■■ KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 11 Marzec 2016

„Powinniśmy prowadzić walkę z komunizmem na śmierć i życie. To nie jest walka o piłkę w tenisie, ani o bilę w bilardzie lub wieżę w szachach. To jest walka o najszczytniejsze ideały ludzkości. A w walce na śmierć i życie nie udziela się ‘forów’.

josef mackiewiczA takim właśnie udzielaniem „forów” byłaby z naszej strony wojna z komunizmem, bez stosowania równie groźnej broni, jaką jest metoda wojującego „internacjonału” – bezwzględność i bezkompromisowość. Jeden z publicystów kowieńskich, pisząc ostatnio o retorsjach i wzajemnie odwetowej polityce Polski i Litwy , rzucił myśl, czyby nie lepiej było postąpić inaczej i powiada, że słyszał, jak kiedyś Bułgarzy zbezcześcili cmentarz turecki, a nazajutrz Turcy ruszyli wielkim tłumem na cmentarz bułgarski i złożyli na grobach kwiaty. Czy podobny gest w stosunkach polityczno-narodowościowych może być skuteczny i celowy, można się o to spierać, dopóki w grę wchodzi Polska i Litwa, Bułgaria czy Turcja, Włochy czy Abisynia, narody sobie bliskie lub dalekie, chrześcijańskie czy mahometańskie. Ale nie ulega żadnej dyskusji fakt, że tego rodzaju metoda w stosunku do komunizmu byłaby szczytem śmiesznej naiwności, czy raczej, jak powiedziałem, nieporozumienia. A śmieliby się z nas przede wszystkim sami komuniści” – pisał Józef Mackiewicz w roku 1936.

Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, niełatwo powoływać się na słowa wielkiego pisarza. I niebezpiecznie, bo można zasłużyć na krytykę światłych żurnalistów i zostać posądzonym o „intelektualne manowce”.

Za patrona intelektualnego swojego obozu Ścios (i wielu innych przedstawicieli obozu smoleńskiego) uznaje Józefa Mackiewicza. To logiczne – dla tych, którzy uważają, że żyją nie w roku 2011, tylko w 1981, autor Kontry musi być patronem pociągającym. Pozwala bowiem uznać, że w Polsce tak naprawdę nic się nie zmieniło, komunistyczna okupacja zmieniła tylko kształt, a ci, którzy to dostrzegają, nie są bynajmniej ofiarami dziwacznych aberracji, tylko ostatnimi wiernymi prawdzie partyzantami. Niezłomnymi – wbrew całemu światu, który zdradził. Tak jak niezłomny wbrew całemu światu, który zdradził, był Józef Mackiewicz. Gdybym jednak był reprezentantem obozu smoleńskiego, zawahałbym się przed tak jednoznaczną afirmacją Mackiewicza. Bo z punktu widzenia polskiego patriotyzmu jego droga ideowa jest ryzykowna i dwuznaczna. Józefa Mackiewicza antykomunizm doprowadził bowiem na (a może wręcz: poza?) granice narodowej indyferencji. „Niech Polacy wyginą w kolejnym powstaniu, to nieważne, ważne, że do komunistów trzeba strzelać” – tak można zrekonstruować jego podstawowy pogląd, w imię którego zwalczał właściwie wszystkich w kraju i na emigracji, którzy nie uważali, że kto nie chce natychmiast do lasu czy na barykady, ten zdrajca. Antykomunizm zawiódł Mackiewicza również na manowce intelektualne”– wywodził przed pięcioma laty czołowy intelektualista dzisiejszego obozu „postępu i dobrych zmian”, Piotr Skwieciński.

To znamienna opinia i przypominam o niej nie bez przyczyny. Taką wizję rzeczywistości III RP – jakże innej i lepszej od realiów państwa komunistycznego, wydają się podzielać politycy „obozu patriotycznego”, większość intelektualistów i publicystów „wolnych mediów”. Tam dawno dokonano gradacji, do której nie dorośli jeszcze niepoprawni radykałowie i zwolennicy mackiewiczowskiej logiki. Gradacji tak prostej, jak proste okazało się revisio ludzi „demokratycznej opozycji”, gdy zasiadali do stołu z Kiszczakiem i Jaruzelskim. Czy zdefiniujemy ich postawę w kategoriach obłudy i wyrachowania, czy zechcemy w niej widzieć szlachetną acz infantylną wiarę – w niczym nie zmienia to faktu, że wówczas i dziś mamy do czynienia z praktyką opozycji wewnątrzsystemowej, nigdy zaś – skierowaną przeciwko systemowi.

Nasz problem polega zaś na tym, że nie tylko nie mamy odwagi tego dostrzec, ale od ludzi składających kwiaty  przed czerwoną hołotą, zdajemy się oczekiwać najszczytniejszych ideałów i walki na śmierć i życie.

Bo skoro komunizm umarł i wyparował z alkoholem opróżnianym w Magdalence – czy potrzebna nam „bezwzględność i bezkompromisowość” w zderzeniu z patologiami III RP? Co wspólnego mają one z komunizmem, pogrzebanym wszak na początku „okrągłostołowej” państwowości? I czym usprawiedliwić dziś archaiczną postawę antykomunistyczną, jeśli ulubieńcy „środowisk patriotycznych” i luminarze „wolnych mediów” zaświadczają nam o epokowych zmianach i kreślą mackiewiczowskie rojenia jako „drogę ryzykowną i dwuznaczną”?

Wprawdzie wielu arbitrów tego środowiska dostrzegało prymitywizm „elit” III RP i patologiczne uproszczenie, jakim podawane są wszelkie obszary życia publicznego, wprawdzie przez lata rządów PO-PSL wspominano o „praktykach rodem z  PRL-u” i dywagowano nad „pensum postkomunizmu”, to nigdy nie odważono się na konkluzję, że III RP jest zaledwie hybrydą komunistycznej państwowości.

Wprawdzie państwo to zbudowano na fundamencie PRL-u, wespół z tysiącami donosicieli, zdrajców i bandytów, wprawdzie zachowano ciągłość personalną i nie rozliczono tysięcy zbrodni, wprawdzie w życiu publicznym brylowali esbecy, kapusie i ludzie kompartii, wprawdzie mediami rządziły esbeckie klany, a gospodarką agenturalne układy, wprawdzie niszczono pamięć o ofiarach komunizmu, walczono z polską kulturą i patriotyzmem – to w powszechnym przekonaniu III RP jest państwem polskim, w pełni suwerennym i niepodległym, a rządzące nią mechanizmy definiuje się  pojęciami prawa i demokracji.

Ten poznawczy dysonans rozwiązano w prosty acz niewybredny sposób, wymyślając termin „postkomunizm” – jako definicję okresu przejściowego, który nastąpił po upadku komunizmu i określa rzeczywistość dalece różną od realiów PRL. Dość powszechne jest przekonanie, wyrażone ongiś przez Jarosława Kaczyńskiego, że „w Polsce mamy do czynienia ze skrajną formą systemu postkomunistycznego, który broni się metodami wychodzącymi poza demokrację”. Ta semantyczna falsyfikacja przyjmowała za pewnik, że komunizm w istocie umarł, a my doświadczamy jego niektórych, zmodyfikowanych symptomów. Wywodzą się one z komunizmu, mogą mieć związek z „błędami minionego okresu”, są jednak rodzajem aberracji, ledwie rysy na zdrowym fundamencie państwowości.

Jest coś głęboko tragicznego w dzisiejszych oczekiwaniach elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. W tym, co chcielibyśmy zobaczyć po publikacji „teczek Kiszczaka” i odczytać w intencjach ludzi, którym okazaliśmy zaufanie.

Jest też zagadka zabobonnej wiary, jakoby partia pana Kaczyńskiego miała wolę rozliczenia zbrodni komunizmu i postępków jego sukcesorów, w tym usilnym przeświadczeniu, że okaże się zdolna obalić porządek „okrągłego stołu” i zbudować nam państwo wolnych Polaków. Ten tragizm okazuje się tym bardziej widoczny, im pogłębia się kontrast między oczekiwaniami milionów wyborców, a praktyką partyjnych macherów.

Wiem, skąd bierze się ta wiara, lecz nie potrafię jej usprawiedliwić. Nie pytam też – dlaczego jest umacniana, bo spodziewam się najgorszej odpowiedzi.

Trzeba mocno zaciskać oczy, by nie dostrzec logiki „dobrych zmian” – partyjnych pochwał dla „demokracji” i „ducha dialogu”, gloryfikowania „roli opozycji” i zapewnień o „poszanowaniu” jej praw. Trzeba zapomnieć o bojaźni wobec dyktatu brukselskich terrorystów, o poparciu dla szkodników i kapusiów bezpieki, o szemranych nominacjach i geszeftach z ośrodkami propagandy, o słowach, które uwłaczały Polakom i niosły zapowiedź prawdziwych intencji – „nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”. Trzeba udawać, jak nieistotna jest  prawda o śmierci księdza Jerzego i wiedza zawarta w aneksie. Trzeba zapomnieć o setkach przestępstw i niegodziwościach poprzedniego reżimu, o krzyku z Krakowskiego Przedmieścia, o zdradzie hierarchów „pojednanych” z wysłannikiem Putina i zaprzaństwie politycznych „elit”. O tym, kto i co mówił po Smoleńsku i jak dalece cuchnął agenturą lub pospolitym tchórzostwem. Trzeba nie widzieć głupoty i słabości ministrów tego rządu i rozgrzeszać ich błędy dialektyką „ataków ze strony opozycji”. Trzeba powtarzać sobie – jak wspaniałego mamy prezydenta, byle nie dostrzec pustki półrocznego bilansu, pijarowskiej fasady i deficytu realnych działań.

Zaiste – trzeba też pogardy dla prawdy, rozumu i własnych aspiracji, by nadal powtarzać mantrę o „wybitnych strategach”, „potrzebie cierpliwości” i „mobilizacji”.

Ze smutkiem czytam teksty, w których przewija się teza o „zamachu” na prezydenta Dudę. Teza prosta i politycznie pożądana, bo nikt bardziej nie docenia kreacji „ofiary”, jak ci, którzy budują na niej własną mitologię. Dlatego łatwiej jest przyjmować optykę „oblężonej twierdzy” niż udźwignąć ciężar konsekwentnej walki z komunistyczną hybrydą. Łatwiej grać na wyobrażeniach elektoratu niż zmierzyć się z prawdą o III RP.

To teksty emocjonalne i „zaangażowane”, pełne autentycznej troski o dobro polskiego prezydenta. Piszą je ludzie mający w pamięci Smoleńsk i poprzedzającą go kampanię nienawiści. Piszą też tacy, którym do głowy nie przyjdzie, by zapytać pana prezydenta – co zrobił dla bezpieczeństwa Polski i Polaków, jak ocenił prezydenturę swojego poprzednika i co sądzi o własnym bezpieczeństwie i zagrożeniach ze strony układu III RP? Nie padną dziś pytania o obsadę stanowisk w Kancelarii i w BBN ani o podstawy zaufania pana prezydenta do ludzi pracujących dla Komorowskiego. Nie będzie dociekań o „opcję zerową” ani kłopotliwych rozważań nad wiarygodnością służb i prokuratury. Nie padnie również pytanie – jakież to bezpieczeństwo gwarantuje nam rząd PiS-u, jeśli wciąż doświadczamy obcych kombinacji, a ochrona prezydenta ponownie poddawana jest testom?

To zadziwiające, że czytając dziś o reakcjach zwolenników poprzedniego reżimu, o wzbierającej fali nienawiści, zuchwalstwa i pogardy, nikt nie odważy się dopytywać – jak zareaguje rząd Prawa i Sprawiedliwości, jakie kroki podejmie przeciwko ofensywie zamordystów, jak zamierza obronić Polaków przed butą łajdaków i komunistycznej agentury?

Tragiczna to postawa, w której wyborcy partii pana Kaczyńskiego zdają się wierzyć, że ich wybrańcy nadal klęczą w pozycji „ofiary” i pozbawieni wpływu na bieg wydarzeń zostali zmuszeni do okazywania „forów”, znoszenia agresji i upokorzeń.

Skąd bierze się tak niewolnicza mentalność, że w miejsce sprzeciwu i męskiej determinacji, karmi się bezmyślnym biadoleniem i mitologią demokracji? Kto wmówił tym ludziom, że zdrajcy paktujący z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – mają dziś prawo do miana naszych rodaków i przywileje „demokratycznej opozycji”?

I jak długo wyborcy będą wierzyli, że tak załgana nomenklatura jest tylko wyrazem „strategii politycznej” PiS-u, a nie oznaką trwałości komunistycznej hybrydy?

Obco dziś brzmią słowa Mackiewicza –  My musimy komunizm wyniszczyć, wyplenić, wystrzelać! Żadnych względów, żadnego kompromisu! I nadal przerażają – zastępy Skwiecińskich i Warzechów, rzesze partyjnych hochsztaplerów i środowiska małych demiurgów.

Żyjąc w społeczeństwie, które uwierzyło w śmierć komunizmu, wśród ludzi zaciskających mocno oczy, zwolennicy logiki mackiewiczowskiej mają dwa wyjścia – pójść na szczyt śmiesznej naiwności, z tymi, którzy „w odwecie” za zbezczeszczenie mojej Ojczyzny kładą dziś kwiaty przed sukcesorami komunizmu lub odbudować społeczność ludzi wolnych i ich polityczną reprezentację.

Aleksander Ścios • bezdekretu.blogspot.de

Advertisements

Comments Off on ■■ KWIATY DLA SUKCESORÓW I LOGIKA MACKIEWICZOWSKA