■■ Platforma straszy PiS-em i sama urządza państwo policyjne

Posted in ■ aktualności, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 24 Maj 2015

Policyjne państwo PO – już od dziś

Patforma straszy, że „kiedy PiS dojdzie do władzy”, urządzi w Polsce państwo policyjne.

Dzisiaj w życie wchodzi nowelizacja kodeksu drogowego, której pomysł powstał w rządzie PO, a konkretnie w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, a która jest nie tylko kwintesencją policyjnego państwa, ale też działaniem całkowicie pozornym, które uderzy boleśnie, ale wybiórczo w część obywateli, nie zmieniając zarazem niczego w sferze bezpieczeństwa.

Przepis mówiący o obowiązkowym zatrzymywaniu prawa jazdy na trzy miesiące za przekroczenie prędkości na obszarze zabudowanym o 50 km/h jest szkodliwy, absurdalny, idiotyczny i ma znaczenie wyłącznie propagandowe. Zarazem może boleśnie uderzyć w ludzi nie zasługujących na tak drastyczną sankcję.

Niestety, tę piramidalną bzdurę wspierają również ci, którzy w innych dziedzinach nie mają do państwa rządzonego przez PO za grosz zaufania. Zadziwiające, że akurat w tym konkretnym wypadku obdarzają je zaufaniem najdalej idącym, uznając, że sankcja będzie stosowana skutecznie, sprawiedliwie, a intencją jej wprowadzenia jest szczera chęć chronienia obywateli.

Widocznie bajeczka o dbaniu o nasze bezpieczeństwo okazuje się skutecznym mamidłem nawet dla osób zdolnych w innych przypadkach zastosować zmysł krytyczny. Tym wszystkim przypominam, że przepisy będą egzekwować organy tego samego państwa, o którym Bartłomiej Sienkiewicz mówił w wiadomy sposób. Państwa, które od lat przykręca obywatelom śrubę nie dla ich dobra, ale po to, by ich wytresować. I dokładnie taka jest funkcja wchodzących dziś w życie przepisów.

Napływające z mediów informacje pokazują, że w całej Polsce policja od północy bawi się w surowych szeryfów. Tym razem – inaczej niż dotąd – nie ma nawet okresu przygotowawczego. Jest chamska pokazówka – ćwiczenie w braniu obywateli za twarz, być może po to, żeby sprawdzić, ile jeszcze wytrzymają.

Pomysłodawcy przepisu, promujący go posłowie czy policja nie uzasadnili jego wprowadzenia w żaden sposób poza żenującym ogólnikiem: walka z „piratami drogowymi”, dbanie o bezpieczeństwo.

Poniżej lista zarzutów wobec tej zamordystycznej regulacji. Na żaden z nich jej pomysłodawcy nie odpowiedzieli i żadnego nie zbili.

Przepis jest zbędny. Jeśli motywacją nowych regulacji jest walka z najgorszymi piratami, to nie jest do tego potrzebny przepis zakładający automatyczne zatrzymanie prawa jazdy. Policja mogła – i robiła to coraz częściej – zatrzymywać prawo jazdy za rażące naruszenie przepisów. Z tym że policjanci mieli tu dowolność oceny, czy naruszenie przepisów było „rażące” oraz jakie zagrożenie stworzył kierowca.

Automatyzm jest absurdalny. Nowy przepis zakłada drastyczną sankcję. Zatrzymanie prawa jazdy na trzy miesiące to kara niezwykle surowa. Dla wielu osób będzie to oznaczało gigantyczne życiowe problemy. Tymczasem nowy przepis działa tak, jakby za każdą kradzież powyżej 500 zł miała być orzekana kara, powiedzmy, roku bezwzględnego pozbawienia wolności – niezależnie od tego, jakie były okoliczności, jaka jest opinia o sprawcy, jaka wartość skradzionego dobra itd.

Każdy prawnik powie, że to absurd i taki przepis nigdy nie znalazłby się w kodeksie karnym. Dlaczego w takim razie znajduje się od dziś w kodeksie drogowym?

Okoliczności są różne. Na osiedlowej uliczce prędkość bywa często ograniczona do 30 lub 40 km/h. Tam kierowca jadący 80 km/h jest faktycznie potencjalnym zabójcą. Z kolei w dużych miastach jest mnóstwo miejsc, gdzie na dwujezdniowych ulicach o kilku pasach prędkość jest ograniczona do 70 lub nawet 50 km/h. Przykłady? Warszawa, ulica Puławska na odcinku między Wałbrzyską a Pileckiego: dwie jezdnie, dwa lub trzy pasy w każdą stronę, żadnych przejść, skrzyżowania bezkolizyjne: 50 km/h. Na łącznikach i drogach równoległych do S2 (Południowa Obwodnica Warszawy), czyli drogi ekspresowej (120 km/h) obowiązuje idiotyczne ograniczenie do 70 km/h. Czy można porównywać zagrożenie, jakie stwarza wariat, pędzący między domami i przechodniami po osiedlu 80 km/h z rzekomym zagrożeniem, stwarzanym przez kierowcę jadącego 120 km/h dwupasmowym łącznikiem drogi ekspresowej między ekranami?

Różne są też sytuacje na drodze – co innego gęsty ruch, co innego pusta ulica w weekend. Co innego stary rzęch, co innego nowe auto wyposażone we wszystkie systemy bezpieczeństwa.

To nie znaczy, że policja nie powinna karać za wysokie przekroczenie prędkości. Ale wprowadzanie tu automatycznego zatrzymywania prawa jazdy kłóci się ze zdrowym rozsądkiem.

Ograniczenia są często bezsensowne. Po cichu przyznają to także policjanci, ale w ich interesie nie leży ich racjonalizacja, bo im jest ich więcej i im bardziej są absurdalne, tym więcej miejsc skutecznego polowania na kierowców. Obszary zabudowane (automatyczne ograniczenie do 50 km/h, chyba że znaki stanowią inaczej) rozpoczynają się w polu albo lesie. Zarządcy dróg obstawiają ograniczeniami każdy zakręcik, wlot drogi gruntowej czy najmniejsze skrzyżowanie, co – po pierwsze – znieczula kierowców na faktycznie zasadne ograniczenia, po drugie – jest sprzeczne z praktyką w bardziej cywilizowanych krajach (Niemcy, Czechy, Węgry, Francja). Robią to z asekuranctwa. No i dlatego, że w Polsce kierowca jest traktowany jak debil, który nie jest w stanie sam ocenić warunków na drodze.

Paradoks polega na tym, że tak faktycznie często jest, ale znaki nie mają tu żadnego znaczenia. Tworzą jedynie rewiry polowań dla policji. To ich jedyna funkcja.

Prędkość nie jest główną przyczyną wypadków. O tym pisałem już wielokrotnie: to policyjny fetysz, który maskuje faktyczne przyczyny wypadków, wymieniane w raportach NIK. A są to m.in.: system szkolenia kierowców, stan pojazdów (diagności!), organizacja ruchu, stan infrastruktury. Najłatwiej jednak zwalić wszystko na prędkość, zwłaszcza że jej kontrolowanie wymaga najmniejszego wysiłku, a przynosi budżetowi największe zyski.

Nowy przepis nic nie da. Nie trzeba być specjalnie przenikliwym, żeby pojąć, że przepis pozostanie fikcją. Kluczem jest egzekucja, a tutaj nic się przecież nie zmieni. Od jego wprowadzenia nie przybędzie patroli. Jeśli dotąd nie były one w stanie wyeliminować prawdziwych drogowych bandytów, to nadal tego nie zrobią. I zarazem: jeśli dotąd prawdziwi drogowi bandyci nie obawiali się policji i zatrzymania prawa jazdy, to dlaczego mają się zacząć obawiać teraz, skoro z ich punktu widzenia właściwie nic się nie zmienia?

Kto zatem oberwie? Jak zwykle w takich wypadkach: losowo przyłapani średniacy, którzy tak naprawdę wielkiego zagrożenia nie stwarzają. Pechowcy, którzy na moment się zapomną, bo wszyscy normalni kierowcy, którym dotąd zdarzało się jechać nieco ponad 100 km/h przy ograniczeniu do 50 km/h, pojadą teraz 95 km/h.

Co to zmieni z punktu widzenia bezpieczeństwa? Nic. Kompletnie nic. Prawdziwi drogowi bandyci pozostaną bezkarni w dokładnie takim samym stopniu jak dotąd. Szczególnie że ich wyczyny bardzo często nie dotyczą przekraczania dozwolonej prędkości.

Co z wątpliwościami dotyczącymi pomiarów? Każdy, kto interesuje się pracą polskiej drogówki, wie, że takich wątpliwości jest mnóstwo, media informowały o niech wielokrotnie, bardzo obszernie omawiały je pisma motoryzacyjne. Wątpliwości dotyczą braku przeszkolenia policjantów obsługujących radary, braku legalizacji niektórych egzemplarzy, braku legalizacji całych systemów lub ich elementów w przypadku urządzeń montowanych w samochodach policyjnych oraz samego sposobu pomiaru. Warto pamiętać, że wideorejestratory w policyjnych samochodach nie mierzą faktycznej prędkości kontrolowanego pojazdu, a jedynie opierają się na prędkości radiowozu, który powinien przez określony czas utrzymywać stały dystans wobec kontrolowanego. Przy czym stosowane przez polską policję wideorejestratory nie mają dalmierzy, a więc wszystko odbywa się „na oko”. To tak niepewna i dziurawa metoda pomiaru, że właściwie nie powinna być w ogóle stosowana. Cóż dopiero w sytuacji, gdy ma być podstawą do zastosowania drastycznej sankcji.

A posłowie nadal mają immunitet. Ludzie, dzięki którym przesuwamy się o kolejny krok w stronę państwa policyjnego, oczywiście sami konsekwencji nie poniosą. Oni nadal mają immunitet i idę o zakład, że będą z niego teraz chętniej korzystać.

Zachwyceni policjanci oznajmiają, że dzięki nowemu przepisowi bardzo spadnie liczba ofiar śmiertelnych. Otóż jeśli nawet spadek nastąpi (w co wątpię), to będzie to skutek innych działań. Ten zamordystyczny przepis niczego nie zmieni. Może poza jednym: drastycznie wzrosną łapówki oferowane policjantom.

I być może o to tu chodzi.

Łukasz Warzecha • wpolityce.pl

Reklama

Możliwość komentowania ■■ Platforma straszy PiS-em i sama urządza państwo policyjne została wyłączona

%d blogerów lubi to: