■■ HISTORIA JANA KARANDZIEJA – BOHATERA, KTÓREGO WYCIĘTO Z HISTORII ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, Karandziej Jan by Maciejewski Kazimierz on 4 kwietnia 2016

Jan Karandziej, działacz okresu I Solidarności, Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża w Gdańsku, obecnie mieszkaniec Kudowy Zdroju, powiat kłodzki.

Jan Karandziej Platforma Oburzonych

Oto człowiek skromny, którego Wiara, Nadzieja i Miłość do walki z komunizmem są najwyższej próby. Człowiek Wielkiego Ducha Niezłomności, który miał odwagę rzucić na stos, swój i swojej rodziny los.

Tak czynią najwięksi, prawdziwi rycerze wierni Bogu, Honorowi i Ojczyźnie. Czy ta Ojczyzna, jak do tej pory wyrodna matka, odpłaci wreszcie swojemu synowi tak jak na to zasługuje? To zależy także od nas, byśmy o tym mówili i dawali świadectwo prawdzie!

Z Janem Karandziejem członkiem Komitetu Założycielskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża i NSZZ „Solidarność”, rozmawia Małgorzata Rutkowska

Gdańsk 1979 roku. Jako młody chłopak, pracownik Stoczni Północnej, wstępuje Pan do Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Przed Sierpniem ’80 brał Pan udział w wielu protestach, akcjach opozycji wymierzonych w komunistyczne władze. Ile trzeba było mieć odwagi, by zaangażować się w działania, które groziły nawet utratą życia?

– Pan Bóg postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi, miałem szczęście współpracować z małżeństwem Gwiazdów, Andrzejem i Joanną. Blisko poznałem panią Annę Walentynowicz, później Krzysztofa Wyszkowskiego. W grupie ze mną byli odważni, wspaniali przyjaciele: Marek i Leszek Zborowscy, Andrzej Runowski, Mirosław Walukiewicz, gotowi stawiać na szali własne życie za Polskę i za siebie nawzajem. Będąc wśród nich, nie miałem prawa się bać, chociaż prawdę mówiąc, bałem się niejednokrotnie. Udawało mi się jednak ten strach przezwyciężyć, obowiązek i radość służenia Polsce były silniejsze.

Doświadczył Pan bezpośrednich represji, nagabywano Pana, by coś podpisać?

– Myślę, że gdy służby natrafiły na mocniejszy opór, zdawały sobie sprawę, że nic nie będzie z werbunku. Pamiętam jedno z pierwszych przesłuchań na milicji, gdy odmówiłem zeznań. Byłem też zabierany z ulicy. Przed wyborami w 1980 roku, gdy szedłem do kościoła, esbecy wciągnęli mnie do samochodu i zawieźli na komisariat milicji na ulicy Piwnej. Na szczęście po 48 godzinach zazwyczaj zwalniali, ale zawsze było przesłuchanie, próby rozmowy. Chodziło o typową represję. Ale jak człowiek od początku się stawiał i odmawiał zeznań, to nawet czasem nie stosowali przesłuchań. W WZZ mieliśmy taką metodę, że wszystkich nowych, którzy do nas przychodzili, informowaliśmy, jak postępować w razie zatrzymania czy aresztowania.

Była świadomość, że agenci bezpieki mogą przenikać do WZZ?

– Była, ale nie mieliśmy możliwości sprawdzania. Wyjątkowy przypadek to sprawa Edwina Myszka, członka Komitetu Założycielskiego WZZ, który w miarę szybko został zdemaskowany jako tajny współpracownik SB. Do WZZ przychodzili ludzie z różnych środowisk, musieliśmy polegać na uczciwości ludzkiej. Dlatego Wolne Związki prowadziły częściowo jawną działalność, bo trzeba było dotrzeć do innych ludzi – podpisywaliśmy dokumenty swoim nazwiskiem i adresem, żeby każdy, kto chciał, mógł do nas trafić. Równocześnie nie mogliśmy uniknąć narażania się na areszt i inne tego typu represje. Część ludzi pracowała w konspiracji.

Oprócz tych najbardziej drastycznych, czyli zatrzymań, porwań, jakich jeszcze metod używała SB, by Pana złamać?

– Gdy służby dowiedziały się, że jestem działaczem Wolnych Związków Zawodowych, w styczniu 1980 roku wyrzucono mnie z pracy ze Stoczni Północnej. Był to czas wzmożonych represji wobec WZZ, największej organizacji, poza Ruchem Młodej Polski, na Wybrzeżu. Większość działaczy WZZ wyrzucano z pracy: Andrzeja Kołodzieja, Andrzeja Butkiewicza, Mieczysława Klamrowskiego i innych. Andrzeja Runowskiego wcielono karnie do wojska. Gdy odmówił przysięgi na wierność Związkowi Sowieckiemu, był szczególnie represjonowany, w proteście rozpoczął głodówkę.
Cały czas była stosowana inwigilacja, ciągle ktoś za mną chodził, czasami też, żeby zastraszyć. Zdarzało się na przykład, że w tramwaju esbek stawał specjalnie blisko, tuż za plecami, dmuchał mi w kark. Takie zaczepianie, żebym wiedział, że ktoś mnie obserwuje, idzie krok w krok. Wywierali nacisk psychiczny: zobacz, możemy z tobą zrobić wszystko. Czułem ich oddech, ale wiedziałem, że chwilowo nie mogę im nic zrobić. Wiedziałem, że pomimo wszystko muszę prowadzić walkę, bo Polska jest zniewolona, nadal jest okupant. Trzeba było o Ojczyznę walczyć. Problem jest w tym, że zaraz po Sierpniu nas zaczęto skreślać, eliminować z przestrzeni publicznej.

Nas, czyli działaczy WZZ?

– Chodziło o to, żebyśmy nie zaistnieli w żadnych mediach. I te metody stosuje się do dziś. Poprzez blogi możemy dotrzeć do paru ludzi, chociaż muszę stwierdzić, że to, co robi Kazimierz Maciejewski, to wspaniała robota, ale jednak to za mało. Wycięto nas z historii. Jeżeli chcemy pokazać, jaki był Wałęsa, należałoby przywrócić pamięć o ludziach WZZ, żeby mogli świadczyć, jak faktycznie było. Bo mówi się, że Wałęsa był bohaterem. Ja nie uważam, że zrobił coś wielkiego, po trzech dniach położył strajk. A przecież głównym bohaterem Sierpnia byli robotnicy. Do strajku doprowadziły WZZ, to one nim kierowały: Andrzej i Joanna Gwiazdowie, Anna Walentynowicz, Maryla Płońska, Alina Pienkowska. To są bohaterowie. A Wałęsa był tylko twarzą, bohatera z niego zrobiły media razem ze służbami. Wiele jest w tym wszystkim kłamstwa.

Czy po ujawnieniu teczek TW „Bolka” jest szansa na to, że prawdziwa historia Sierpnia i „Solidarności” przebije się szerzej do opinii publicznej?

– Wszystko zależy od mediów, czy będą chciały dociekać prawdy. Widać, że są zaczarowane powabem czy tańcem Wałęsy. Jeżeli będą dążyły, by prawda zaistniała, myślę, że nie będzie problemu, wszystko wyjdzie na jaw. Jednym z najlepszych dowodów jest to, że prawnicy Wałęsy nie podali Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka do sądu za książkę „SB a Lech Wałęsa”, bo stwierdzili, że nic się nie da z tym zrobić. To dobitnie pokazuje, że Wałęsa współpracował. Prawdę kradnie się pomału.

Dlaczego tak ważne jest ujawnienie przeszłości Wałęsy?

– Bo cały ten system opiera się na kłamstwie. Jak powiedział Lech Kaczyński, PRL została zbudowana na kłamstwie katyńskim, a III RP na kłamstwie o Wałęsie i Okrągłym Stole. Początkowo była lansowana wersja, że Wałęsa sam obalił komunizm. Później okazało się, że to Bogdan Borusewicz miał największe zasługi, niby trochę to ewoluowało, ale wszystko było dalekie od prawdy. Jednemu i drugiemu można wiele zarzucić odnośnie do mówienia prawdy.

Teraz ma Pan nadzieję, że margines prawdy się poszerzy?

– Jestem człowiekiem wierzącym i uważam, że czas, w którym ukazały się te dokumenty, Pan Bóg odpowiednio przygotował. Bo kto wie, jeżeli Kiszczakowa poszłaby z nimi do IPN za rządów Platformy, to te materiały nie ujrzałyby światła dziennego. Nie wiadomo, jak sytuacja się potoczy, może niedługo to też byłoby niemożliwe. Więc ten czas był naprawdę najlepszy. Jeżeli chodzi o ten margines dla prawdy, to jeżeli się nie poszerzy, to go tak rozepchamy, że nie będzie przestrzeni dla kłamstwa.

Przede wszystkim musieli odejść główni autorzy stanu wojennego.

– Oni rządzili tym państwem właśnie poprzez papiery, swoich agentów czy przez służby. To wyraźnie widać. Przecież te wszystkie układy, jak Magdalenka i Okrągły Stół – dogadali się ze swoimi. Czasami mówi się, że nie istnieje cenzura. To dlaczego pewnych ludzi nie dopuszcza się do mediów? Cenzura istnieje tak, jak istniała. Jak było z multipleksem dla Telewizji Trwam? Cały czas płacimy cenę kompromisu przy Okrągłym Stole. A to jest bardzo demoralizujące.

Dla Pana III RP też nie była łaskawa. Doświadczył Pan biedy, bezrobocia, wykluczenia.

– Po wyjściu z internowania w stanie wojennym wyjechaliśmy na Zachód, najpierw do Berlina, potem do USA. Pięć lat byliśmy w Kalifornii. Żona wróciła pierwsza, ja zostałem jeszcze rok, by choć trochę odłożyć. Po powrocie podejmowałem każdą możliwą pracę – mieliśmy siedmioro dzieci na utrzymaniu – pracowałem jako drwal i jako sprzątacz ulic. Był taki czas, że nie miałem dłużej żadnej pracy, a z opieki społecznej otrzymywałem 30 złotych na 9 osób na miesiąc. Znamy, jak smakuje bieda.

Nikt Panu nie pomógł?

– Wtedy rządziła AWS. Przyjechałem do ministra Longina Komołowskiego, powiedziałem, że podejmuję głodówkę, i to bez przyjmowania napojów. Potem dostałem pracę, ale na dwa-trzy miesiące, i znowu byłem bezrobotny, i tak prawie cały czas. Trochę nam pomagała siostra, księża i paru znajomych. Żona też nie pracowała, była z dziećmi.

Nie chciał Pan zostać na stałe w Stanach?

– Nie, wyjeżdżaliśmy z myślą, że wrócimy. Chcieliśmy zobaczyć, jak inaczej ludzie mogą żyć. To była dla mnie bardzo dobra lekcja, nie wszystkim się zachwycałem. Wyjechaliśmy ze Stanów, bo wiedzieliśmy, że w Polsce mimo wszystko lżej jest wychowywać dzieci, można wpływać na kształtowanie ich charakteru. Uciekaliśmy przed tym, co teraz przyszło do nas, np. obyczajowy liberalizm.
Niewiele w Polsce się zmienia. Bohaterami są ci, którzy zazwyczaj już nie żyją. My wypełnialiśmy swój obowiązek wobec Ojczyzny, tym się kierowaliśmy i nadal kierujemy.
Dziś zarabiam 1300 zł. Co prawda dzieci już prawie z domu powychodziły, z nami został tylko najmłodszy syn, chodzi do ostatniej klasy liceum, więc jakoś sobie człowiek daje radę za te pieniądze.

Co Pana kształtowało w młodości?

– Rodzina. Rodzice byli bardzo patriotyczni. Urodziłem się w Karelii, na północy Związku Sowieckiego. Ojciec i mama mieszkali na Wileńszczyźnie, po wojnie zostali wywiezieni do pracy przy wyrębie lasu w Karelii. Wróciliśmy do Polski w 1956 roku.

Uczestniczył Pan w uroczystej premierze filmu „Historia ’Roja’, czyli w ziemi lepiej słychać”. Przed powstaniem „Solidarności” podziemie niepodległościowe było największym ruchem oporu. Wielu Żołnierzy Wyklętych przeniosło ideę niepodległości do Wolnych Związków.

– Żołnierze Wyklęci, jak „Rój”, mieli możliwość walczyć z bronią w ręku, my podjęliśmy taką walkę, jaką żeśmy mogli. Niesamowite są ich biografie, to było ostatnie pokolenie wielkich Polaków. Bardzo dobrze, że Jerzy Zalewski zrobił film o „Roju”, to jest konieczne, bo wielu ludzi do dziś nie zna historii Żołnierzy Wyklętych. To pociąga młodzież, bo to jest narodowe, patriotyczne, a młodzi szukają ideałów, fascynują się tymi postaciami. W szkole się o tym nie dowiedzą. Kilka lat temu uczestniczyłem w głodówce w walce o przywrócenie lekcji historii. Nauczyciele nie byli zachwyceni, w Częstochowie wsparła nas tylko jedna nauczycielka. Z tym powołaniem nauczycielskim nie jest najlepiej, komunizm wszystko zdegradował.

Wiele trzeba odbudować, zwłaszcza w sferze ducha.

– Przede wszystkim moralność, bo bez tego nie ma wartości, nie ma na czym budować. Mamy nauki św. Jana Pawła II, powinniśmy do nich często zaglądać. Mamy wspaniałą historię, poznając ją, stajemy się dumni z naszych przodków, umacniamy swoją miłość do Ojczyzny. Kochając Polskę, zrobimy wszystko, by była jak najpiękniejsza.
Niestety, u nas nadal funkcjonuje system kłamstwa, a to, co robi teraz KOD, to kontynuacja demoralizacji. I dlatego wybrali sobie takiego patrona.

Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Rutkowska • NASZ DZIENNIK

Artykuł ukazał się w Naszym Dzienniku (wydanie sobotnio-niedzielne z 2 kwietnia 2016 r. nr 77/5525)

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ HISTORIA JANA KARANDZIEJA – BOHATERA, KTÓREGO WYCIĘTO Z HISTORII ■■ została wyłączona