■■ Niemiecka lustracja a sprawa polska

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 19 Luty 2016

Wtedy, 25 lat temu, przegraliśmy. Czy przegramy i dziś…?

Trudno to zapomnieć. Trudno zapomnieć bezpowrotnie zaprzepaszczoną szansę. Pamiętam jak dziś gromy, jakie krótko po upadku(?) komunizmu w naszym kraju sypały się pod moim adresem za domaganie się wiwisekcji życiorysów osób pełniących funkcje publiczne w naszym kraju i rozliczenia ich za niechlubną przeszłość. Za utrwalanie i zdradliwą obronę nieludzkiego systemu, za śmierć wielu ludzi, za ludzkie dramaty…

Pamiętam jak dziś przebieg zorganizowanej przeze mnie w latach dziewięćdziesiątych wizyty w Polsce Joachima Gaucka, wówczas głównego lustratora w zjednoczonych Niemczech – rozmowę, którą przeprowadzałem z nim w studiu telewizyjnej „Panoramy” i jego referat na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie „adwokaci” sprawców zza biurek usiłowali tłumaczyć rzekomo wyjątkową sytuację Polski, wychwalali „porozumienie” zawarte przy okrągłym stole, akcentując przy tym fałszywą troskę o „zgodę narodową”…

Niemiecki sposób rozrachunku z przeszłością i dekomunizacja była dla ówczesnych decydentów w Polsce nie do przyjęcia. Po serii moich krytycznych publikacji na ten temat kontaktowali się ze mną różni spadkobiercy byłego reżimu i protagoniści owego „porozumienia” z tzw. opozycji solidarnościowej, aspirujący do miana polityków. W większości były to próby przekonania mnie, że „polski wybór” był słuszny. Czyj „wybór” i jak „słuszny”, tego dowodzi ten fakt, że po 25 latach znaleźliśmy się w punkcie wyjścia.

Utrwalaczom tzw. władzy ludowej, generałom Wojciechowi Jaruzelskiemu i Czesławowi Kiszczakowi włos nie spadł z głowy i, w przeciwieństwie do ich wielu ofiar, dożyli spokojnie swoich dni. Dziś, ironią losu, głównym lustratorem (z własnej woli, czy też nie), stał się zbrodniarz komunistyczny, były minister spraw wewnętrznych, współodpowiedzialny za przygotowanie i wprowadzenie stanu wojennego w 1981, główny koordynator walki z „przeciwnikami ustroju”, potem prezes Rady Ministrów PRL i pookrągłostołowy wicepremier Kiszczak właśnie, który przechowywał w swym domu na wiadomy tylko jemu użytek kompromitujące dokumenty, w tym dotyczące „ikony” Solidarności, Lecha Wałęsy. Co jest w tych dokumentach i ile ich przechowywanych jest w prywatnych domach byłych komunistycznych notabli i bezpieki?, tego nie wiadomo, i nie wiadomo, czy będzie wiadomo.

Pewne jest tylko to, że za grzech zaniechania rozliczenia za zbrodnie i szubrawstwa z niemal półwiecza panowania reżimu komunistycznego w Polsce płacimy wszyscy do dziś. W Niemczech, bo ich przykładem chce się posłużyć, uchwalenie ustawy lustracyjnej nie przyszło łatwo. „Nie może wypowiedź byle szpicla łamać ludzkich życiorysów”, protestował tuż po zjednoczeniu RFN z NRD szef frakcji chadeków współrządzących partii CDU/CSU Bertram Wieczorek. Także kanclerz Helmut Kohl nie chciał, by „zbrodnie reżimu komunistycznego truły klimat jednoczenia kraju” i wzywał do „zaniechania polowania na czarownice”. Ostatecznie jednak posłowie Bundestagu zdecydowali się na rozliczenia z przeszłością i powołanie w Berlinie Urzędu ds. Dokumentacji Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa (MfS) byłej NRD. Tę nową placówkę wkrótce zasypała lawina podań pracodawców i zwykłych obywateli o wgląd do akt. O skali tego rozrachunku świadczy fakt, że po dziesięciu latach jej istnienia co miesiąc wpływało jeszcze po kilkanaście tysięcy takich wniosków.

Pod lupą enerdowskiej bezpieki (STASI), znajdowały się zarówno znane i wpływowe postaci jak i przeciętni Niemcy, we wszystkich środowiskach bez wyjątku. „Ja, Torst Gütschow, urodzony 28.07.1962 roku w Görlitz, zobowiązuję się dobrowolnie do współpracy na rzecz obrony kraju przed atakami na nasz socjalistyczny ruch sportowy”, deklarował… bramkarz Dynama-Drezno. Wśród opisanych przez tego nieoficjalnego współpracownika (IM) kolegów z drużyny znalazł się szef jego klubu Wolf Ziegenbalg, który „dysponował zachodnią walutą, nosił odzież z intershopów i miał video”… Dla STASI szpiclował też brat Torsta, Uwe Gütschow. Rodzeństwo donosicieli nie spotkała kara, „z uwagi na niewielką szkodliwość społeczną czynu”. Jak komentował pełnomocnik do spraw archiwaliów byłej NRD, obecnie prezydent RFN Joachim Gauck, „małe świnie muszą same ze sobą dojść do ładu”. Tylko w Berlinie w roli „małych świń” występowało np. aż 80 tys. dozorców, składających STASI raporty o lokatorach i ich gościach. Do odpowiedzialności pociągnięci zostali jedynie ci, których donosy spowodowały ludzkie dramaty. Stefan Schalinski dowiedział się ze swego dossier, dlaczego będąc już dorosłym „musiał stać na drabinie i zakładać kable”. Gdy miał 14 lat zabrano go na przesłuchanie wprost ze szkolnego podwórka za to, że nosił na tornistrze nalepkę z napisem: „Miecze na lemiesze”. Donos złożył dyrektor szkoły. Później dla Schalinskiego nie było miejsca na elektronice, choć miał celujące oceny…

Rozmiar penetracji życia społecznego przez ludzi Ericha Mielkego, kierującego przez 32 lata Ministerstwem Bezpieczeństwa Państwa, wzbudził szok po obu stronach dawnej niemiecko-niemieckiej granicy. Z pięciu ton ocalałych akt, fotografii i nagrań magnetofonowych wyłonił się zatrważający obraz inwigilacji społeczeństwa. Na ich podstawie rozstrzygano w sądach tysiące spraw, bynajmniej nie dotyczących takich „błahostek”, jak uniemożliwienie komuś podjęcia studiów. Z teczek STASI poznał swych prześladowców m.in. późniejszy minister spraw wewnętrznych Saksonii Heinz Eggert. W czasach NRD zaprotestował on przeciw udziałowi Armii Ludowej w tłumieniu „Praskiej wiosny”. Eggertem zajął się psychiatra na usługach STASI Reinhard Wolf, który faszerował go środkami powodującymi niepoczytalność. Innego „wroga ustroju, Detleva Jochuma, który ośmielił się zakwestionować wyższość ekonomii RFN nad NRD, więziono w zamkniętych oddziałach psychiatrycznych trzynaście lat.

Zjednoczenie zastało go w klinice w Waldheim. Po ujawnieniu działalności „sprawców w białych kitlach”, Związek Niemieckich Lekarzy podjął specjalną uchwałę, potępiającą pomoc kolegów wysługujących się STASI. Do najbardziej drastycznych wynaturzeń MfS należało zalecenie topienia w szpitalach wcześniaków w wiadrach z wodą, aby słabsze osobniki nie pogarszały statystyki NRD o umieralności niemowląt. Tajne służby nie cofały się przed żadną metodą, ułatwiającą penetrację i „eliminowanie elementów wrogich ustrojowi socjalistycznemu”. W 1997 r. zmarł na raka węzłów chłonnych Rudolf Bahro, autor „Krytyki realnego socjalizmu”, przemyconej i publikowanej w mediach zachodnioniemieckich. Jego manuskrypty krążące po kraju zostały silnie napromieniowane, dzięki czemu agenci STASI poznali wszystkich zainteresowanych. W tzw. urzędzie Gaucka znaleziono protokoły z tej akcji, jak i szczegółowe instrukcje dotyczące stosowaniu materiałów radioaktywnych przez służby bezpieczeństwa. Substancje promieniotwórcze wykorzystano nawet do zaznaczenia pewnej bliźniaczki, która otrzymała zgodę na wyjazd na Zachód; obawiano się, że na ten sam paszport ucieknie także jej siostra.

Akta MfS odsłoniły wiele takich tragedii, lecz przede wszystkim stały się podstawą w skazywaniu byłych szpiegów i prominentów NRD. Pierwszych aresztowań dokonano de facto zanim jeszcze Bundestag uchwalił ustawę lustracyjną. W grupie tej znaleźli się m.in. Gabriele Gast, odpowiedzialna za tajne raporty, przygotowywane na użytek kanclerza i… STASI, Werner Grossmann, szef honeckerowskiego wywiadu, Klaus Kuron, oficer wywiadu RFN, czy Heinrich Prellewitz, członek parlamentarnej Komisji Planowania z współrządzącej partii FDP (wolnych demokratów). Ten ostatni zarobił na dwudziestoletniej współpracy ze STASI 200 tys. zachodnioniemieckich marek. W pierwszych latach po zjednoczeniu nie było miesiąca, by w niemieckiej prasie nie pojawiły się informacje o kolejnych wyrokach za przeszłość. Przed sądem stanęli członkowie Biura Politycznego, którzy podpisali rozkaz strzelania do rodaków na niemiecko-niemieckiej granicy, jak i np. były minister sportu w rządzie Ericha Honeckera, Günter Erbach, oraz szef Wydziału Sportu w KC SED Rudolf Hellmann, którym udowodniono świadome wyrządzenie „trwałych szkód na zdrowiu i ciele” sportowców w 137 przypadkach. Świadkami były m.in. pływaczki, którym w młodym wieku wstrzykiwano anaboliki dla uzyskania lepszych wyników. Wiele z tych wyroków, jak np. skazanie 70 letniego Herberta Häbera, byłego członka politbiura SED, współodpowiedzialnego za wydanie rozkazu strzelania do uciekinierów z NRD, miało znaczenie wyłącznie moralne. Sprawcy zza biurek najczęściej nie trafiali za kraty, z uwagi na wiek i zły stan zdrowia. Tak było w przypadku głowy partii i państwa, chorującego na raka Ericha Honeckera, któremu pozwolono wyjechać do Chile, gdzie wkrótce dokonał żywota, (zmarł w 1994r. w Santiago), czy szefa MfS, Ericha Mielke„`go. Enerdowski odpowiednik Czesława Kiszczaka przyznał się do niektórych zbrodni w swym pamiętniku. 92 letni Mielke zmarł na wolności, korzystając z dobrodziejstw państwa prawa, które sam zwalczał.

Podczas gdy w wyniku lustracji jedni posadzeni zostali na ławach oskarżonych, inni tracili pracę. Nawiasem mówiąc, Mielke miał swoje „wtyczki” także w zachodnioniemieckich mediach. Wpływy w środowisku dziennikarskim były jednym z najważniejszych elementów gry politycznej enerdowskiej bezpieki. Zmarły przed zjednoczeniem Niemiec twórca wielkiej Grupy Wydawniczej Axel Springer nie przypuszczał jak głęboko były penetrowane jego redakcje; na rzecz STASI pracował m.in. Detlef Schröder, pseudonim Schrammel, były szef biura korespondentów „Bilda”, potem w tygodniku „Der Spiegel”, gdzie zajmował się problematyką wojskową. Do STASI trafiały meldunki przekazywane nawet przez osobistą sekretarkę Springera. Lustracja złamała wiele dziennikarskich karier. Rekordzista, były dziennikarz (nieistniejącego już) tygodnika „Rheinicher Merkur” skasował za swą agenturalną działalność co najmniej 850 tysięcy marek. Ocalała dokumentacja (służby usiłowały ją spalić, przed jedną z siedzib STASI popiół sięgał pierwszego piętra, jednak obywatele uniemożliwili całkowite zniszczenie akt), dotyczyła także postaci ze świecznika politycznego dawnej RFN. W Berlinie Wschodnim już przed zjednoczeniem wiedziano np. o machlojkach finansowych CDU. Joachim Gauck zamierzał udostępnić akta „obywatela Kohla”, które mogły rzucić więcej światła na zakulisową działalność ekskanclerza, lecz ten zdołał uzyskać sądowy zakaz wglądu do jego dossier. Kilka lat później w RFN i tak wybuchła wielka, głośna afera związana z korupcją, lewą kasą i innymi machinacjami jego partii, za jego wiedzą. Ale nie wszystkie sprawki zachodnioniemieckich polityków wyszły na jaw. Wśród partii dawnej RFN zapanowała rzadko spotykany konsensus w kwestii spuścizny po enerdowskim MfS, dotyczącej ich działalności. Dokumentację na ten temat przewieziono do Kolonii i komisyjnie zniszczono bez zapoznania się z jej treścią…

Tzw. urząd Gaucka, którym obecnie kieruje były dziennikarz Roland Jahn, istnieje nadal i, zgodnie z postanowieniem Bundestagu sprzed kilku lat, będzie pełnił funkcję „oczyszczania” co najmniej do 2019r. Notabene, Jahn trafil w czasach NRD do więzienia za to, że w 1982r. przyczepił do roweru polską flagę z napisem „Solidarność z polskim narodem“ („Solidarität mit dem polnischen Volk”). To, co po upadku komunizmu, niezależnie od pewnych odstępstw, udało się zrealizować w zjednoczonych Niemczech, w Polsce zostało uniemożliwione w wyniku dealu zawartego przy wódce w Magdalence i przy okrągłym stole. Sprawcom zza biurek zagwarantowano bezkarność, za co płacimy do dziś.

Sposób rozumowania, że poprzez milczenie przekreśli się dyskusję o problemach z przeszłości również w Polsce okazał się chybiony. To właśnie unikanie rozrachunku i wnikliwej analizy powoduje narastanie sprzeczności i mnóstwa spekulacji o dawnych powiązaniach, zależnościach i układach — przekonywał Joachim Gauck w jednej z naszych licznych rozmów.

Zebrane przeze mnie doświadczenia wykazały, że sprawy z przeszłości są możliwe do załatwienia tylko w jeden sposób. Dogłębna analiza tych akt jest z jednej strony obnażeniem systemowych wynaturzeń, a z drugiej procesem likwidacji szkodliwego społecznie przeświadczenia o bezkarności — argumentował.

Gauck nie popierał „grubej kreski”. Na zakończenie jeszcze jeden fragment naszej rozmowy, opublikowanej w „Wprost”:
Dzięki uchwaleniu ustawy o dokumentacji służb bezpieczeństwa jedni sami rezygnowali z kandydowania na eksponowane stanowiska publiczne, inni poprzez ujawnienie ich przeszłości nie zdołali przeniknąć do sfer rządzących, względnie zostali pozbawieni swych stanowisk. Otwarcie archiwów uniemożliwiło też szantaże przy użyciu dossier STASI. W moim przekonaniu przystąpienie do rozrachunku w Polsce trwało za długo. Najpierw próbowano w sposób pokojowy porozumienia przy okrągłym stole. W efekcie doszło do wynegocjowanej rewolucji. Powolni Niemcy byli na końcu bardziej zdeterminowani i przejęli urzędy STASI we własne ręce. Akta znalazły się pod naszą pieczą – opozycji, a potem posłów wolnego parlamentu byłej NRD. To istotna różnica w stosunku do Polski. Od Polski odróżniało nas też przekonanie, że gruba kreska nie załatwiała problemu. To samo zrobiły Niemcy po wojnie, gdy szybko stłumiono poczucie winy, znów zatrudniono starych nazistów itd., aż wyrosło nam w zachodnich Niemczech gniewne pokolenie „`68 – młodych ludzi, którzy wykazali, że tamta nasza gruba kreska była błędem.

Nie ma gładkiego przejścia z dyktatury do demokracji. Niemcy wyszli ze słusznego założenia, że mniejszym złem będzie ujawnienie archiwalnej spuścizny po tym nieludzkim systemie, niż przejście do porządku dziennego z pominięciem wiwisekcji zapaskudzonych życiorysów i rozrachunku z przeszłością.

U nas było „wybaczenie” winy bez jej wyznania lub choćby wyrażenia skruchy, że o karze nie wspomnę. Zdrada i łajdactwo nie zostały nazwane po imieniu. Było przyzwolenie, a nawet awanse. Ironią losu, lustratorem stał się teraz zmarły gen. Kiszczak, a ściślej przechowane przez niego dokumenty.

Wtedy, 25 lat temu, przegraliśmy. Czy przegramy i dziś…?

Piotr Cywiński • wpolityce.pl
fot. ipn.gov.pl

Comments Off on ■■ Niemiecka lustracja a sprawa polska