■■ Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 9 Maj 2016

Czy zostanie ujawniona?

Likwidację zbioru zastrzeżonego (przechowywane są tam dane najważniejszych peerelowskich agentów służb), rozszerzenie czasu działalności Instytutu Pamięci Narodowej (tak aby obejmował również bolszewicką rewolucję 1917 r.), a także zmianę sposobu wyboru prezesa IPN (ma to robić Sejm za zgodą Senatu) przewiduje projekt ustawy skierowanej do Sejmu przez PiS.

Wraz z likwidacją Zbioru Zastrzeżonego wraca po 26 latach problem lustracji. Czy w końcu prawda zostanie ujawniona?

Zbiór autorytetów

Do tej pory wszystkie próby przeprowadzenia w Polsce lustracji obarczone były grzechem ochrony części komunistycznej agentury. Przyjęto zasadę, że praca na rzecz nowo utworzonych służb III RP Urzędu Ochrony Państwa i Wojskowych Służb Informacyjnych pozwala kłamać w oświadczeniu lustracyjnym i bezkarnie zaprzeczać współpracy. Później stworzono specjalny zbiór zastrzeżony w IPN, w którym pod pozorem ochrony bezpieczeństwa państwa ukrywano także teczki świadczące o pracy agenturalnej znanych osób. Zbiór ów, z uwagi na swoją zawartość, nazywany był złośliwie „zbiorem autorytetów”. Jak bardzo dowolne było kwalifikowanie osób, które tam trafiały, pokazuje przykład ujawnionej ostatnio współpracy aktora Jerzego Zelnika. Z jakiego powodu epizod donoszenia przez niego, gdy był nastolatkiem, uznano za sprawę bezpieczeństwa państwa i schowano do zbioru zastrzeżonego? Takich przypadków jest więcej. W zbiorze zastrzeżonym są znani dziennikarze, księża, politycy, artyści. Wszyscy ci, na których warto było mieć „haka”.

Kategoria bezpieczeństwa państwa okazywała się bardzo pojemna. Na zakończenie kadencji pierwszego prezesa IPN, Leona Kieresa, w 2005 r. zbiór zastrzeżony w IPN – zdaniem naszych informatorów – liczył 8 kilometrów akt archiwalnych. Za prezesury Janusza Kurtyki (od 29 grudnia 2005 r. do 10 kwietnia 2010 r.) znacznie zmniejszono wielkość zbioru zastrzeżonego i dużą część akt włączono do zbioru ogólnego. Nadal jednak nie wprowadzono kryteriów, w oparciu o które prezes IPN kwalifikuje akta do zbioru zastrzeżonego.

Polska jest dziś jedynym państwem z naszego regionu, który nie dokonał faktycznej lustracji i nawet symbolicznego rozliczenia z PRL-em. Pierwsza próba dokonania w Polsce lustracji na podstawie uchwały Sejmu z 28 maja 1992 r. zakończona została wraz z obaleniem rządu Jana Olszewskiego, a definitywnie pogrzebana decyzją Trybunału Konstytucyjnego 19 czerwca 1992 r. Orzeczenie było o tyle kuriozalne, że TK nie mógł rozstrzygać o konstytucyjności uchwały, która nie była przecież aktem normatywnym. Następną próbę przeprowadzenia lustracji podjął parlament, zdominowany przez SLD i PSL, a także Unię Wolności. Ustawa uchwalona przez Sejm 11 kwietnia 1997 r. wprowadzała instytucję Sądu Lustracyjnego i zamiast rozwiązać problem, tylko go komplikowała. Gdy jesienią 1997 r. wybory wygrała szafująca prawicowymi hasłami Akcja Wyborcza Solidarność, wiadomo było, że sprawa lustracji powróci. 18 grudnia 1998 r. Sejm uchwalił ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Ta ustawa, podobnie jak późniejsze, zawierają grzech pierworodny. Nie wszystkie osoby, które pracowały lub współpracowały z tajnymi służbami PRL w latach 1944-1990, zostały poddane lustracji. Aby uniknąć ujawnienia, wystarczyło nawiązać współpracę z tajnymi służbami III RP. Jak łatwo zauważyć, do nowych służb przeniesiono najcenniejszą i najbardziej wartością agenturę. W tym kontekście na lustrację przeprowadzoną według ustawy z 1997 r. można patrzyć jak na karę nałożoną na nielojalnych współpracowników służb, czyli takich, którzy przerwali współpracę, lub bezużytecznych – takich, z którymi zerwano kontakt.

Rzeczpospolita hakowa

Niestety, podobnie jak wcześniejsze akty prawne, które miały dokonać rozrachunku z PRL-em, także ustawa o powołaniu IPN zawierała zapis blokujący dekonspirowanie najbardziej wpływowej agentury służb PRL-u. Na mocy artykułu 39 ustawy Szef Urzędu Ochrony Państwa (dla służb cywilnych) i Minister Obrony Narodowej (dla służb wojskowych) mogli zastrzec, że do przekazywanych przez nich do IPN-u dokumentów, nikt poza wskazanymi przez nich osobami nie będzie miał dostępu. W 2002 r. IPN zawarł w oparciu o ten przepis specjalne porozumienie z ABW, AW i WSI. Na mocy tych umów także obecnie tajne służby mają prawo, w uzgodnieniu z prezesem IPN, zastrzegać dokumenty istotne dla bezpieczeństwa państwa. Owo bezpieczeństwo państwa nie zostało w żaden sposób zdefiniowane.

Powstanie zbioru zastrzeżonego IPN-u było doskonale zaplanowanym wprowadzeniem kontroli tajnych służb nad działalnością IPN-u. Jak wynika z tego zapisu, bez zgody szefów służb pracownicy IPN-u nie mieli dostępu do dokumentów. Szefowie tajnych służb mogli i mogą dowolnie zastrzegać przekazywane do IPN-u materiały. Jak nietrudno się domyślić, chodziło przede wszystkim o ochronę danych agentury, głównie osób publicznych.

Istnienie zbioru zastrzeżonego miało również wpływ na wyniki procesów lustracyjnych. Gdy Rzecznik Interesu Publicznego Bogusław Nizieński zwracał się do IPN-u o poszukiwanie akt w związku z procesem lustracyjnym, to otrzymywał informację tylko i wyłącznie ze zbioru ogólnego. Skutek był taki, że wiele osób publicznych przeszło pozytywnie lustrację. Zbioru zastrzeżonego nie uwzględniono także w trakcie śledztw, zarówno kryminalnych, jak i historycznych, prowadzonych przez IPN. W jednym z najważniejszych śledztw prowadzonych przez IPN, dotyczących istnienia w MSW spisku, w wyniku którego zamordowano księdza Jerzego Popiełuszkę, prokuratorowi nie zezwolono na przeszukanie zbioru zastrzeżonego. Nie mógł on więc sprawdzić faktycznych związków z MSW osób występujących w śledztwie.

W Polsce znakomita większość tajnych współpracowników służb PRL-u, zajmująca obecnie stanowiska w biznesie, mediach czy polityce, pozostała niezdemaskowana. Szacuje się, że w 1989 r. tylko ze Służbą Bezpieczeństwa współpracowało około 90 tys. tajnych współpracowników. Podobną liczbę współpracowników miały wojskowe służby PRL, które w znacznym stopniu zdążyły zniszczyć swoje archiwa. Dziś już wiadomo, że kopie niszczonych akt trafiały do ZSRR. Wiele wskazuje na to, że Rosjanie mają także kopie kompletu akt SB. W nadzorującym SB MSW rezydentura KGB miała łączników dla każdego pionu – tylko dla wywiadu (departamentu I SB) było ich przynajmniej trzech. Gdy SB zaczęła niszczyć w 1989 r. swoje archiwa (przede wszystkim zaczynając od tych dotyczących najbardziej wpływowych osób), kopie trafiały do ZSRR. Oczywiste jest, że tajne rosyjskie służby używały i używają zawartości tych akt do działań werbunkowych w Polsce. Dziś, aby dokonać pełnej lustracji, nie można robić organizacyjnych manipulacji i wyłączać części zbiorów archiwalnych z poszukiwań archiwalnych. Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca, ale powinna być Polakom znana. Bez tego przebywać będziemy w zakłamanej rzeczywistości. W której „pilota” do znanych i wpływowych osób mają zagraniczne służby.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika Warszawska Gazeta!

warszawskagazeta.pl
pixabay.com

Reklamy

Możliwość komentowania ■■ Prawda o „autorytetach” III RP może być szokująca ■■ została wyłączona