■■ Byłam łączniczką „Zapory”

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ wywiady by Maciejewski Kazimierz on 28 maja 2016

26 maja 2016 r. na wieczną wartę odeszła łączniczka i sanitariuszka mjr. „Zapory”, Iza Kochanowska ps. Błyskawica. Pogrzeb odbędzie się we wtorek 31 maja . Uroczystość pogrzebową poprzedzi Msza Św. o godz. 12. 30 w Kościele NSPJ na cmentarzu komunalnym w Sopocie (przy ul. Malczewskiego)

Z Izabellą Kochanowską ps. „Błyskawica”, łączniczką mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, rozmawia Anna Kołakowska

Jak to się stało, że została Pani łączniczką oddziału majora „Zapory”?

– Zimą 1944 r. do naszego majątku w Łopienniku przybył „Zapora” z patrolem „Kordiana” i „Ducha”. Mój tata był zaprzysiężony w AK i pełnił funkcję komendanta powiatowego Wojskowej Służby Ochrony Powstania. Partyzanci przyjechali saniami. Z okazji tej wizyty w naszym dworze odbyło się przyjęcie zorganizowane specjalnie dla nich. Po kolacji partyzanci rozsiedli się w salonie, „Cedur” usiadł do fortepianu i rozpoczął się śpiew pieśni partyzanckich. Nastrój był sielski, anielski, nie da się tego zapomnieć. Zobaczyłam, że w kącie siedzi taki mało widoczny, niepozorny, skromny mężczyzna. Podeszłam więc do niego, stanęłam na baczność i powiedziałam, że w okolicy jest grupa młodych ludzi, która ma broń i chce wstąpić do oddziału. „Zapora” powiedział: „Nigdy tego nie zapomnę”. Na tym na razie się skończyło.

Miała Pani wówczas tylko 17 lat. Czy taka młoda dziewczyna mogła się na coś przydać w partyzantce?

– Zaczęłam w 1939 r. w Wojskowej Służbie Kobiet. Gdy wojna wybuchła, miałam 13 lat. Najpierw przeszłam szkolenia sanitarne i obchodzenia się z bronią. Szkolenia sanitarne odbyły się w szpitalu Jana Bożego w Lublinie na oddziale chirurgii u doktora Kożuchowskiego. Ponieważ świetnie jeździłam konno i dobrze znałam okolicę, zostałam przydzielona do łączności terenowej. Przysięgę złożyłam dopiero w styczniu 1943 roku – gdy skończyłam 16 lat.

Czy rzeczywiście major nie zapomniał o wyrażonej przez Panią gotowości przyłączenia się do oddziału? W 1944 roku sytuacja we wschodniej Polsce szybko się zmieniała.

– W 1944 r., po przejściu frontu, rozpoczęłam naukę u Sióstr Urszulanek w Lublinie. Pewnego dnia, idąc ulicą, spotkałam pana Nowakowskiego z sąsiedniego majątku. Powiedział mi, że specjalne brygady NKWD będą pacyfikować dwory. Większość okolicznych ziemian już wyjechała, ale mój ojciec postanowił zostać w majątku. Nowakowski polecił mi, żebym pojechała do Łopiennika i ostrzegła ojca, bo groziło mu aresztowanie. Gdy wyszłam na ulicę, zupełnie przypadkowo natknęłam się na „Zaporę” idącego z kilkoma ludźmi. Poszliśmy na lody. Pamiętał o mojej prośbie, więc wydał mi polecenie: „Proszę na mnie czekać w Łopienniku”. Potraktowałam to jako rozkaz, więc zostawiłam szkołę i pojechałam do domu.

Zdążyła Pani ostrzec ojca?

– Przekazałam to, co polecił mi pan Nowakowski. Ojciec następnego dnia kazał zaprząc dwa wozy i razem z uciekinierami, którzy u nas mieszkali, postanowił wyjechać. Przed wyjazdem udaliśmy się na chwilkę do krawca, aby odebrać jakieś rzeczy. Po drodze mijaliśmy jadące w stronę Łopiennika samochody, najeżone bronią, wyładowane Rosjanami i berlingowcami. Gdy wróciliśmy do majątku, ojciec oraz jego brat zostali aresztowani i przewiezieni na Zamek w Lublinie, gdzie mieściło się więzienie UB. Wszystkich obecnych w naszym dworze ludzi zamknięto w jednym pokoju, przed którym postawiono straż. Ja się wywinęłam i byłam na zewnątrz. Przedstawiciele nowej władzy zwołali przed nasz dom okoliczną ludność i wygłosili przemowę na temat panów-krwiopijców. Powiedzieli, że wszyscy mogą sobie brać, co chcą, więc rozpoczął się rabunek. Udawałam córkę kowala (należał do Batalionów Chłopskich) i mimo że byłam poszukiwana przez NKWD, nikt nie zdradził, że jestem córką właściciela majątku. Wielokrotnie przyjeżdżali do dworu, aby mnie aresztować, ale nikt z okolicznych mieszkańców mnie nie wydał. Wójt, który był też w konspiracji, przywiózł pana Odorowskiego, pełnomocnika do spraw reformy rolnej. Podczas rozmowy w cztery oczy pan Odorowski, który wiedział, kim jestem, poprosił mnie, żebym została, bo on nie zna się na rolnictwie i moja pomoc będzie konieczna. Dzięki temu mogłam wykonać rozkaz majora i oczekiwać na jego przybycie.

Major na te tereny wrócił dopiero zimą 1945 roku.

– Tak, w lutym 1945 roku. Był to okres działalności ROAK. Raptem zjawił się łącznik od „Zapory”. Major prosił mnie, żebym przyszła do wsi Wały. Ucharakteryzowałam się na wieśniaczkę, wzięłam grackę i poszłam do tej wsi. Major był bardzo zadowolony, że się stawiłam. Powiedział, że znowu organizuje oddział i będzie potrzebował kogoś, kto ma dobrą orientację w okolicy, bo trzeba utworzyć nowe placówki, zorganizować zaopatrzenie, sieć łączności itd. Ten teren miał być jego matecznikiem, bo działalność prowadził na obszarze kilku województw. Chciał, żebym ja się tym zajęła, żebym była też jego „oczami i uszami”, tak aby po powrocie wiedział, co się wydarzyło, kto donosi, kto zapisał się do PPR-u. Bardzo chciałam walczyć w oddziale, ale nie miałam wyjścia: rozkaz to rozkaz – choć „Zapora” wypowiedział go w formie prośby. Ledwo zdążyłam wyjść na gościniec za wsią, a tu patrzę – idzie obława. Zaczęła się walka. Widzę z daleka, jak płoną chaty, jak wyskakują z nich ludzie, ale nic nie mogłam zrobić, bo byłam już poza wsią. Wieś została dokumentnie spalona. „Zapora” na jakiś czas musiał się z tego terenu ulotnić i poszedł z oddziałem za San.

W tym okresie na Lubelszczyźnie były też odziały NSZ, a właściwie wtedy już Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Czy z nimi też miała Pani kontakt?

– Wiosną dostałam od „Cichego” – Stanisława Piotrowskiego, jednego z dowódców oddziałów NSZ, kontakt na „Orła”. Potrzebowali sanitariuszki. Oczywiście zgodziłam się, bo od dawna byłam do tego zadania przygotowana. Miałam całą torbę leków, które gromadziłam od dłuższego czasu. Miałam też broń. Pojechałam do wyznaczonej leśniczówki, aby tam oczekiwać na łącznika, ale zjawił się „Orzeł” z całym 80-osobowym oddziałem. Partyzanci byli doskonale umundurowani i uzbrojeni. Dowódca zrobił zbiórkę i zapowiedział, że jeśli od któregoś z nich spotka mnie jakaś przykrość, to dostanie „kulkę w łeb”. Przez pierwszych kilka dni koledzy z oddziału nie mieli do mnie żadnych próśb. Potem wszystko się zmieniło. Każdy starał się być w stosunku do mnie jak najmilszy. Oczywiście z mojej strony nie było i nie mogło być żadnych wyróżnień. Pewnego razu pojechaliśmy do wsi Rzeczyca na aprowizację. To była taka „Moskwa”, bo mieszkali tam sami czerwoni. Każdy miał za zadanie wziąć od gospodarza żywność, za którą wydawaliśmy pokwitowania. Ja jako sanitariuszka nie musiałam chodzić. Widzę – jest zielona rakieta, odwrót. Podchodzę do wozu, wszystkie podwody ruszają, a mój koń od pary nagle zrobił bokami i padł. Mieliśmy kilkadziesiąt wozów i mój zatarasował całą drogę. Wzięłam broń i poszłam do gospodarza, żeby oddał mi swojego konia. Czas nas gonił, przed nami był niebezpieczny odcinek, gdzie musieliśmy przeskoczyć szosę. Trzeba to było zrobić, zanim będzie widno. Nagle słyszę huk. To jeden z chłopców postrzelił się w brzuch. Krew się mocno lała i musiałam szybko mu zrobić uciskowy opatrunek. Wszyscy z niecierpliwością na mnie patrzyli, bo czasu było coraz mniej. Ale szczęśliwie wszystko poszło dobrze. Bywało też tak, że to my aprowidowaliśmy ludność. Na stacji Zawadówek zatrzymaliśmy pociąg, którym do Rosji wywożone były wszelakiego rodzaju sprzęty, odzież i żywność. Zmusiliśmy kacapów do wyładowania żywności oraz odzieży i wszystko rozdaliśmy miejscowej ludności. Było tego około 50 wyładowanych wozów. Jesienią „Cichy” rozformował oddział.

W tym czasie także „Zapora” operował na Lubelszczyźnie. Czy miał pretensję, że bez jego zgody poszła Pani do oddziału NSZ?

– Absolutnie! Zresztą w lipcu po otrzymaniu od dowództwa rozkazu ujawnienia się (tzw. amnestia „Radosława”), rozformował oddział i podjął dwie nieudane próby przedostania się na Zachód. Gdy powrócił na Lubelszczyznę i zaczął w listopadzie odtwarzać oddział (już w ramach WiN), nawiązał ze mną kontakt. Wtedy mieszkałam w Ratoszynie niedaleko Łopiennika. Pan dr Tokarski, akowiec z Polesia, dostał od władz oświatowych w Lublinie polecenie utworzenia gimnazjum w Ratoszynie i zaproponował, żebym została jego sekretarką, a jednocześnie mogłam działać w podziemiu. Dwór w Ratoszynie położony był w parku, za nim rozciągały się pola aż po wieś Grądy, gdzie „Zapora” miał swoją kwaterę. Często więc przychodził do Ratoszyna, szczególnie po aresztowaniu „Opala”. Przez wiele nocy dyktował panu Tokarskiemu historię wszystkich akcji przeprowadzonych w terenie i podpisał, że to on jest za nie odpowiedzialny. Chciał w ten sposób uratować „Opala”. Wtedy jeszcze uważaliśmy „Opala” za bohatera, bo nie wiedzieliśmy, że współpracował z UB. W Ratoszynie byłam do końca 1946 roku. Gdy gdzieś miała być jakaś akcja NKWD i UB, dostawałam na szkolny telefon cynk od łącznika i wysyłałam w teren, do partyzantów, informację o tym. Wiele osób w okolicy wiedziało, że jestem łączniczką „Zapory”, ale nikt mnie nie zdradził. Jak wchodziłam do wsi, gdzie zatrzymał się major, to mali chłopcy, którzy siedząc na drzewie obserwowali okolicę, wskazywali mi jego kwaterę. Któregoś razu łącznicy przynieśli wiadomość, że UB w dużej sile wyruszyło na akcję. Gorączkowo zastanawialiśmy się, gdzie kwateruje oddział „Zapory”. Spodziewaliśmy się go lada moment w Ratoszynie, ale nie było wiadomo, którą drogą przybędzie. Kierując się intuicją, poszłam w stronę Kaźmierowa. Przypuszczałam, że zatrzymał się w którejś z okolicznych kolonii. Szłam w nocy przez pola, nad ranem dotarłam do gospodarstwa Pokraki, gdzie akurat byli partyzanci. „Zapora” nie mógł się nadziwić, że ich odnalazłam. Na szczęście udało się ostrzec i uratować oddział.

Czy w tym czasie mieliście jeszcze nadzieję na zwycięstwo?

– To już była walka o przetrwanie. Wszystkie oddziały w inspektoracie lubelskim zostały podporządkowane „Zaporze”. Początkowo oczywiście liczyliśmy na trzecią wojnę światową, ale w 1946 r. nie było już wątpliwości, że jesteśmy sami i nie ma nadziei na zwycięstwo. Major zawsze bardzo przeżywał śmierć każdego ze swoich ludzi, a szczególnie głęboko dotknęła go śmierć Zbyszka Sochackiego, jego adiutanta, który razem z całą kompanią zdezerterował z LWP i przyłączył się do oddziału. Któregoś dnia ktoś z jego rodziny przyjechał i przywiózł pieniądze oraz dokumenty, żeby mógł wyjść z lasu, ale Zbyszek się na to nie zgodził. „Zapora” strasznie po nim rozpaczał. Nosił jego koszulę i czapkę. Po tym wydarzeniu spotkałam się z oddziałem „Zapory” w Radlinie. Atmosfera była okropna, a major przybity. Gospodarz, u którego kwaterowaliśmy – pan Zieliński, aby podnieść nastrój, przyprowadził swoją czteroletnią córeczkę w krakowskim ubraniu i powiedział: „Zaśpiewaj, córuniu, panu komendantowi, niech nie rozpacza”. Bosą postawił na stole, a ona zaśpiewała „Marsz „Zapory””. Rano, gdy żegnałam się z majorem, dał mi napisany przez siebie wiersz. W terenie było coraz więcej szpicli, a represje wobec ludności, która nam pomagała, coraz większe. Nie było dnia bez obławy. Mimo że oddział „Zapory” był bardzo dobrze uzbrojony i wyszkolony, major obawiał się, że dalsze trzymanie ludzi w lesie to skazywanie ich na pewną śmierć. Podczas naszego ostatniego spotkania „Zapora” powiedział mi, że ma zamiar rozwiązać oddział, ale sam się nie ujawni, tylko z innymi dowódcami przedostanie się za granicę. Pomimo tych planów przeczuwał swoją śmierć. Był wtedy bardzo przybity, nigdy wcześniej nie widziałam go w takim nastroju. Żegnając się ze mną, poprosił, abym, jeśli przeżyję, upamiętniła ich walkę, bo nie mógł przeboleć tego, że on i jego żołnierze nazywani byli bandytami.

16 września 1947 r. „Zapora” został aresztowany, a 7 marca 1949 r. zamordowany w więzieniu na Mokotowie. Ale i dla Pani w komunistycznej Polsce nie było przyszłości…

– Gdy „Zapora” podjął zamiar rozwiązania oddziału, wiedząc, że mam rodziców w Sopocie, poprosił, abym się do nich udała i spenetrowała na Wybrzeżu sprawę przerzutu ludzi za granicę. Jednocześnie rodzice namawiali mnie, żebym zaczęła się uczyć, bo przecież muszę mieć jakiś zawód. W ciągu pół roku zrobiłam dwie klasy i zdałam maturę. Jesienią 1948 r. poszłam na prawo na KUL. Iluż tam było partyzantów. Pamiętam opłatek z ks. kard. Stefanem Wyszyńskim. Śpiewaliśmy wtedy kardynałowi partyzanckie pieśni, ja recytowałam wiersz o Legionach. Niestety, nie ukończyłam nawet pierwszego roku, bo zostałam aresztowana.

W jakich okolicznościach to się stało?

– Poszłam, żeby zobaczyć, jak na pochodzie pierwszomajowym paradują konie. W tłumie rozpoznała mnie Pawlaczka z Łopiennika, która była oficerem UB. Jeździła po terenie, wydawała ludzi. Gdy mnie zobaczyła, zawołała milicjanta i zostałam aresztowana. Bardzo się ciskałam, że jakim prawem, przecież jestem studentką. Następnego dnia zawieźli mnie do wojewódzkiego UB, gdzie był „Opal”, który zeznał, że „Zapora” zlecał mi różne zadania. Do niczego się nie przyznawałam. Miałam wtedy 20 lat i adwokat Kobusiewicz mówił do mnie: „Przyznaj się, dziecko, to dostaniesz niższy wyrok”. Ale ja wiedziałam, że nie mogę się przyznać i nie mogę nikogo wydać, bo jak się przyznam, to będzie koniec. Przeszłam straszne śledztwo. Miałam konwejery – przez kilka dni i nocy, bez przerwy, ubecy kazali mi stać. Przesłuchujący się zmieniali, a ja bez posiłku, wody i odpoczynku musiałam stać przy ścianie. Pierwszą noc stałam na jednej nodze. Trzeciego dnia zażądałam jedzenia, a gdy przynieśli mi solonego śledzia, uderzyłam śledziem ubeka w pysk. Cała spuchłam, dostałam gorączki. Jak wyprowadzili mnie do ubikacji, to zaczęłam spuszczać spłuczką wodę i ją pić. W końcu byłam tak spuchnięta, że nie mogłam już stać i krew lała mi się z nosa. Gdy leżałam na podłodze, śledczy pochylili się nade mną i kazali podpisać jakiś protokół, ale tak się zacięłam, że choćby mnie krajali na kawałki, to bym nie podpisała – po prostu nie chciałam, żeby ktoś przeze mnie został aresztowany. Wzięli mnie za nogi i ciągnęli po korytarzu, a potem po schodach do piwnicy. Po konwejerze przez cztery tygodnie nie mogłam chodzić. Do dzisiaj bardzo choruję. Któregoś dnia przyjechali po mnie z Informacji Wojskowej i zawieźli mnie na konfrontację z „Opalem”. To wszystko, co mówił, negowałam. W pewnym momencie nie wytrzymałam i dałam „Opalowi” w twarz. Nie przeczyłam, że do naszego majątku przychodzili partyzanci, ale mówiłam, że co najwyżej robiłam im jedzenie czy dawałam konie. Nikt inny z aresztowanych partyzantów mnie nie oskarżył. Zostałam skazana na 6 lat i wywieziona do więzienia w Fordonie. Cały czas ciężko chorowałam, zapadłam nawet na gruźlicę. Z więzienia wyszłam w 1954 r., ale byłam w strasznym stanie. Oczywiście nie mogłam znaleźć pracy. W końcu zatrudnili mnie w charakterze technika geologa – pomogły znajomości ojca. Bardzo mi to odpowiadało, bo pracowałam w terenie i miałam kontakt z przyrodą. Zresztą i tak często byłam na zwolnieniu lekarskim, bo odnawiał mi się naciek na płucu. Po dziesięciu latach zostałam skierowana na studia prawnicze. Egzamin z historii zdałam najlepiej i byłam pierwsza na liście. Wiele życzliwych osób mi pomagało i dzięki nim udało mi się także dostać na aplikację radcowską. Marzyłam o tym, żeby bronić więźniów politycznych. Wtedy jeszcze to nie było możliwe, ale czy wyobraża sobie pani, co ja czułam, kiedy w 1994 r. podczas rozprawy rehabilitacyjnej „Zapory” byłam pełnomocnikiem procesowym siostry majora? Pisałam pismo procesowe o działalności „Zapory” i oczywiście przemawiałam w sądzie. Idąc na studia prawnicze, nie przypuszczałam, że będzie mi kiedyś dane występować w sądzie jako (w pewnym sensie) adwokat mojego dowódcy. To było dla mnie ogromne przeżycie. Ale widocznie tak Opatrzność działa. Po tej rozprawie Ewa Kurek mogła napisać swoją książkę pt. „Zaporczycy”. Tak jak prosił „Zapora”, staram się do dziś upamiętniać ich walkę. Całe moje odszkodowanie za represje przeznaczyłam na upamiętnianie działalności „Zapory” i jego żołnierzy. Napisałam też sztukę teatralną, której akcja toczy się na rozprawie rehabilitacyjnej „Zapory”. Była ona wystawiana przez uczniów wielu lubelskich szkół. Kiedy pozwalało mi zdrowie, jeździłam na wszystkie uroczystości ku czci majora „Zapory” i jego partyzantów.

Jak zapamiętała Pani majora „Zaporę”?

– „Zapora” miał wyjątkową osobowość i charyzmę. Ci, którzy go znali, byli pod jego osobistym urokiem. Żołnierze go kochali, bo bardzo dbał o swoich ludzi. Dzielił z nimi wszystkie trudy partyzanckiego życia, a przede wszystkim zawsze był z nimi w ogniu walki. Ukształtowało go harcerstwo. Miał bardzo bogatą i piękną, wrażliwą naturę, której wojna w żaden sposób nie zniszczyła. Kochał przyrodę i ludzi. Bardzo przeżywał każdy wydany i wykonany wyrok śmierci. Był też bardzo religijny, pościł w każdy piątek, pomimo że w partyzantce nieraz był głód i mięso stanowiło rzadkość. Kiedyś gospodyni na kwaterze ugotowała mu jedyne jajko, jakie posiadała. Nie zjadł go, ale zawołał najmłodszego z partyzantów i mu je oddał. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Nienawidził złodziei i walczył z bandytyzmem (tym prawdziwym). Roman Groński „Żbik” [dowódca oddziału żandarmerii zgrupowania – przyp. A.K.] dowodził grupą do zwalczania bandytyzmu. „Zapora” interweniował w prywatnych sprawach, gdy wieśniacy zwracali się do niego o pomoc. Był sędzią, bo często, gdy staliśmy na kwaterze, przed chatą ustawiały się kolejki furmanek z petentami do majora, aby rozsądzał różne sprawy. Jednocześnie potrafił w terenie utrzymać ład i porządek. Pocieszał rodziny zabitych i jak mógł, wspierał je finansowo. Był bardzo wrażliwy na ludzkie nieszczęścia i cierpienie. Kiedyś przyszedł odwiedzić chłopaka, którego rodzice zostali aresztowani przez UB za współpracę z oddziałem i zamordowani. Chłopiec był bardzo ciężko chory, więc „Zapora” zdjął z szyi medalik, powiesił temu chłopcu przy łóżku. Ten medalik towarzyszył mu od 1939 roku. Otrzymał go od harcerek, gdy przekraczał granicę polsko-węgierską. Po prostu kochał ludzi i swoich podkomendnych. Ja, gdybym wiedziała, że mogę go uratować, to rzuciłabym się pod czołg, ale nie tylko ja, bo inni podkomendni zrobiliby to samo.

Dziękuję za rozmowę.

16 listopada 2012
Anna Kołakowska • naszdziennik.pl
fot. arch.

Advertisements

Możliwość komentowania ■■ Byłam łączniczką „Zapory” została wyłączona