błędu  nie powinno być, ale ostatni akapit urzędowego pisma, pt.: Pouczenie, brzmiał groźnie: „kto osobie uprawnionej do przeprowadzenia czynności sprawdzających, kontroli podatkowej, kontroli skarbowej lub czynności kontrolnych w zakresie szczególnego nadzoru podatkowego udaremnia lub utrudnia wykonanie czynności slużbowej (…) podlega karze grzywny do 720 stawek dziennych”.

O, pomyślałam sobie, brzydko pogrywasz skarbówko strasząc uczciwego obywatela, bo  Kodeks karny skarbowy, odnośnie grzywny, różnicuje nie tylko liczbę stawek dziennych (minimalnie 10, a maksymalnie 720), ale i kwotę stawki dziennej w 2013 roku: od najniższej – 53,33 zł, do najwyższej – 21 333 zł. Moje więc „przestępstwo skarbowe” określone zostało jako maksymalne i zaczęłam się poważnie obawiać, skąd wziąć ponad 15 milionów, gdy obejmie mnie też najwyższa stawka. Zrozumiałam też wtedy, dlaczego minister Boni, naczelny administrator i cyfryzator III RP, chce dać nogę do Parlamentu Europejskiego. Pomyślałam sobie, że stawka jest zbyt wysoka, więc chyba będzie trzeba iść do urzędu skarbowego. I natychmiast dylemat: jaką przyjąć taktykę? Może na Palikota, czyli na roztargnienie,  niedbałość i nieprzywiązywanie wagi do dokumentów, typowe dla filozofów i artystów?  Bo czym jest pusta jedna rubryka wobec roztargnienia Palikota, który „zapomniał” wpisać w oświadczeniu majątkowym, że ma  samolot cessna wart pół miliona złotych, dwa samochody, trzy pożyczki i udziały w dwóch spółkach. I choć CBA na polecenie warszawskiej skarbówki wszczęła kontrolę, sprawa zakończyła się szczęśliwie umorzeniem w styczniu 2012 roku przez panią prokurator, która okazała się być też obrońcą, zgrabnie uzasadniając, że:„…nieprawidłowości w oświadczeniach majątkowych pana posła wynikają z filozoficznego wykształcenia i stosunku do wartości materialnych”.

Filozoficznego wykształcenia nie mam, ale stosunek do wartości materialnych prezentuję podobny.  Zaczęłam więc rozmyślać, jak ubrać się na wizytę ze skarbówką. Czy na biedotę z lumpeksu, czyli mówiąc wprost na litość, czy wręcz przeciwnie: ubrać się bogato, elegancko i jak najlepiej, by pani inspektor potraktowała mnie z szacunkiem. I zaraz przypomniał mi się dowcip, w którym pewien mężczyzna wezwany do urzędu skarbowego miał podobny dylemat. Jedni przyjaciele proponowali rolę kloszarda, inni biznesmana. Dopiero rabin, do którego udał się  z mętlikiem w głowie, opowiedział mu historię pewnej kobiety, która nie wiedziała jak się ubrać na noc poślubną. Matka kazała jej włożyć długą, grubą koszulę nocną, a koleżanka super seksowny komplecik. – A co to ma wspólnego ze mną? – zapytał mężczyzna. – Nieważne jak się ubierzesz. I tak cię wydymają.

Okazuje się, że nie zawsze i nie wszystkich. Pomyłka w numerze pesel kosztowała pewną nauczycielkę karę pięciu tysięcy złotych, piekarz został puszczony z torbami, ale urzędniczka ze skarbówki za sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy dostała wyrok tylko w zawieszeniu. Wobec polityków śledztw skarbowych  się nie wszczyna. Szczególnie, gdy jest to rzecznik rządu, który oszukuje urząd skarbowy, bo nie wie, kto jest właścicielem domu, w którym mieszka, albo premier, któremu prywatne podróże „podniebną taksówką” fundują podatnicy. Ale za pączka zjedzonego na imprezie firmowej, pracownicy muszą płacić podatek. Bo polski system podatkowy jest patologiczny, a prawo podatkowe nieprzejrzyste po to, by dręczyć małych podatników za proste błędy, a nie kontrolować tych, którzy oszukują urzędy skarbowe, wystawiają „lewe” faktury, przelewają na osobiste konta unijne pieniądze czy sprzedają działki na pole golfowe nie płacąc podatku. Wobec „grubych ryb” urzędy skarbowe celowo zwlekają ze sprawami aż się przedawnią. A niech tylko jakiś niesubordynowany pracownik ośmieli się wykryć przekręty skarbówki, branie w łapę, zamiatanie spraw pod dywan, to szybko stanie się byłym inspektorem urzędu skarbowego i skończy przed Kancelarią Tuska jako pochodnia. A sądy? Oczywiście, umorzą sprawę, choć prokuratura potwierdzi dowody. Kolejne państwo w państwie i kolejne święte krowy. A może zamiast tropić zwykłych obywateli i straszyć ich 720 stawkami dziennymi,  przydałby się nadzór nad politykami?  Może połączone siły ministra Rostowskiego z podległą mu Izbą Skarbową?

Po rozmowie telefonicznej z panią ze skarbówki i zasugerowaniu przeze mnie, gdzie szukać  pewnych źródeł przekrętów skarbowych, zostałam pouczona, by wysłać korektę e-Deklaracji PIT.  Co niezwłocznie uczyniłam w identycznym brzmieniu jak poprzednio licząc, że tym razem puste miejsce zostanie przez „system”, zwany przez niektórych „układem zamkniętym” –  zapełnione. Pozostaje mi tylko czekać na decyzję solidaryzując się ze wszystkimi tropionymi, dręczonymi i  zaszczutymi przez media  „Rich and  Pretty”: bywalcami i pracownicami, których nie stać na biustonosz, całej Paradise Group, a szczególnie z markami: Ermenegildo Zegna, Emporio Armani, Hugo Boss, Kenzo Burberry, Church’s czy J.M. Weston., nie zapominając o firmie Aga II, która prowadzi salon z winami i cygarami przy ul. Dolnej na warszawskim Mokotowie oraz innymi realizatorami  rządowych zleceń za nasze pieniądze.  Bowiem  „wydatki na obsługę wizerunkową, w tym koszty reprezentacji”, a także mecze, służą celom statutowym, jak powiedział skarbnik Platformy Obywatelskiej.

A  dla reszty społeczeństwa ważna przestroga, którą wypowiedziała ostatnio Bożena Wawrzyniak, sędzia szczecińskiego sądu rejonowego, gdy jeden z mężczyzn wśród publiczności, złożył wniosek o nagrywanie procesu: „Pan przekracza bariery dźwięku, nie przysługuje panu żadne prawo odwołania”.  
Prawdziwa twarz III RP (Rich and Pretty).

Magdalena Figurska • naszeblogi.pl
Publicystka „Warszawskiej Gazety”

Tekst opublikowano w „Warszawskiej Gazecie”


fot. Tomasz Gola/gazetawroclawska.pl

Możliwość komentowania Przekraczanie bariery dźwięku, czyli III Rich and Pretty ☚ została wyłączona

%d blogerów lubi to: