■■ Plaga sędziów Rzeplińskich w polskich sądach

Posted in ■ aktualności, ■ odkłamujemy HISTORIĘ, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 23 Czerwiec 2016

Rzepliński to chodząca egzemplifikacja boskiego syndromu „sędziów Polaków”

Brałem udział w tylu postępowaniach, że w tej chwili nie jestem w stanie podać dokładnej liczby, a przede mną co najmniej drugie tyle. Mam w związku tym nie tylko teoretyczną podstawę, ale praktyczną bazę, żeby co nieco napisać o zachowaniach sędziowskich. Przerabialiśmy tysiące razy kuriozalne wyroki i niezrozumiałe postanowienia sądów i to jest prawdziwa plaga, która w ogóle mnie nie śmieszy. Kiedyś śmiałem się chętnie z każdego fragmentu uzasadnienia brzmiącego niczym humor z zeszytów szkolnych. Od dłuższego czasu się nie śmieję, bo wiem, że za każdym takim pozornym dowcipem kryją się ludzkie tragedie.

Pal sześć jeśli sprawa dotyczy miedzy, czy podziału majątku po rozwodzie, chociaż i tutaj bywa różnie. Prawdziwy dramat rozgrywa się tam, gdzie od wyroku sądu zależy ludzkie życie lub zdrowie. Polacy często i również publicznie zadają pytanie skąd takie, a nie inne wyroki, skąd te wszystkie zdania w sentencjach i postanowieniach, których człowiek przyzwoity i rozumny nie jest w stanie przyswoić? Główne przyczyny są znane i nic się od lat nie zmienia. Praktycznie nie ma sądu, no może sądu to za dużo powiedziane, ale okręgu sądowego, w którym nie ma rodzinnego klanu. W moim okręgu bez większego wysiłku i tylko na podstawie własnych wokand wyłowiłem trzy rodziny. Druga rzecz to przeszłość. Na samym szczycie hierarchii sądowniczej siedzą zasłużeni sędziowie, którzy kariery zaczynali w PRL albo tuż na początku lat 90-tych, co i tak oznacza, że musieli być na przykład peerelowskimi prokuratorami. O tym wie każdy, chyba, że nie chce widzieć i dlatego nie ma większego sensu, aby kolejny raz przywoływać te same argumenty, tym bardziej, że istnieje jeszcze jeden powód, który sprawia, że sądy wyglądają tak jak wyglądają.

W co najmniej trzech postępowaniach wiedziałem jaki zapadnie wyrok po 5 minutach posiedzenia sądu. Mało tego! Wiedziałem jakie są społeczno-polityczne zapatrywania sądu, wiedziałem jakie są osobiste sympatie i antypatie składu sędziowskiego. Skąd? Co bardziej wrażliwi mogą parsknąć śmiechem, ale głównie po minach i gestach. Naprawdę, proszę mi wierzyć, że wielu sędziów ma na twarzy wymalowany stosunek do stron procesowych, a do tego dochodzą przemycane między wierszami złośliwości i upokorzenia. Podam bardzo prosty przykład. W Złotoryi jeden z sędziów już od progu popatrzył na mnie spod byka, odburknął dzień dobry, by za chwilę z pełnym uśmiechem i wylewnością przywitać się pełnomocnikiem strony przeciwnej. Po tej scence panowie przeprowadzili sobie luźną pogawędkę, najbardziej luźno to ona była związana z procedurą. Z grubsza wyglądało to tak, jakby się dwaj koledzy z wojska spotkali i pytali co słychać. Przywołane porównanie jest o tyle trafne, przepraszam za brak skromności, że na korytarzu innego sądu, chociaż siedziałem jakieś 7 metrów od zasłyszanej „wykładni”, mecenas głośno i radośnie oznajmił swojemu klientowi: „O! Swój sąd!”. Gesty, miny, sympatyczne pogawędki, ale tylko w określonym składzie. Znakiem rozpoznawczym i wpisowym do tego ekskluzywnego towarzystwa jest… toga. Wchodzisz na salę sądową w todze i wiadomo, że jesteś…., a no właśnie, długo to trwało, ale w końcu trzeba przywołać syndrom sędziowsko-palestrowy… jesteś Bogiem. Niesamowite poczucie wyższości, namaszczenia lub w najlepszym razie przewagi na starcie, daje toga.

Trudno jest mi wyłowić te wszystkie niuanse, które na sali sądowej widać gołym okiem, ale kto choć raz był w sądzie będzie łapał w lot o czym piszę. Teoretycznie toga i te wszystkie zwroty „wysoki sądzie” mają służyć bardzo szlachetnemu celowi. Założenie jest takie, że pan Andrzej Miśków albo Krzysztof Wiśniewski na sali sądowej porzucają swoja człowieczą powłokę i wszelkie słabości, by stać się niezawisłym i niezależnym sądem. Praktyka najmniej w połowie przypadków wygląda dokładnie odwrotnie. Zwykły Andrzej i Krzysiek nie pozbywa się ludzkich słabości, ale po założeniu togi poczuwa się Bogiem Andrzejem, Bogiem Krzyśkiem. Widziałem kilku sędziów, którzy z pewnym zażenowaniem mówili o sobie SĄD, jeden sędzia nawet tłumaczył się z tego, jednocześnie tłumacząc stronom, że tu nie o jego ego chodzi, ale powagę sądu. Takie perełki są jednak rzadkością na poziomie 6 w Totku. Zdecydowanie częściej w sądach zasiadają nie sędziowie, ale tacy „bogowie” jak Rzepliński. Koledze Rzeplińskiemu wcale się nie wyrwało i nie pomyliło ani jedno słowo, gdy mówił, że „Jest sędzią wszystkich Polaków”. Wypowiedź tę należy czytać dosłownie, bo Rzepliński nie mówi o tym, że zamierza traktować jednakowo wszystkich Polaków, on mówi o osądzaniu każdego Polaka. W tym zakresie Rzepliński bez zahamowań mówi to, co sam wielokrotnie widziałem. Jeśli jakiś Polak odpowiada bogowi w todze, będzie traktowany jak człowiek, reszta Polaków zostanie potraktowana odpowiednim wyrokiem. Lepiej bym tego nie ujął niż Rzepliński. Mówiąc o polskim „wymiarze sprawiedliwości” trzeba użyć dokładnie takich samych słów, jak Rzepliński, tylko zmienić liczbę: „Jesteśmy sędziami Polaków” – podpisano bogowie w togach.

Matka Kurka • fronda.pl

Comments Off on ■■ Plaga sędziów Rzeplińskich w polskich sądach