★☭ Czerwonej mitologii żywot po śmierci ustroju ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 3 Maj 2016

Koncepcja powstania „Polski Ludowej” jako sowieckiej marionetki wymagała tworzenia wszystkiego od nowa.

Nowa zatem miała być polityka, kultura i nauka. „Nowa” też – na co stanowczo zbyt mało zwracamy uwagi – miała być historia. Tworzono ją równolegle z budową komunistycznej konspiracji, licząc, że w niedalekiej przyszłości czerwona mitologia stanie się ideowym fundamentem sowieckiej Polski. Na czymś przecież musiał się ów twór opierać. Główny zaś budulec stanowiło pospolite kłamstwo.

We wrześniu 1939 roku Rzeczpospolita znalazła się nie pod jedną, lecz pod dwiema okupacjami – Związek Sowiecki zagarnął wszak ponad połowę jej terytorium. Komuniści i naziści byli sobie bliscy ideologicznie (walka klas i walka ras), wspólnie zatem zwalczali polską konspirację, wymieniając się wiedzą i doświadczeniem. Komuniści nie cieszyli się w Polsce żadnym poparciem społecznym, a do tego Stalin, jeszcze w roku 1938, nakazał rozwiązać i rozpędzić Komunistyczną Partię Polski (KPP), likwidując znaczną część jej kadry za rozmaite „odchylenia”. Odtworzenie struktur organizacji komunistycznej po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej wymagało zatem czasu. Ponadto, nie bardzo było z czego cokolwiek w tej materii odtwarzać. Ideologia komunistyczna nie mogła wszak być atrakcyjna w kraju, który padł ofiarą sowieckiej agresji. Co więcej, w okupowanej Polsce istniało silne i szeroko rozbudowane Państwo Podziemne, które komuniści mieli wszelkimi metodami zwalczać.

Sami kryminaliści

Wedle komunistycznej propagandy Polska Podziemna stała z bronią u nogi. Walczyć zatem musieli GL-owcy. Głoszono więc, że to oni pierwsi wyruszyli do lasów bronić ludności cywilnej przed represjami, rozbijać więzienia, wysadzać mosty i pociągi. Jako że żołnierze AK i innych formacji niepodległościowych to – wedle tych samych źródeł – reakcyjne bandy, etos przypisano czerwonym gwardzistom. Choć formacje niepodległościowe liczyły łącznie setki tysięcy ludzi, czerwona propaganda stale zaniżała ich stany, własne szeregi – liczące latem 1944 roku (czyli w okresie szczytowego rozwoju) zaledwie kilka tysięcy ludzi – oceniając na kilkadziesiąt, a nawet sto tysięcy. W dodatku mieli to być towarzysze najszlachetniejsi ze szlachetnych, ludzie wyjątkowo dzielni i skłonni do wszelkich poświęceń.

Przez prawie pięć dziesięcioleci taka wersja obowiązywała w szkołach, w podręcznikach i encyklopediach, mediach i w sztuce. Spowodowało to ogromne szkody mentalne. Wielokrotnie stykałem się z opinią, że przecież komuniści nie mogli aż tak sfałszować historii. A jednak mogli i naprawdę tego dokonali. Co więcej, do tej pory w bardzo wielu polskich domach stoją na półkach książki z tamtego okresu, stanowiąc w tych rodzinach główne (jeśli nie jedyne) źródło wiedzy. Starożytna maksyma Mediusa sprzed dwudziestu pięciu wieków – audacter calumniare, semper aliquid haeret („śmiało szkaluj, zawsze coś przylgnie”) – nie traci swej siły.

Komuniści w okupowanej Polsce od początku starannie ukrywali swe prawdziwe cele. Pisał o tym we wspomnieniach Władysław Gomułka, określając jawne i tajne cele PPR. Tajna miała pozostać służba na rzecz sowieckich służb specjalnych i całkowite uzależnienie od Moskwy. Z sowieckiej centrali szły ostrzeżenia, aby w oficjalnych deklaracjach nie straszyć (na razie) opinii publicznej wzmiankami o przyszłej władzy „robotniczo-chłopskiej”, bo to jest… niepoprawne politycznie.

Na szczęście dziś już mamy pełen dostęp do dokumentów wytwarzanych wówczas przez komunistyczną konspirację. Nie były one przeznaczone do powszechnego użytku. Na ich podstawie można wyrobić sobie prawdziwy obraz tej formacji i jest on przerażający. W raportach dotyczących jakości kadr pełno bowiem jednoznacznych określeń: bandyci, element bandziorski, robota bandycka, złodzieje, lumpy, bagienko, sami kryminaliści, sztab dopuszczał się rabunków i grabieży. To charakterystyki własne komunistów, a nie ocena zewnętrzna mogąca zawierać elementy fałszywej propagandy. Brały się one stąd, że Gwardia Ludowa (od stycznia 1944 roku Armia Ludowa), werbowała w swe szeregi ludzi o najniższych instynktach, zdemoralizowanych i zdegenerowanych, szukających łatwego życia. Był to – według leninowskiej koncepcji – element socjalnie bliski, na którym można było oprzeć walkę o zaprowadzenie komunistycznego reżimu. Z pospolitego bandytyzmu finansowano przecież centralę PPR i GL-AL, trudno było zatem od niższych ogniw wymagać wyższego poziomu moralności. Nic więc dziwnego, że ponurą kartą tej konspiracji były też odrażające gwałty na kobietach, które wychodziły na jaw w trakcie powojennych porachunków między towarzyszami:

Na terenie Wyszkowa był komendantem Laskowski Stanisław, pseud. „Leśny” oddziałów partyzanckich. Uprawiał bandyckie roboty, a nie polityczne. Dobrał do siebie ludzi, którzy w tym fachu byli wykwalifikowani i otoczył się całą kliką bandycką, np. zabierali konie i sprzedawali, a pieniądze szły na wypicie i pohulanki. Gwałcili kobiety, nawet matki i córki razem. Kładli im granaty na piersi i gwałcili, rabowali ubrania, futra, pieniądze, biżuterię i różne przedmioty wartościowe. W pewnym zakładzie w zakonie zabrali dwa konie z wozem. Gdy zakonnice wyśledziły ich i przyszły do lasu po konie, to komendanci grup nastraszyli je, a gdy to nie wystarczyło, to się rozebrali do naga i rozmaite szopki przedstawiali.

W trosce o poszerzanie swej bazy społecznej komuniści nie cofali się nawet przed tak porażającymi posunięciami, jak przyjmowanie w swe szeregi wachmanów z obozów koncentracyjnych (głównie Ukraińców), którzy, sami będąc zagrożeni eksterminacją (m.in. na skutek potwornej demoralizacji oraz tego, że byli uczestnikami i świadkami zagłady Żydów), uciekali do lasów. Jedna z takich grup nie otrzymała szlachetnego miana (a to było regułą, stąd tyle „oddziałów” im. Mickiewicza, Słowackiego, Kościuszki, Pułaskiego, Kilińskiego, Żółkiewskiego…), pozostając pod nazwą „Byli Strażnicy Treblinki”! Weszła ona – co było świadectwem bezprzykładnego cynizmu – w skład działającego w lasach wyszkowskich pod Warszawą żydowskiego zgrupowania „im. Obrońców Getta”.

Żydówka z getta, przydzielona do nich jako „oficer oświatowy” AL, wspominała po wojnie: Wszyscy, może z wyjątkiem dowódcy, byli po prostu zwykłymi bandziorami. Zbiegli z obozu, utworzyli oddział i zajmowali się rozbojem. […] A przy okazji dowiedziałam się strasznych rzeczy, bo oni mieli na sumieniu zabicie kilku zamożnych Żydów.

Jakie kadry, taka działalność

Z takiego elementu nigdy nie udało się stworzyć profesjonalnych oddziałów partyzanckich GL-AL. Świadczą o tym ich własne meldunki i wspomnienia, porażające szczerością i ignorancją w kwestii działalności, jaką mieli na wielką skalę prowadzić komunistyczni „partyzanci”. Pierwszym oddziałem GL, który już w maju 1942 roku wyruszył do „bohaterskiej” walki z Niemcami, była grupa „Małego Franka” (Franciszka Zubrzyckiego). Jej wielkim dokonaniem okazał się bandycki napad na polskiego leśnika (zresztą oficera AK), któremu zrabowano dubeltówkę i trochę pieniędzy. Oddziału nie udało się z tego materiału ludzkiego stworzyć, albowiem – jak wspominał jeden z uczestników wyprawy – na odgłos furmanki jadącej po leśnym dukcie: Zerwało się to bractwo spod krzaków i w nogi.

Co można było zdziałać w grupach, których zamiarem nie była walka z okupantem? Co więcej, czasem nawet ci „partyzanci” nie chcieli brać broni, bo ta stanowiła dla nich… przeszkodę: Do jakiejś konkretnej roboty trudno nam się było zabrać. Przerzucaliśmy się z miejsca na miejsce bez żadnej akcji. W jednej wsi towarzysze dawali nam karabiny, ale myśmy ich nie wzięli, bo były niewygodne do ukrycia.

W komunistycznej historiografii nic się jednak nie marnowało. Skoro nie było osiągnięć prawdziwych, po prostu je wymyślano. Rabunkowy napad na mieszkanie prywatne kierowniczki poczty w Janowcu, podczas którego zabito brata właścicielki, przerodził się w „akcję na urząd pocztowy”. Ofiarę „awansowano” zaś do godności… pułkownika SA!

Jerzy Duracz, uczestnik tej akcji, przejmująco opisał ucieczkę gwardzistów z miejsca zdarzenia: Gustaw [Edwin Rozłubirski – przyp. LŻ] pokazał nam jakieś zielonawo-żółte smugi. Byliśmy wtedy pewni, że to rakiety, jakie puszcza za nami pogoń […]. Odkrycie Gustawa bardzo nas zaniepokoiło. […] wyjaśniło się, że nie było żadnej pogoni za nami. A owe, jak myśmy sądzili, „rakiety”, musiały być po prostu ognikami powstającymi na tamtych moczarach […].

W taki sposób z pospolitych zbrodni i groteskowych wypadków tworzono z czasem czerwony mit, który stał się fundamentem nowego ustroju. Ogromna liczba rzekomych akcji przeciwko niemieckim dywizjom (sic!) i garnizonom wskazywałaby wręcz na niemożliwość istnienia okupacji, gdyż okupantów po prostu powinno zabraknąć. Powinno też zabraknąć mostów, linii kolejowych i więzień, bo wszystko zostało kilkakrotnie wysadzone w powietrze i rozbite w pył. Komuniści nie cofali się też przed bezczelnym zapisywaniem na swoim koncie akcji prawdziwych, przeprowadzonych przez Armię Krajową (jak choćby akcja „Wieniec” – wysadzenie połączeń kolejowych wokół Warszawy) czy innych organizacji, takich jak BCh czy nawet NSZ. Tak było choćby z likwidacją najwyższego stopniem niemieckiego oficera na ziemiach polskich, generała Kurta Rennera, dowódcy 174. dywizji piechoty, którą to akcję przeprowadzili NSZ-owcy. Ale w komunistycznych książkach przypisano ją GL na Kielecczyźnie.

Preparowano nawet odpowiednią dokumentację oraz ikonografię, którą wstecznie datowano na lata okupacji. Usłużni partyjni historycy wymyślali też grupy i oddziały, które nigdy nie powstały i żadnej działalności nie prowadziły. Tak było choćby ze „Specjalną Dywizją Kolejową AL” na Lubelszczyźnie czy „Międzynarodową Brygadą Żydowską AL” w Powstaniu Warszawskim. Ta ostatnia żyje po dziś dzień własnym życiem, została bowiem utrwalona także w historiografii zachodniej!

Porachunki z Żydami, współpraca z Gestapo

Najbardziej haniebną kartą GL-AL jest stosunek do Żydów. Oficjalnie był on „poprawny politycznie”, czyli właściwie tylko podziemie komunistyczne miało przyjmować w swe szeregi Żydów i udzielać im wszelkiej pomocy. Prawda okazuje się jednak okrutnie odmienna – z rąk „partyzantów” GL-AL zginęły setki Żydów. Przyczyny były różne, najczęściej jednak do głosu dochodziły motywy rabunkowe, a zdarzały się też wewnętrzne porachunki. Wprawdzie po wojnie w „Polsce Ludowej” toczyły się z tego powodu śledztwa, niejednokrotnie zakończone wyrokami skazującymi, niemniej ich wyniki i sprawców starannie ukrywano przed opinią publiczną. Co więcej, po roku 1956 większość owych sprawców nadal robiła kariery w wojsku, bezpiece, aparacie partyjnym, a nawet… w wymiarze sprawiedliwości!

Odpowiedzialnością za własne zbrodnie obarczano za to żołnierzy AK i NSZ. W ówczesnych warunkach nie istniała możliwość tłumaczeń czy sprostowań, przedstawiania dowodów i badania źródeł. Nie było wolności badań naukowych, w świat zatem szły jedynie „ustalenia” komunistycznych, nadwornych historyków. Niejednokrotnie pokutują one po dziś dzień, także w publikacjach zachodnich, przez co obraz tych wydarzeń jest skrajnie zafałszowany.

Warto też zaznaczyć, że podziemie komunistyczne podjęło regularną współpracę z okupantem, stosując niegodziwe i haniebne praktyki, polegające na wysyłaniu prawdziwych danych osobowych polskich niepodległościowców do gestapo. Wysyłano do Niemców donosy w sprawie zlokalizowanych polskich oddziałów partyzanckich, co prowadziło do ich likwidacji. Wywiad AL ma też w swym „dorobku” akcję przeprowadzoną 17 lutego 1944 roku wspólnie z Niemcami przeciwko archiwum Delegatury Rządu w ­Warszawie.

***

Ludzie, którzy podczas okupacji prowadzili powyższą działalność, zrobili po wojnie oszałamiające kariery. Przypisali sobie bohaterskie czyny, obwiesili się najwyższymi odznaczeniami, otrzymywali najwyższe awanse. Część z nich skierowano bezpośrednio na „front nauki”, aby utrwalali władzę ludową w powszechnej świadomości nie tylko swych popleczników, ale też wśród rzesz młodzieży szkolnej i akademickiej. Ta młodzież dawno już dorosła, ale czym skorupka za młodu nasiąknie…

Prawda o podziemiu komunistycznym bardzo powoli przebija się do powszechnej świadomości. Nie służą temu przecież stale wznawiane popularne seriale peerelowskie (Stawka większa niż życie, Czterej pancerni i pies), jak też pozostająca wciąż w obiegu peerelowska literatura. I choć są to wydarzenia mające dla nas coraz mniejszą wagę (upływ czasu robi swoje), to jednak długoletnie kłamstwa bolą i wołają o choćby moralne ich osądzenie. Na to nigdy nie jest za późno.

Tekst ukazał się w nr. 10 dwumiesięcznika „Polonia Christiana”

Leszek Żebrowski • pch24.pl

Reklamy

Możliwość komentowania ★☭ Czerwonej mitologii żywot po śmierci ustroju ■■ została wyłączona