■■ Polityka komunikacyjna wciąż kuleje

Posted in ■ aktualności, ■ różne by Maciejewski Kazimierz on 7 Luty 2017

Sieroty z Syrii, wielka Warszawa, Misiewicz – PiS zamiast przejść do ofensywy, daje się okładać po głowie.

Rządzące Prawo i Sprawiedliwość dalej czeka na politykę komunikacyjną z prawdziwego zdarzenia.

Oczywiście, pewnych konfliktów i wpadek uniknąć zwyczajnie nie sposób, ale trzy przykłady z ostatnich dni jasno dowodzą, że niektóre kwestie można przewidywać i przeciwdziałać pożarom, zanim jeszcze drobny płomień zmieni się w solidne ognisko. Tak się jednak zbyt często nie dzieje.

Przykład numer jeden – afera wokół „sierot z Syrii”. Nie ma chyba wątpliwości, że cała sprawa była jednym z wyraźniejszych przykładów, jak – niemal z niczego – można wywołać naprawdę duży i emocjonalny przedmiot sporu politycznego. Schemat jest bardzo prosty. Jeden z tytułów prasowych III RP (tym razem padło na Radio Zet) do spółki z przedstawicielem władzy związanym z poprzednim obozem (tym razem chodzi o Jacka Karnowskiego, prezydenta Sopotu) zarzucają rządowi, że ten nie chce przyjąć dziesięciu sierot z Syrii. Sprawa zaczyna żyć własnym życiem, nabiera tempa, powielają ją kolejne portale i redakcje, jakoś tam dociera pod strzechy.

Że to zarzut głupi? Że mający niewiele wspólnego z rzeczywistością? Że z cyniczną grą na dramacie Syrii w tle? Nic nowego, czego nie widzieliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Ale wszystkiemu (no, prawie wszystkiemu) można było zapobiec stosunkowo szybko – niestety, od momentu podania „informacji” przez rozgłośnię aż do czasu zdementowania przez rzecznika rządu zwyczajnie nie było reakcji ze strony władzy. Rozumiem, weekend, odpoczynek, zbagatelizowanie sprawy…?

Jakiekolwiek byłyby przyczyny tego stanu rzeczy, zwyczajnie pozwolono, by nieprzychylne środowiska zdążyły wzniecić ognisko. A wystarczyłaby szybka riposta – choćby w stylu przedstawienia danych o pomocy, ujawnienia oryginału pisma od Karnowskiego czy choćby wypowiedzi, jakiej kilka dni później udzielił Konrad Szymański.

Przykład numer dwa – projekt metropolitarny dotyczący wielkiej Warszawy. O ile w przypadku „dziesięciu sierot z Syrii” można jeszcze narzekać na złe media III RP (choć, nawiasem mówiąc, ileż można marudzić, że biją i nie oddawać choćby symbolicznie?), to na przykładzie projektu o ustroju stolicy widać nieporadność PiS. Pomysł nie jest jednoznacznie zły. Wystarczy poczytać choćby takie analizy jak ta z CA Klubu Jagiellońskiego, by przynajmniej zastanowić się nad pozytywami takiego przedsięwzięcia.

Niestety, zachowaniem w stylu słonia w składzie porcelany otwarto opozycji ścieżkę do wystraszenia i zniechęcenia mieszkańców (tak dzisiejszej Warszawy, jak i – ewentualnie – dołączanych gmin) i sprowadzenia projektu PiS do prostej gierki o chęć zapanowania nad Warszawą. Co zresztą jest częścią prawdy, ale problem jest przecież szerszy. Co najgorsze, rzuconym hasłem o wielkiej Warszawie (nieprzygotowanym) dano oręż opozycji, by przykryć gigantyczną aferę reprywatyzacyjną w stolicy i pierwsze (a przecież nie ostatnie) zatrzymania, areszty, zarzuty. Zamiast totalnej ofensywy PiS, nawet pozwolenia sobie na mały show – jest głęboka obrona, w najlepszym wypadku jakaś dziwna równowaga w stylu: „Może i jedni kradli, ale drudzy nie są lepsi, bo chodzi im tylko o władzę”.

Co ciekawe, refleksja w samym PiS przyszła dość szybko. Jak mówił Paweł Szefernaker (minister w KPRM) w rozmowie z red. Jackiem Prusinowskim: Uważam, że był problem i błąd komunikacyjny PiS, błąd naszej formacji, naszego środowiska. (…) Brakowało tutaj takiej szybkiej reakcji i na pewno jest potrzeba akcji informacyjnej wśród mieszkańców i Warszawy i okołowarszawskich gmin w sprawie tego projektu — powiedział Szefernaker na antenie Radia Plus.

Nie jest to odkrycie Ameryki. I, podobnie jak w przypadku sierot z Syrii, przykład, że pewne negatywne konsekwencje działań (swoich, opozycji, mediów, etc.) można przewidywać. Tymczasem – jak na złość – panuje raczej wesoły harmider niż uporządkowana polityka komunikacyjna. Tak zresztą było w przypadku pomysłu na jednolity podatek – rzucono kilka plotek branżowym mediom, czego efektem było przestraszenie kilku środowisk i wycofanie się rakiem z projektu.
Czy nikt nie jest w stanie pomyśleć na dwa, trzy kroki w przód? Nikt nie nauczył się reakcji opinii publicznej, pułapek zastawianych przez „salon III RP”, czasem i chwytów poniżej pasa?

Wreszcie przykład numer trzy, czyli sprawa Bartłomieja Misiewicza. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że szeroko rozumiany obóz III RP nie powinien meblować gabinetów politycznych i obsadzać ludzi w ministerstwach rządu PiS. Misiewicz nie był może najlepszym z rzeczników (choć najgorszym też raczej nie), ale to jego wpadki i postawa zwyczajnie nie służyły – w dłuższej mierze – wizerunkowi Zjednoczonej Prawicy, która jest przy władzy, a także w ogóle Wojsku Polskiemu. Pan rzecznik stał się, na ile słusznie to inne pytanie, symbolem, który ciągnął w dół; bez szans na zmianę tego stanu rzeczy.

Jednak – przy wszystkich wątpliwościach – jeśli zapada decyzja o zmianie personalnej (a tak to przedstawiano), to powinna być ona egzekwowana. Jeśli Jarosław Kaczyński czy Stanisław Karczewski dość jednoznacznie wypowiadają się o przyszłości dotychczasowego rzecznika MON, a ten jest broniony – zresztą w osobliwy sposób – przez Antoniego Macierewicza, to zaczynają pojawiać się naturalne pytania o granice przywództwa lidera obozu rządowego. Ostatnim, czego PiS dziś potrzebuje to zabawa w przeciąganie liny na arenie walki o wpływy i realizowane ambicje. Wydaje się, że Misiewicz – chcąc, nie chcąc – stał się dość przypadkowym przedmiotem tej walki, a rozmowy, które powinny pozostać w kuluarach, wychodzą prawie przed kamery.

To zresztą tylko trzy najbardziej jaskrawe przykłady drobnych kwestii, które składają się (w różnych wymiarach) na większą całość. Cała sprawa to bowiem kolejny rozdział trwającego od lat sporu o to, czy z mediami III RP, całym szeroko rozumianym obozem „tamtej strony”, da się wygrać na w miarę normalnych, cywilizowanych zasadach. Uważam, że rok 2015 i podwójnie zwycięska kampania wyborcza ostatecznie dowiodły, że to scenariusz możliwy. Trzeba tylko niesłychanej konsekwencji, uporu i uporządkowania swoich szeregów. Zadanie trudne, ale wykonalne. Udało się w kampaniach wyborczych, powinno udać się i teraz.

Jakąś jaskółką, która jednak wiosny czynić nie musi, jest zapowiedź rzecznika rządu, który zadeklarował regularne spotkania dziennikarzy z premier Szydło. By w miarę cyklicznie rozładowywać niepotrzebne napięcie i unikać głupich i niepotrzebnych potyczek, jakie musi toczyć i tak obciążony otwartymi frontami obóz rządowy. Rozumiem, że problem jest złożony, ale stawka, o którą gra PiS jest zbyt wysoka, by machnąć ręką.

Marcin Fijołek • wpolityce.pl
fot. Fratria

Advertisements

Comments Off on ■■ Polityka komunikacyjna wciąż kuleje