■■ Co zrobić z donosicielami?

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 8 lutego 2016

Bardzo proszę, aby polskojęzycznych dziennikarzy i polityków „donoszących” na Polskę w niemieckiej prasie nie nazywać folksdojczami. To dla nich komplement, a dla folksdojczów – dyshonor.

Na początku warto się ubezpieczyć. Bartosz Wieliński z „Gazety Wyborczej” jest autorem donosu (paszkwilu) na Polskę i polską demokrację. Opublikował go na łamach niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”. Zanim jednak zaczął toczyć plwociny, żółć i jad – dokonał aktu swoistej autoasekuracji. Tekst rozpoczął bowiem takim akapitem:
Gdy Państwo będziecie czytać ten tekst, w internecie pojawi się zapewne kilka, a może kilkadziesiąt wpisów oskarżających mnie, że zdradziłem Polskę, bo ośmieliłem się donosić Niemcom na mój kraj. Padnie zapewne słowo „folksdojcz”. To pochodzący z czasów niemieckiej okupacji synonim zdrady i kolaboracji.
Nic z tych rzeczy, redaktorze Wieliński. Na folksdojcza jesteście zbyt „cienkim bolkiem”. Otóż – wbrew obiegowej opinii, tzw. folkslisty nie mógł podpisać każdy kolaborant i zdrajca. Status folksdojcza mógł otrzymać tylko etniczny Niemiec, zamieszkały na terenach będących częścią państwa niemieckiego (lub obszarem niemieckiego osadnictwa). Folkslista nie była więc dostępna dla polskich renegatów. To było narzędzie „odzyskiwania” Niemców odłączonych od Rzeszy.

Nie może zatem redaktor Wieliński zostać nazwany folksdojczem. „Na pieszczotę trzeba zasłużyć”. Kim zatem jest Wieliński? Renegatem, zdrajcą? A może raczej szabes-gojem? Przypomnijmy, że przed wojną w bogatych rodzinach żydowskich był to służący nie-Żyd, wykonujący w szabas prace, których ze względów religijnych gospodarze nie mogli wykonywać. Cóż, oczywiście o tym, jak fatalna sytuacja zapanowała w Polsce, mógł napisać w prasie niemieckiej jej etatowy korespondent w Warschau. Ależ o ileż bardziej wiarygodnie brzmi głos tubylca. Tym bardziej, że tubylcy do funkcji szabes-goja zgłaszają się sami – nie oczekując żadnego wynagrodzenia.

Jesteśmy wielką rodziną. To normalne, że krewni reagują, gdy któremuś z bliskich dzieje się coś złego, że sprawdzają, co się z nim dzieje, pomagają. I że w sytuacji gdy krewny zachowuje się źle, słyszy napomnienia. A gdy je ignoruje, stają się one coraz bardziej ostre – pisze Wieliński w swoim tekście, tłumacząc dlaczego w niemieckiej prasie wylewa kubły pomyj na demokratycznie wybrany polski rząd. Cóż, postawa Wielińskiego i jemu podobnych przypomina raczej scenę z filmu „Tato” Macieja Ślesickiego. Tam psychopatyczna żona głównego bohatera wali głową o ścianę, rozbijając sobie twarz i nos. A następnie wzywa policję, krzycząc, że pobił ją mąż.

Psychopatów, twierdzących że w Polsce „bita” jest demokracja, przybywa. Zarówno tych ze świata mediów, jak polityki. Będą się skarżyć w niemieckich i „europejskich” mediach. Gorliwie wypełniać powinność szabes-goja. Zrealizują obstalunek. Jedni dla jakiegoś ochłapu, inni z fanatyzmu. Na podobnej zasadzie – w czasach stalinizmu pisaliby donosy na „zaplutego karła reakcji” oraz „reakcjonistów z Londynu”. Podczas okupacji hitlerowskiej – być może – trudniliby się szmalcownictwem. Jest takie rosyjskie przysłowie: „Bladź eta nie profesja, eta charaktier”. Warto pamiętać nazwiska tych z donosicielsko-kłamliwym „charaktierem”. Jeszcze w zeszłym roku wyliczał ich Rafał A. Ziemkiewicz: Gromi rządy PiS „The Guardian”? Tak, piórem Adama Leszczyńskiego z „Gazety Wyborczej” i Agaty Pyzik z „Krytyki Politycznej”. Przestrzega przed PiS „New York Times”? Owszem, piórem, Joanny Berendt z „Gazety Wyborczej”, wymiennie z Hanną Kozłowską, stałą autorką portalu Tomasza Lisa. Krytykują gazety niemieckie? Owszem, w „Die Welt” Julia Szyndzielorz z „Newsweek Polska”, a w „Berliner Zeitung” Jan Opielka z „Krytyki Politycznej”.

Niestety, od tamtego czasu szabes-gojów, publicystycznych i politycznych renegatów przybyło. Cóż z nimi zrobić? W Przygodach Hucka Finna Marka Twaina łotrów nago tarzano w smole i pieprzu, a następnie przepędzano z miasta. W latach 30. we Włoszech stosowano inną dobrą metodę. Łapano delikwenta, zmuszano do wypicia kielicha oleju rycynowego i po chwili wypuszczano na głównej ulicy miasta. Za okupacji hitlerowskiej było golenie głowy – na łyso albo na krzyż. Ale bez okrucieństwa, są skuteczniejsze i bardziej cywilizowane sposoby. Już od czasów starożytnych wiadomo, że najlepszym orężem może okazać się pieniądz. Zatem – odetnijmy te donosicielskie kreatury z „Wyborczej”, „Newsweeka” i „Krytyki Politycznej” od naszych pieniędzy – tych publicznych z dotacji, grantów oraz reklam. To będzie gorsze niż wytarzanie w smole i pieprzu czy ogolenie głowy. Na łyso albo na krzyż.

Marcin Halaś • warszawskagazeta.pl

Advertisements

Możliwość komentowania ■■ Co zrobić z donosicielami? została wyłączona