■■ Urszula Sikorska-Kelus: Rola żony opozycjonisty mnie śmieszyła

Posted in ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ wywiady by Maciejewski Kazimierz on 30 sierpnia 2015

Dziś to brzmi śmiesznie, bo publikacje „Kultury Paryskiej” można kupić za parę groszy na stoisku z tanią książką, ale wtedy dostęp do nich to była najwspanialsza rzecz na świecie, największy skarb, jaki można sobie wyobrazić – mówi Urszula Sikorska-Kelus, opozycjonistka, pszczelarz

Urszula Sikorska-Kelus, opozycjonistka, pszczelarz: Tak się złożyło: razem aresztowali nas za Marzec, razem za taternictwo, potem też brali nas razem na 48 godzin… Tylko w stanie wojennym było inaczej, bo Janka internowali, a mnie nie.

Parą z Janem Krzysztofem Kelusem jesteście od…

…liceum, mieliśmy po 16 lat. Potem razem studiowaliśmy, bo w końcu Janek przekonał mnie do socjologii.

„Kuba jeździła zwykle w soboty/ Wracała stamtąd jakby z daleka/ Pamiętam dobrze te jej powroty / Każdy z nas wolał jeździć, niż czekać. / Ta moja żona jest taka drobna/ Czasem jest całkiem trudno uwierzyć/ Że przesiedziała w więzieniu dłużej/ Niż ta wariatka Angela Davis”. To o pani śpiewał w „Szosie E7″. A propos, dlaczego Kuba?

Nie lubiłam swego imienia i już w dzieciństwie przylgnęło do mnie Kuba.

Sierpień też, jak radomski Czerwiec, zastał panią „z dala od miasta”?

Siedzieliśmy na Mazurach w barakowozie z pszczołami, niedaleko stąd, po drugiej stronie lasu.

A co się z nimi robi w sierpniu?

Karmi się je, przygotowuje do zimy. Mieliśmy wtedy 3 miliony pszczelich robotnic, które bez nas zdechłyby z głodu. Całym sercem byliśmy z „Solidarnością”, ale tym razem wybraliśmy prywatę.

Janek śpiewał o „Sentymentalnej pannie S.”: „Nie była w pełni w moim typie/ Szczególnie raził mnie jej język/ I żyłem jakby trochę z boku”.

To bycie z boku pozwoliło nam obserwować wszystko z innej perspektywy i dla nas najbardziej niesamowita była zmiana świadomości także tu, na wsi. Ludzie poczuli się dumni, a tego nigdy wcześniej nie było widać.

Karnawał z panną S. szybko się skończył.

12 grudnia 1981 roku Janek pojechał na jakieś śpiewanki, chyba do Białegostoku, a ja siedziałam sama i czytałam książkę Obertyńskiej „W domu niewoli”. Pamiętam jak dziś, czytałam opis, jak więźniowie straszliwie marzli, umierali na barkach na jednej z syberyjskich rzek. A mnie było tak ciepło, dobrze, bezpiecznie… i nagle ktoś zaczął łomotać do drzwi.

Milicja?

Nie, nasz przyjaciel Wojtuś Kochlewski wpadł z okrzykiem „Wojna!”, więc zaczęliśmy błyskawicznie ewakuować z domu trefne książki i kasety. Nad ranem wrócił Janek i oznajmił ze stoickim spokojem: „Wojna, nie wojna, ja się muszę wyspać”, ale po trzech godzinach obudziłam go i wyszliśmy z domu. Okazało się, że chwilę potem do mieszkania przyszli ubecy.

Jak Janek trafił do internatu?

Zatrzymali go późno, w kwietniu 1982 roku, i od razu internowali. Wkrótce po tym, gdy dał głos u Romaszewskich w Radiu „Solidarność”.

Bała się pani o niego?

Wtedy? Nie, zła byłam, że pozwoliłam mu łazić po mieście tuż po pierwszej audycji podziemnego radia. A rola żony opozycjonisty przetrzymywanego przez komunistów trochę mnie śmieszyła i kiedy mnie pytali, co czuję, to mówiłam, że jestem zadowolona: ma tam czysto, poczyta, odpocznie sobie, bo się ostatnio nalatał.

Oryginalna postawa.

Dlaczego? Tak było zawsze, i to nie tylko ze mną. Mój dziadek, ważna dla mnie postać, poszedł do Legionów, zostawił babcię z dwojgiem maleńkich dzieci. I wszyscy wiedzieli, że dziadek musiał, że tak było trzeba. Potem, gdy rodzina żyła w biedzie, bo z pracą było krucho, do dziadka przychodzili koledzy na stanowiskach, chcieli pomóc. Ale Wacek Sikorski odprawiał ich z kwitkiem. Strasznie rozczarowany Piłsudskim i przewrotem majowym grzmiał: „Dziad zdradził!”.

O, widzę analogię.

(śmiech) Owszem, mam pretensje do Wałęsy.

A wtedy nie bała się pani?

Cały czas się bałam! Jeździłam do Radomia przekonana, że to znowu skończy się więzieniem.

„Nadziei miałem bardzo niewiele, że na coś przyda się to jeżdżenie/ Mówiąc po prostu, raczej myślałem, że to się znowu skończy więzieniem”

I ja też myślałam, że nas wszystkich powsadzają, ale nie mogłam odmówić. W końcu ktoś musiał jechać. To tak jak teraz: komuś umrze mąż, trzeba zrobić zbiórkę, pomóc, pojechać gdzieś. Skoro trzeba, to ja to robię, ale – podkreślam – wcale się do tego nie palę.

Wszystko zaczęło się jak w piosence Janka: „Może marzec lub sierpień, kto wie/ Nie pozwolił ci już dłużej na godzenie się ze złem?”.

Właśnie tak! Do Marca ’68 byliśmy zupełnie, ale to zupełnie apolityczni i nagle zobaczyłam świat, którego nie znałam. Widziałam niewinnych ludzi bitych na ulicach, to był horror. Trzeba było coś zrobić.

Co?

Zupełnie nie wiedzieliśmy co. Janek wrócił z Zakopanego, nie znaliśmy żadnych ludzi zaangażowanych w protesty, bo nas to wcześniej kompletnie nie interesowało, więc jedyne, co można było zrobić, to ulotki.

Jak trafiliście do sprawy taterników?

Latem 1969 roku zatrzymano nas za przenoszenie przez Tatry publikacji „Kultury Paryskiej”. Dziś to brzmi śmiesznie, bo można je kupić za parę groszy na stoisku z tanią książką, ale wtedy dostęp do nich to była najwspanialsza rzecz na świecie, największy skarb, jaki można sobie wyobrazić.

Warta więzienia?

No pewnie! Nie mieliśmy żadnych złudzeń, wiedzieliśmy, że pójdziemy za to siedzieć, ale weszliśmy w to bez wahania. Zaczęło się od tego, że poznaliśmy w górach świetnego taternika Andrzeja Mroza, kumpla Maćka Kozłowskiego, późniejszego ambasadora, który zorganizował całą akcję.

Pani też te książki nosiła.

Tylko raz poszłam z Jankiem pod Kazalnicę, wykopaliśmy ze schowka spod śniegu książki i zawieźliśmy do Warszawy. Porozkładaliśmy je na uniwersytecie, pożyczaliśmy ludziom. Bardzo szybko wpadliśmy i posadzono nas z § 5 małego kodeksu karnego. Minimum pięć lat, a jak straszyli szpiegostwem, to do kary śmierci włącznie, co nam nieustannie powtarzano. Janek śpiewał później w „Piosence o morzu”, że „Może to ostatni proces z mkk, może to niedużo, kilka lat”, bo od 1 stycznia 1970 roku mały kodeks karny przestał obowiązywać.

„Twój adres zmienił się: Rakowiecka 37 M”.

Siedzieliśmy tam w śledztwie dziewięć miesięcy. Ja byłam w celi z kobietami oskarżonymi o duże afery gospodarcze, ale gdy trafiłam do szpitala, to tam w sąsiednim pomieszczeniu były już bardzo przyzwoite kryminalistki, złodziejki, świetne kobiety.

Pomogły pani?

O tak, bardzo szybko przekazały kolegom kryminalistom wiadomość ode mnie do Janka, którego szantażowali moim stanem zdrowia. I to mu bardzo pomogło. Potem spotykałam kryminalistki wielokrotnie w areszcie, gdzie trafiałam na 48 godzin. W każdym razie nam nie zrobiono wtedy procesu, tylko pewnego dnia wezwano mnie i usłyszałam, że Polska Ludowa daje mi szansę i puszcza wolno.

Mieszkaliście razem, trudno to jednak było nazwać normalnym mieszczańskim życiem.

Hodowaliśmy dwa psy, które się przybłąkały, dom był pełen gości, naprawdę dużo się działo. Robiłam ankiety, a przez półtora roku pracowałam z psychiatrą, który prowadził pewien eksperyment. Opiekę nad młodymi schizofrenikami sprawowali ludzie spoza branży psychiatrycznej. Między innymi Jerzy Owsiak – w tamtych czasach naprawdę świetny kolega. Bardzo go ceniłam, dlatego tak mi przykro, że funkcjonuje teraz jako szef rządowej organizacji pozarządowej.

Czemu to się skończyło?

Psychiatra wyjechał do Stanów, cała sprawa się rozpadła, a moi schizofrenicy zostali i pomieszkiwali u nas, na Raszyńskiej.

Przychodzili nie tylko tacy.

Oczywiście, mnóstwo artystów, Jacek Kleyff, Michał Tarkowski, Michał Lorenc, dziś nasz sąsiad na Mazurach. No i był nasz podopieczny Maciek.

Tej historii nie znam.

Kiedyś spotkaliśmy w parku dzieciaka w strasznym stanie, ośmio- czy dziewięciolatka, maltretowanego przez koleżków. Był z domu dziecka, miał jakiegoś prawnego opiekuna, ale i tak wszystkie święta czy wakacje spędzaliśmy razem.

Sądzę, że nie było łatwo.

Kradł, był zaniedbany, nie umiał jeść, ale doholowaliśmy go do dorosłości, znaleźliśmy szkołę, pracę, załatwiliśmy mieszkanie i pożeglował w swoją stronę. Udało się.

„Czerwiec nas zastał z dala od miasta” – śpiewał potem  o 1976 roku w „Szosie E7″ pani mąż.

Żeglowaliśmy całe lato na Mazurach, potem na Wigrach, powoli spłynęliśmy rzekami do Warszawy.

„Jesienią Konrad już na nas czekał”?

Wszystko przychodzi samo, człowiek sobie nie wybiera dróg. Wtedy też tak było – przyszedł Konrad Bieliński i powiedział, że zebrano już pieniądze na pomoc dla robotników w Radomiu, jest dwójka ludzi, nazywają się Romaszewscy, mają adresy, no i że trzeba tam jeździć.

Pani jeździła najwięcej.

Czy ja wiem, czy najwięcej? Starałam się być tam co tydzień.

Podobno wymyśliła pani sposób na śledzących panią esbeków i gubiła ogon, stając w kolejce po chleb?

Strasznie trudno było zgubić ten ogon, jak już się przykleił, więc jeździłam tam ubrana – jak to złośliwie mówił Janek – jak ostatni menel, by się w tym biednym Radomiu nie wyróżniać. Wchodziłam do kolejki, potem obładowana siatkami szłam dalej.

Do kogo pani trafiała?

Akurat trafiła mi się jedna z najbardziej dramatycznych historii w mieście: milicja złapała lekko niedorozwiniętego chłopaka. Wściekli, że się nie odzywa, przykuli go do kaloryfera i zmasakrowali tak, że nawet po trzech miesiącach nie mógł chodzić, schodziły mu paznokcie ze stóp i dłoni. Załatwiłam mu lekarza, sprawa wyglądała bardzo poważnie, więc esbecy obstawili dom, żeby nikt z KOR nie mógł tam wejść.

To jak się pani udało?

Na ciotkę, bo on się nazywał Sikorski. Wie pan, co jest przykre? Że nikt z tych, którzy go maltretowali, nie poniósł żadnych konsekwencji.

Potem zaczęło się wydawanie przez Janka kaset i trafiła pani w środek działalności opozycyjnej.

Jeszcze Konrad założył u nas pierwszy sklepik NOW-ej, trzeba też było nagrywać i dystrybuować kasety Janka. A kiedy skończyło się jeżdżenie do Radomia, to ciągle były jakieś sprawy z Biura Interwencji od Romaszewskich. I jeszcze od czasu do czasu milicja robiła nalot – słowem, ciekawe życie.

Wtedy też zaczęła się pani kariera bibliotekarki.

Chyba w 1978 roku zaczęłam prowadzić latającą, podziemną bibliotekę dla licealistów – to było 20 grup po kilkanaście osób. Nigdy nie poznałam wszystkich czytelników, bo żeby uniknąć wpadki, spotykałam się wyłącznie z odpowiedzialnymi za grupy.

Spore przedsięwzięcie.

Ponad 200 osób! Niesamowite było, że oni w ogóle nie przestraszyli się stanu wojennego, biblioteka działała nadal. To była najsensowniejsza sprawa.

Tu, na wsi, też pożycza pani książki…

Grupy nie mam, ale pożyczam sąsiadom książki, gazety…

Jest już pani, po ponad 20 latach w Miętkiem, tutejsza?

Dla mieszkańców zawsze będziemy trochę obcy, ale znają nas i chyba lubią. Nie staramy się wyróżniać, szanujemy ich, to wspaniali ludzie. W relacjach z nimi pomogły mi pszczoły, bo tutaj docenia się ciężką pracę.

No tak, pani podpisuje się jako „pszczelarz”…

…choć sama miodu specjalnie nie lubię. A Janek jest uczulony na nasz miód. Za dużo go zjadał.

To po co wam to wszystko?

Kiedyś z tego żyliśmy, teraz to już po to, żeby mieć co rozdawać przyjaciołom. Rzadko ma pan szansę, by dać komuś coś, co jest owocem pańskiej pracy, prawda? A poza tym ja to umiem i lubię robić. W końcu po tych trzydziestu kilku latach debil by się nauczył…

Tylko nie debil. Moja żona, która zjada więcej miodu niż cała ludność Łotwy, uważa, że pani miodom dorównują tylko te z barci z Baszkirii.

Mogę to tłumaczyć tym, że my rzadko robimy miodobrania i pozwalamy pszczołom przerobić ten miód na wszelkie możliwe sposoby.

Mieszkacie na skraju lasu, ale dom wciąż pełny.

Nie zamykamy drzwi, sam pan widział, że jak wróciliśmy po kilku godzinach, to ktoś zostawił mnóstwo warzyw. Przyjeżdżają też przyjaciele z miasta, tu się nikt nie śpieszy, można porozmawiać „pa duszam” i bardzo to sobie cenimy. Cieszę się, że to miejsce wybrałam.

Pani?

Oczywiście, Janek do końca życia jeździłby barakowozem, nie osiedliłby się nigdy.

Taki hipis?

To jest księgowy w naszej rodzinie, a jednocześnie przeciwnik zadomawiania się.

Jak się żyje z Kelusem pod jednym dachem?

Niełatwo, ale nie chciałabym żyć z żadnym innym człowiekiem na świecie. Najcenniejsze jest chyba to, że ja się z nim nigdy nie nudzę.

Michał Lorenc opowiada, że kiedy w okolicy słychać polowanie z nagonką, to gdzie są wszystkie sarny? Na podwórku u Kelusów.

Przesadza. No owszem, przychodzą. Jak jest ciężka zima, to dokarmiam, niektóre prawie jedzą z ręki. Choć nie próbuję ich udomowić. To pokazuje, jak łatwo być św. Franciszkiem – wystarczy dawać jeść i zachować ciszę. Gorzej jest z ludźmi.

Dlaczego gorzej?

Widzimy, co ich w tej naszej transformacji spotkało, jaki myśmy im los zgotowali, i po prostu bardzo nam przykro. Cieszę się, że ci, którzy przywracają pamięć, mają jakieś rezultaty – żołnierze niezłomni są już powszechnie znani, bardzo wiele się zmieniło. A my?

No właśnie, co wy?

Chcieliśmy pomóc ludziom, którzy są maltretowani przez świat. I nagle wylądowaliśmy w świecie przemienionym. Ja wiem, że nie wszyscy pracownicy PGR potrafiliby założyć spółkę i poradzić sobie jakoś, ale byli i tacy. Tylko że nikt im nie dał żadnej szansy, żadnej! Słuchałam robotnic, które widziały, jak nowi właściciele wzięli taki PGR za bezcen i nawet nie próbowali niczego robić, tylko wyprzedali wszystko i zniknęli. A te kobiety patrzyły, jak to wszystko niszczeje, i płakały. To naprawdę straszne opowieści.

Kapitalizm nie dał im żadnej szansy?

Raczej upokorzenia i nowych panów, którzy na wszystko mieli jedną odpowiedź: „Jak się nie podoba, to za bramę”. Jakie to przykre, przecież pod koniec lat 80. żaden dyrektor nie ośmieliłby się tak powiedzieć do pracownika.

Rzadko stąd wyjeżdżacie.

Pojechaliśmy na pogrzeb Anny Walentynowicz, wychodząc z założenia, że pewnie mało kto na nim będzie. To było jedno z najsmutniejszych wydarzeń w naszym życiu. Były tam delegacje hutników, górników, stoczniowców, a ja patrzyłam na buty tych ludzi – biedne, rozdeptane, najtańsze. A przecież jak się jedzie na taki pogrzeb w delegacji, to się zakłada najlepsze, prawda? I to jest pytanie, kto na tej całej transformacji zyskał, kto na niej wygrał. Bo na pewno nie ci, w których imieniu była ona robiona.

Ze dwa lata musiałem panią namawiać na ten wywiad.

I nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Bo właściwie o czym miałabym gadać?

Choćby o tym, że można było być nonkonformistą w czasach, gdy wszyscy zachwycili się meblościankami, maluchami i Gierkiem. Zapłaciła pani za to więzieniem…

Hm, ale czy myśmy to sobie wybrali? Nie sądzę, raczej zachowaliśmy się spontanicznie, intuicyjnie. Jak widzisz, że kogoś leją, to lecisz pomóc. Nigdy nie zbierałam chorych zwierząt, ale jak już się jakiś pies przybłąkał, to przecież nie mogliśmy go zostawić. Tak samo było z Maćkiem z domu dziecka – zjawił się na naszej drodze i co, mieliśmy się odwrócić, nie zauważyć go?

Robert Mazurek • rp.pl
fot. Plus Minus

Jan Krzysztof Kelus – szosa e7

Jan Krzysztof Kelus – Piosenka O Drugiej Polsce

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ Urszula Sikorska-Kelus: Rola żony opozycjonisty mnie śmieszyła została wyłączona