■■ Trzeba rozliczyć byłego prezydenta za udział w prowokacji przeciwko komisji weryfikującej WSI ■■

Posted in ■ aktualności, ■ historia, ■ odkłamujemy HISTORIĘ by Maciejewski Kazimierz on 5 Listopad 2016

Ujawniamy kulisy „afery marszałkowej”

Powołanie sejmowej komisji śledczej to najlepsza droga do poznania prawdy o prawdziwych kulisach afery aneksowej, która w 2007 r. po przejęciu przez PO władzy, miała pogrążyć Komisję Weryfikacyjną ds. Wojskowych Służb Informacyjnych i skompromitować PiS.

Prowokacja miała na celu otworzyć drogę do rehabilitacji, a później reaktywacji WSI. To ostatnie przez znaczną część swojej kadencji planował cichy bohater całej operacji: najpierw marszałek Sejmu, a od 2010 r. prezydent RP Bronisław Komorowski.

Ciche zwycięstwo

Sąd Okręgowy w Warszawie 1 września br. prawomocnie potwierdził wyrok w sprawie afery marszałkowej: dziennikarz Wojciech Sumliński był niewinny zarzucanych mu przez prokuraturę czynów. Skazano natomiast płk. Aleksandra Lichockiego, na surową (dwa razy wyższą niż żądała prokuratura) karę czterech lat bezwzględnego pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 55 tys. zł. Warszawska prokuratura apelacyjna oskarżyła ich o to, że domagali się łapówki od płk. Leszka Tobiasza z WSI w zamian za jego pozytywną weryfikację (czyli przywrócenie do służby). Prokuratura próbowała także udowodnić, że w korupcyjne oferty zamieszani byli członkowie komisji weryfikacyjnej WSI znający Sumlińskiego: autor niniejszego tekstu i Piotr Bączek (obecnie szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego). Aby potwierdzić tę tezę, prokuratura 13 maja 2008 r., zatrzymując Sumlińskiego i Lichockiego, dokonała również przeszukań mieszkań weryfikatorów. Bez powodzenia, bo dowodów żadnych przestępstw nie znaleziono. A desperacja szukających była tak wielka, że oficerowie ABW, dokonujący czynności, przeszukali nawet piórnik mojej córki, która miała wówczas 12 lat.

Sądy uznały jednak, że korupcji nie było, a całość sprawy była prowokacją wymierzoną w Komisję Weryfikacyjną. Według sądów obu instancji było to działanie wymierzone nie tylko w instytucję, ale również w bezpieczeństwo państwa. Właśnie z tych względów zasądziły płk. Lichockiemu tak surową karę. Gdy ponad osiem lat temu przeszukiwano nasze mieszkania i pomawiano nas w mediach, pisali o sprawie wszyscy. Gdy 1 września sąd nazwał działania służb i prokuratury za rządów PO po imieniu, to nie było już tłumów dziennikarzy i kamer stacji telewizyjnych. A szkoda. Bo wyrok warszawskich sądów daje mocną podstawę do tego, aby gruntownie zbadać kulisy całej prowokacji wobec Komisji Weryfikacyjnej. Wszystkie tropy prowadzą w niej do Bronisława Komorowskiego, a także szefów ABW za rządów PO.

Wyborcza” kupowała aneks?

W grudniu 2007 r. Prokuratura Apelacyjna w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie korupcji wokół Komisji Weryfikacyjnej i handlu ściśle tajnym aneksem do raportu z weryfikacji WSI, jaki KW przygotowała na bazie swoich ustaleń. Ówczesnego Marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego wówczas w tej sprawie nie było. Pojawił się w niej po 13 maja 2008 r., gdy fakt jego spotkań z Lichockim i ich rozmów na temat aneksu ujawnił ówczesny szef działu krajowego tygodnika „Wprost” (a dziś redaktor naczelny „Gazety Finansowej”) Jan Piński, nota bene także objęty działaniami ABW w tej sprawie (cała operacja nosiła kryptonim „Kupcy”). Według notatek oficerów ABW to właśnie Piński miał handlować aneksem i to – uwaga – z wydawcą „Gazety Wyborczej” Agorą. Ten wątek widniał na wszystkich postanowieniach o zatrzymaniu i przeszukaniu. Nigdy zresztą publicznie prokuratura nie wytłumaczyła, co miała wspólnego z całą tą sprawą Agora i dlaczego ten wątek w ogóle nie został wyjaśniony. Wiele wskazuje na to, że pośpiesznie zmieniano liczbę osób zatrzymanych i nie dostosowano nakazów do rzeczywistości. Co ciekawe, sam Piński nie został w sprawie nawet przesłuchany, mimo że kancelaria tajna śledztwa posiadała stenogramy z jego rozmów. Czyżby prokuratora obawiała się, co może powiedzieć? Zresztą w tej sprawie inwigilowano także innych dziennikarzy, m.in. Witolda Gadowskiego i Przemysława Wojciechowskiego.

Dopiero po publikacji wspomnianego tekstu okazało się, że do marszałka Sejmu Komorowskiego z ofertą nielegalnego dostępu do aneksu przyszedł płk. Lichocki. Jak później przyznał w prokuraturze, Komorowski „wyraził zainteresowanie” dostępem do tego dokumentu. Prokuratorzy nie zauważyli, że takie zainteresowanie jest już działaniem przestępczym. Komorowski przyjmował również kilkakrotnie w swoim biurze poselskim innego bohatera tej afery – płk. Leszka Tobiasza. Dostarczył on Komorowskiemu nagrania, które miały dowodzić korupcji przy weryfikacji jego osoby. Komorowski nie poinformował prokuratury, ale doprowadził do spotkania Tobiasza z szefami służb i ministrem koordynatorem Pawłem Grasiem, wówczas prawą ręką premiera Donalda Tuska. Nikt nie analizował, ile razy Komorowski spotkał się z oficerami WSI, kiedy ich poznał, a także kiedy poinformował organy państwa o rzekomym korupcyjnym procederze.

Komorowski, już jako prezydent RP i wyłączny dysponent aneksu do raportu z weryfikacji WSI, odmówił prokuraturze jego udostępnienia. Gdy zaczął się proces Sumlińskiego i Lichockiego, Komorowski przez wiele miesięcy unikał stawienia się przed sądem, zasłaniając się prezydenckimi obowiązkami. Gdy w końcu w grudniu 2014 r. nadchodząca kampania wyborcza zmusiła go do złożenia zeznań, to zażyczył sobie, aby nastąpiło to… w pałacu prezydenckim. Zeznania, które złożył, tylko pogłębiły różnice z tym, co mówił Paweł Graś i szef ABW Krzysztof Bondaryk. Komorowskiego pogrążyły również zeznania Krzysztofa Winiarskiego, który dwukrotnie na przełomie 2007 i 2008 r. spotykał się z nim. Winiarski w 2010 r. złożył w sprawie tych spotkań zawiadomienie do prokuratury, które zostało umorzono z rażącym naruszeniem prawa (nie rozpatrzono wszystkich punktów zawiadomienia).

To wszystko pozwala przyjąć hipotezę, że Komorowski, obawiając się Komisji Weryfikacyjnej i treści aneksu, postanowił uderzyć wcześniej i pozbawić tę instytucję wiarygodności.

Wielki strach marszałka

Komorowski od początku prac komisji weryfikacyjnej był przekonany, że jej członkowie, studiując dokumenty po byłej WSI, a także przesłuchując jej oficerów, zdobędą wiedzę, której ujawnienie zakończyłoby jego karierę. Zresztą od początku był przeciwny planom rozwiązania WSI i weryfikacji jej żołnierzy. Dał temu czytelny wyraz w maju 2006 r., kiedy jako jedyny poseł wśród PO zagłosował w Sejmie przeciwko rozwiązaniu WSI. Obawiał się również odpowiedzialności za to, że jako szef MON nie sprawował nad nimi odpowiedniego nadzoru. Gdy zaczął się proces weryfikacji żołnierzy tych służb, Komorowski wiele razy atakował weryfikatorów i likwidatorów. Był jedynym politykiem, który nie chciał złożyć swoich wyjaśnień przed komisją. Takie wyjaśnienia, szanując prawo, złożyli m.in. bardzo niechętni procesowi weryfikacji politycy postkomunistycznego SLD. Komorowski przeżył prawdziwy szok w lutym 2007 r. po opublikowaniu wspomnianego raportu z weryfikacji WSI, w którym został wymieniony wśród polityków odpowiedzialnych za brak nadzoru nad WSI, a w konsekwencji za istniejące w nich patologie i przestępstwa jej oficerów.

O tym jak Komorowski bał się wspomnianego raportu z weryfikacji, mogliśmy się przekonać m.in. wiosną 2007 r. gdy Wojciech Sumliński, któremu towarzyszyła ekipa TVP, zaczął wypytywać go o Fundację Pro Civili, kierowaną przez oficera WSI kpt. Piotra Polaszczyka. Jak mówił wspomniany raport, Fundacja wyprowadziła z Wojskowej Akademii Technicznej co najmniej 400 mln złotych. Komorowski zareagował wówczas z niespotykaną wcześniej złością i zagroził dziennikarzowi, że jeśli nie wyjdzie z jego gabinetu, to wezwie straż marszałkowską.

Gdy jesienią 2007 r. zaczęło się powszechnie mówić, że komisja weryfikacyjna kończy prace nad aneksem do wspomnianego raportu, Komorowski chciał za wszelką cenę dowiedzieć się, co będzie w nim na jego temat. I w końcu pojawił się u niego jego były podwładny: płk. Aleksander Lichocki, a potem kolega Lichockiego, płk. Leszek Tobiasz. To był idealny moment i idealni ludzie, aby zainspirować aferę, która miała skompromitować i zablokować cały proces weryfikacji.
Afera aneksowa skutecznie zdezorganizowała pracę komisji weryfikacyjnej, nie pozwalając jej na dokończenie prac, tak jak to planowała i tak jak narzucała to jej ustawa. Ale życie jeszcze raz uśmiechnęło się do Komorowskiego w tej sprawie. Stało się to dokładnie 10 kwietnia 2010 r., gdy w tragicznej katastrofie smoleńskiej zginął Prezydent Lech Kaczyński i cała polska delegacja, a cały naród opłakiwał tę tragedię. Przejmując z mocy prawa obowiązki prezydenta, Komorowski mógł wreszcie przeczytać aneks do raportu z weryfikacji WSI, którego tak mocno się obawiał. Katastrofa smoleńska nie tylko pozwoliła mu przeczytać aneks. Wyniosła go na sam szczyt władzy, czyniąc go niebawem nowym polskim prezydentem. To na trwałe zapewniło mu miejsce w polskiej historii. I to sprawiło, że przez kolejne pięć lat (2010–2015) nikt nie był w stanie zagrozić jego politycznej karierze, pytając o jego faktyczne związki z WSI.

Najwyższy czas wyjaśnić faktyczną rolę Bronisława Komorowskiego w wykreowaniu afery aneksowej. Ale do tego potrzebna jest sejmowa komisja śledcza, wyposażona w niezbędne uprawnienia. Tylko wtedy będziemy mogli poznać pełną prawdę na ten temat. I tylko wtedy sprawiedliwość będzie mogła dosięgnąć Komorowskiego.

Zacznijmy zatem zbierać podpisy społecznego poparcia, aby taka komisja mogła wreszcie powstać! „Warszawska Gazeta” uruchamia akcję zbierania podpisów pod petycją do Marszałka Sejmu RP, domagającą się powołania komisji śledczej w sprawie afery aneksowej.

Leszek Pietrzak • warszawskagazeta.pl
fot. youtube

Comments Off on ■■ Trzeba rozliczyć byłego prezydenta za udział w prowokacji przeciwko komisji weryfikującej WSI ■■