■■ Myśmy wszystko zapomnieli…

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 20 października 2014

W tych dniach mija trzydzieści lat od śmierci ks. Jerzego Popiełuszki.

Piszę „w tych dniach”, bo oto zdążyło wyrosnąć i dojrzeć całe pokolenie, a wciąż nie jesteśmy pewni nawet daty zgonu kapelana Solidarności. Wynieśliśmy Go na ołtarze, ale poniechaliśmy prawdy o Jego męczeństwie i tym samym sprzeniewierzyliśmy się posłaniu, które nam pozostawił.

Trzydzieści lat to szmat czasu. Tyle, ile upłynęło od zamachu na arcyksięcia Ferdynanda do lądowania w Normandii, od Powstania Warszawskiego do piłkarskich mistrzostw świata, w których drużyna Kazimierza Górskiego z Deyną, Latą, Tomaszewskim zdobyła brązowy medal. Wydawałoby się – aż nadto, aby wyświetlić historię jednego zabójstwa, które wstrząsnęło milionami Polaków. A jednak się nie udało. Czas otwarcie powiedzieć: to klęska.

Klęska nadziei na sprawiedliwą Rzeczpospolitą, państwo prawa i demokratycznych standardów. Przegrana marzeń o solidarności, jawności i suwerenności. W gruncie rzeczy ta jedna porażka – a przecież jest ich znacznie więcej – wystarczy za świadectwo minionego ćwierćwiecza z całym jego bezmiarem nieprawości.

Prawda, która leczy

Bywają takie miejsca, chwile, zdarzenia, kiedy zasłona między tym i tamtym światem prześwituje. Ulotne momenty, gdy codzienność rozsnuwa się, ukazując perspektywę wieczności. Tak było podczas mszy za ojczyznę odprawianych na warszawskim Żoliborzu przez ks. Jerzego w stanie wojennym.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. Polskę opanowało kłamstwo. Lało się z odbiorników radiowych i telewizyjnych, z gazet, z ulicznych obwieszczeń. Trzeba pamiętać, że doświadczenie Solidarności zagarnęło 10 mln ludzi – większość pracowniczej rzeszy. Uwierzyli oni w projekt naprawy Rzeczypospolitej, wyłonili przywódców, którzy mieli to zadanie realizować. I oto jedna noc wszystko zmieniła. Łomotem czołgów i skotów dekretowała nową narrację: że dzieło naprawy było nienawistnym aktem destrukcji, demokratycznie wybrani przywódcy – dybiącymi na życie rodaków zbrodniarzami, szczytne idee – obmierzłą kalkulacją podporządkowaną walce o władzę. W to zwyczajnie nie dało się uwierzyć, jeśli znało się beztroską otwartość zakładowych komisji Solidarności, a tę znali prawie wszyscy. Poczucie nierzeczywistości stało się tyle powszechne, ile dojmujące.

Sfera publiczna – przestrzeń niedawno odzyskanej swobody – stała się obszarem ciężkiej opresji, domeną twierdzeń sprzecznych z potocznym doświadczeniem, jadowicie kłamliwych. W tych okolicznościach homilie ks. Jerzego były łykiem prawdy dla sumień wysychających na pustyni kłamstwa. Na msze za ojczyznę przychodziło się, żeby przez dwie godziny odpocząć od udręki codziennej, nieznośnej rzeczywistości, żeby zaczerpnąć z czystego źródła wiary, nadziei, miłości w świecie zdominowanym przez zdradę, zwątpienie, nienawiść. Trudno dziś wyjaśnić, jak bardzo bezpośrednią, przemożną, naglącą potrzebą była wówczas prawda głoszona bez lęku przez ks. Jerzego wśród agresywnych i butnych kłamstw, które nas otaczały. Ona leczyła. Dawała siłę, by przedrzeć się przez następny dzień. Uświadamiała, że porządek metafizyczny jest egzystencjalnie nadrzędny. Że umożliwia istnienie po prostu.

Lobotomia

Bestialski, wyzbyty skrupułów mord na szlachetnym, kruchym, pełnym wyrozumiałości kapłanie, który uporczywie wołał, by „zło dobrem zwyciężać” wydawał się zbyt okrutny, by mógł się wydarzyć. Byłam przed kościołem św. Stanisława Kostki w chwili, gdy dotarła tam wiadomość o wyłowieniu zwłok i słyszałam jęk, który przetoczył się w tłumie wiernych, czuwających od chwili uprowadzenia ks. Jerzego. To był jęk rozpaczy wobec brzemienia, które wydaje się nazbyt już ciężkie, ale nie trwał długo. W dniu pogrzebu cichą, żoliborską uliczką, przy której mieszkałam – jedną z wielu sennych przecznic prowadzących w kierunku kościoła, gdzie samochód lub przechodzień pojawiał się raz na pół godziny – płynęła wezbrana rzeka ludzi, jakiej nigdy przedtem i potem już tam nie widziano. Żałobnicy ciągnęli tłumnie od świtu, by dać świadectwo wierności, sprzeciwu wobec kłamstwa i przemocy. Tego dnia w powietrzu nie rozpacz się unosiła, ale determinacja: jesteśmy, wytrwamy, nie poddamy się, nie zapomnimy!

I co? Gdzie byli ci ludzie w ciągu kolejnych trzech dekad? Rozbici, potłuczeni, zepchnięci, zakrzyczani, wyśmiani… Wolna, rzekomo, Polska upokorzyła ich i stratowała. Wydrwiła ich nadzieje na sprawiedliwość. Umysły poddała lobotomii opisanej przez Wojciecha Sumlińskiego w wydanej właśnie książce pt. „Lobotomia 3.0”, w której przedstawiono losy systematycznie torpedowanego w III RP śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki: „Twórcą tej drastycznej metody leczenia chorób mózgu był portugalski naukowiec Antonio Fas Moniz, ale upowszechnił ją Amerykanin dr Walter Freeman. Na początku aplikował pacjentom elektrowstrząsy, by ich oszołomić. Następnie brał szpikulec do kruszenia lodu i wbijał go pomiędzy gałkę oczną a powiekę. Następnie uderzał w rękojeść młotkiem i metalowe ostrze przebijało się przez oczodół do płata czołowego mózgu. Teraz »naukowiec« brał drugi szpikulec i powtarzał identyczną »operację« na drugim oku pacjenta. Ostatni etap tej szokującej operacji polegał na tym, że doktor chwytał za rękojeść i wykonywał koliste ruchy, szatkując na chybił trafił płaty czołowe mózgu nieszczęśnika. Niepojęte, ale wbrew pozorom świat nauki nie uznał twórcy lobotomii za szaleńca – zabójcę, lecz za prekursora cudownej metody leczenia chorób psychicznych wartej Nagrody Nobla”.

I tej właśnie metodzie – zdaniem Sumlińskiego – choć aplikowanej z użyciem mediów, a nie szpikulca do lodu, poddano pamięć zbiorową Polaków. W rezultacie, podejmowane, ale nigdy nieukończone dochodzenia w sprawie morderstwa ks. Popiełuszki, nie przyniosły żadnych konkluzji. Podważyły skutecznie oficjalną wersję wypadków, przyjętą w procesie toruńskim, nie zdołały jednak skonstruować właściwej i wiarygodnej. Niechcianą prawdę skrył mrok tajemnic.

Banalność zła

Czas mijał, świadkowie ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, pogodziliśmy się z tym. Przystaliśmy na to, że prawdy nie da się odkryć, że gnieździ się ona w zakamarkach labiryntu rzeczywistości, do których nie można przeniknąć. Że błądzimy, gubimy się we mgle, która jest naturalną właściwością krajobrazu. Zaakceptowaliśmy przewagę zła, które w minionym ćwierćwieczu, gdy zbrakło ks. Jerzego, okazało się wszechobecne, potężne, niezwyciężone. Nie pozwoliło ujawnić przebiegu zbrodni sprzed 30 lat, a potem konsekwentnie, także późniejszych tragedii – z katastrofą smoleńską na czele. Kolejne skrytobójstwa, dokonywane już w wolnej, jakoby, Polsce i falsyfikowane w majestacie prawa jako losowe wypadki bądź samobójstwa oswoiły nas z przekonaniem, że mord jest pospolitym narzędziem rozgrywki politycznej i – zważywszy jego regularną, nieuchronną powtarzalność – nie ma co się temu dziwić, naiwnie jest się oburzać. Wiadomo: tak się zdarza. W czasach, gdy ks. Jerzy odprawiał msze za ojczyznę zło było wyraziste, namacalne, uchwytne. Dzisiaj jest rozrzedzone, rozsmarowane, wyposażone w płynną, kameleonowatą tożsamość. Toteż łatwiej z nim zgodnie współżyć bez anachronicznych wyrzutów sumienia.

Dzięki temu zadomowiło się wśród nas na dobre. I już nam nie przeszkadza. Nie szukamy prawdy. Tylko spokoju – niczym otępiali, bezwolni, zaślinieni i głupkowato uśmiechnięci pacjenci po lobotomii. Straszliwa ofiara ks. Jerzego, któremu w trakcie tortur wyrwano język, przepadła w pamięci naszego zmasakrowanego umysłu, nikomu, do niczego niepotrzebna. Wystarczy, że uświęcona. Ucukrowana świętością, która nijak nas nie zobowiązuje.

Wanda Zwinogrodzka • Gazeta Polska Codziennie
niezalezna.pl, fot. radiownet.pl

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ Myśmy wszystko zapomnieli… została wyłączona